Reklama

Reklama

Taekwondzistka Aleksandra Kowalczuk wkracza na światowe salony

Miniony rok był wyjątkowy udany dla taekwondzistki OŚ AZS Poznań Aleksandry Kowalczuk, która wywalczyła m.in. złoty medal mistrzostw Europy. Teraz zaczyna walkę o kwalifikację do igrzysk olimpijskich w Tokio, choć nie sam udział, ale medal jest jej celem.

22-letnia zawodniczka, startująca w kategorii +73 kg, już przeszła do historii, bowiem jako pierwsza polska taekwondzistka stanęła na najwyższym stopniu podium mistrzostw Europy. Również jako pierwsza z biało-czerwonych wygrała turniej Grand Prix - w ubiegłym roku uczyniła to dwukrotnie.

"To prawda, miniony rok był najlepszy w mojej karierze i osiągnęłam więcej niż chciałam. W 2017 roku w czterech startach w Grand Prix udało mi się zdobyć jeden srebrny medal, teraz były dwa złote. Do tego dołożyłam brąz w prestiżowych zawodach Gram Slam w Chinach" - powiedziała PAP Kowalczuk.

Reklama

W finale ME w Kazaniu Kowalczuk pokonała niebyle kogo, bo brązową medalistkę igrzysk olimpijskich Brytyjkę Biankę Walkden. Wygrała z nią później podczas zawodów Grand Prix w Rzymie. Jak przyznała, świetne wyniki w poprzednim roku to efekt ciężkiej pracy na zgrupowaniach, a tych było znacznie więcej niż w poprzednich sezonach.

"Wcześniej nie jeździliśmy tak często na zgrupowania kadry, a rok temu przed mistrzostwami Europy byliśmy na trzech obozach. Widać, że zrobiliśmy duży postęp i to nie tylko chodzi o moją osobę. Na poprzednich mistrzostwach Europy nie zajęliśmy nawet piątego miejsca, a w Kazaniu zdobyliśmy złoty i dwa brązowe medale oraz zajęliśmy dwa piąte miejsca. Uważam, że od pewnego czasu zaczynamy się liczyć w światowym taekwondo, coraz polskich więcej zawodników jest zapraszanych na zawody Grand Prix" - podkreśliła.

Podopieczna trenerów Łukasza Schefflera i Waldemara Łakomego szybko została określona "polską nadzieją taekwondo", która na najbliższych igrzyskach może powalczyć o medal. Droga do Tokio jest niezwykle długa i trudna, a system kwalifikacji, jak w wielu dyscyplinach, dodatkowo trochę skomplikowany.

"Powoli czuję już tę małą presję, ale do zdobycia kwalifikacji jest jeszcze dużo czasu, a dokładnie rok. Muszę znaleźć się w pierwszej piątce rankingu olimpijskiego. Obecnie jestem właśnie piąta, ale tę pozycję trzeba teraz utrzymać, a to nie będzie łatwe. Punkty zdobywamy w imprezach Pucharu Świata, mistrzostwach Europy czy globu. Właśnie mistrzostwa świata, które odbędą się w maju w Manchesterze, będą najważniejsze, bo są najlepiej punktowane. Dodatkowo jeszcze jedna zawodniczka otrzyma kwalifikację z rankingu Wielkiego Szlema, ale w tej klasyfikacji ja już nie mam szans. Ostatnim sposobem na udział w igrzyskach będzie zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc w kwalifikacjach kontynentalnych" - tłumaczyła.

Nie ukrywa jednak, że zdobycie przepustki olimpijskiej jest dla niej tylko celem pośrednim. "Chcę się zakwalifikować na igrzyskach i w Tokio powalczyć o medal" - zapowiedziała odważnie.

Jej przygoda z taekwondo zaczęła się 10 lat temu w rodzinnym Olsztynie. Początkowo nie mogła się przekonać do tej dyscypliny, wcześniej próbowała sił w gimnastyce sportowej, tańczyła, krótko grała też w koszykówkę.

"Mama kazała mi się zapisać na taekwondo, bo sekcja była akurat w mojej szkole, ale ja na początku nie chciałam. Trenowałam rekreacyjnie gimnastykę i moja trenerka powiedziała mi, żebym spróbowała taekwondo w Starcie Olsztyn. I tak od 12. roku życia przez siedem lat trenowałam w tym klubie. Trochę potrzebowałam czasu, żeby się przekonać. Pojawiły się pierwsze sukcesy i to mnie zaczęło nakręcać. Ale nie tylko zwycięstwa, bo także porażki były dla mnie dodatkową motywacją" - opowiadała.

Dwa i pół roku temu trafiła do Poznania i nie ukrywa, że był to trafny.

"Wiele zawdzięczam mojemu klubowi z Olsztyna, ale też wiedziałam, że nie zrobię progresu, jeśli zostanę tam dłużej. Cieszę się, że trafiłam do Poznania, czuję się tu bardzo dobrze, jak w rodzinie" - przyznała Kowalczuk.

Drogę sportową wybrała już jakiś czas temu i konsekwentnie nią podąża. W przypadku studiów wciąż szuka "swojego miejsca". W Olsztynie zaczęła studiować geodezję, a gdy przeniosła się do Poznania, podjęła naukę na Akademii Wychowania Fizycznego. Od września jest już jednak studentką filologii klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza.

"Wszystkiego trzeba po trochu spróbować" - zaśmiała się, ale po chwili poważnie przyznała, że jest jej łatwo pogodzić naukę ze sportem.

"Postawiłam na sport, może później przyjdzie czas na studia. My jesteśmy około 200 dni w roku w rozjazdach - na zawodach, treningach czy zgrupowaniach. Na studia nie ma praktycznie czasu. Na zgrupowaniach nie jest tak, że po treningu jest czas, żeby wziąć książkę i się pouczyć. Człowiek wraca zmęczony z sali i myśli tylko o tym, żeby jak najszybciej położyć się spać" - podsumowała.

Autor: Marcin Pawlicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL