Reklama

Reklama

Katarzyna Kłys: Nie widzę siebie w klatce

- Po wygranej cieszymy się razem, a po przegranej w domu jest smutno. Taki jest sport. W ogóle ciężko to nazywać współpracą. To już jest po prostu nasze życie - przyznaje w rozmowie z Interią Katarzyna Kłys, znakomita polska judoczka, olimpijka z Pekinu i Londynu.

Interia: Pani trenerem jest mąż Artur. Jak układa się współpraca?

Katarzyna Kłys: - Bardzo dobrze. Choć oczywiście drobne nieporozumienia są. Nie zawsze wszystko na treningu wychodzi tak, jak byśmy chcieli. Te małe kłótnie czasem przenoszą się do domu, ale staramy się tego unikać. To, co jest na treningu, zazwyczaj tam zostaje. Po wygranej cieszymy się razem, a po przegranej w domu jest smutno. Taki jest sport. W ogóle ciężko to nazywać współpracą. To już jest po prostu nasze życie. Wykonujemy bardzo dobrą pracę i przynosi to efekty.

Reklama

Trener powinien być wymagający. Nie denerwuje pani, że mąż wymaga od pani zbyt wiele?

- Artur jest bardzo wymagający. Ale znamy się i dzięki temu wie, kiedy może przykręcić śrubę, a kiedy trochę odpuścić. Poza tym potrafi mnie zmobilizować.

A gdy coś nie wychodzi, krzyczy?

- Czasem krzyczy...

I nie jest pani przykro? Jako kobiecie, nie sportowcowi.

- Dlatego to jest bywa trudne. Czasem nie odbieram tego, że krzyczy na mnie trener, ale mąż. To nie jest łatwe, ale później muszę się przełączyć i przypomnieć sobie, że jest moim trenerem. Wiem, że jest to potrzebne i muszę go słuchać, bo dążymy do wspólnego celu.

Cały czas jesteście razem, kto w tym czasie opiekuje się dzieckiem?

- W pierwszym roku przy dziecku pomagała nam mama Artura. Zresztą cały czas jest blisko. Cała rodzina nas wspiera. Moja mama zrezygnowała z pracy i wróciła do Polski, żeby zająć się wnukiem i umożliwić mi częste wyjazdy na zgrupowania i zawody. Staramy się jednak jak najczęściej zabierać małego ze sobą. Byliśmy np. w Turcji i na Słowenii, a on jeździ z nami. Dajemy sobie jednak też trochę odpoczynku. Czasem Artur wyjedzie gdzieś na tydzień, czasem też ja gdzieś wyjadę. Ale w ciągu roku może nie widzimy się tak przez tydzień lub dwa.

Macierzyństwo to ważna kwestia w przypadku sportsmenek. Wiele zastanawia się, kiedy jest najlepszy moment na urodzenie dziecka.

- Moim zdaniem najlepszy moment jest od razu po igrzyskach. W pierwszym roku po turnieju jest na to trochę czasu. Później, przed kolejnymi igrzyskami, można jeszcze zbudować formę. Tak jest w przypadku sportów olimpijskich, na pewno inaczej mają np. tenisistki i piłkarki.

A nie bała się pani, że nie zdąży wrócić z formą, bo dziecko rozczuli zbyt bardzo?

- Założyliśmy, że będzie to wyglądało tak, jak było. Szybko wróciłam do sportu, a później miałam najlepszy sezon w karierze.

Właśnie często tak jest, że po ciąży kobiety mają jeszcze lepsze sezony.

- Coś w tym jest. Bardzo mnie ciągnęło z powrotem do treningów. A w dodatku miałam dla kogo pracować. Chciałam przepracować trening maksymalnie efektywnie. Wiedziałam, że w domu czeka na mnie syn i chciałam do niego jak najszybciej wracać.

Inne judoczki też decydują się na dziecko?

- Jest bardzo mało takich przykładów, ale zdarzają się. Osobiście znam zawodniczkę, która ma nawet dwójkę dzieci i wróciła do czołówki i to jest wyczyn! Mnie też się to udało.

Nie uważa pani, że judo i ogólnie sporty walki, są mało kobiece?

- Zgodzę się, ale pochodzę z małego miasta, a zawsze chciałam coś trenować. Do wyboru miałam judo, piłkę nożną i kajakarstwo. Roznosiła mnie energia i zapisałam się do sekcji. Tak już zostało.

Miała pani kiedyś jakąś groźną sytuację na ulicy, gdzie trzeba było użyć umiejętności?

- Nigdy. Zresztą nie wiem, jak bym się zachowała. Przeraża mnie to. Może bym tego człowieka odepchnęła i uciekła? Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Bałabym się, że ktoś może zrobić mi krzywdę.

Na co dzień ma pani czas na rozwijanie pasji?

- Mam mało czasu. Najczęściej zajmuję się synkiem, bo nieustannie trzeba go doglądać. Czasem wyskoczymy na narty czy żagle. I dobrze, bo to także element treningów czy przygotowań. Ciężko natomiast pielęgnować relacje towarzyskie, bo często gdzieś wyjeżdżamy.

Co będzie pani robić po zakończeniu kariery?

- W tej chwili liczą się dla mnie starty w narodowych barwach i Polonii Rybnik. Cieszę się, bo występuję w najlepszym klubie w Polsce. Poza tym wspólnie z mężem założyliśmy swój klub judo w Krakowie, w którym trenuje już 300 dzieciaków. Został otwarty tuż po igrzyskach w Londynie. Gdy tylko jesteśmy na miejscu, staramy się przychodzić na zajęcia. Po to, by dzieci czuły, że czuwają nad nimi olimpijczycy. 

Taki klub przynosi zyski? Judo nie jest bardzo popularne.

- Zainteresowanie jest duże. Mamy wielu chętnych, prowadzimy zajęcia w szkołach i przedszkolach. Mamy coraz więcej członków i po igrzyskach w Rio planujemy się bardziej rozwinąć.

Nie planuje pani przenieść się do MMA?

- Chyba nie. Nie widzę siebie w klatce lub w ringu. Mąż często się śmieje, że po karierze wyśle mnie do MMA. Odpowiadam mu, żeby sam poszedł. Nie, to nie dla mnie.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama