Reklama

Reklama

Katarzyna Kłys: Brakuje jeszcze medalu olimpijskiego

Do dwóch srebrnych medali mistrzostw Europy (2007, 2012), Katarzyna Kłys dołożyła w Czelabińsku brąz mistrzostw świata w judo. Krakowiance brakuje już tylko krążka z igrzysk olimpijskich, o który powalczy za dwa lata w Rio de Janeiro.

Rok temu urodziła pani syna, co prawda szybko wróciła na tatami, ale mało kto spodziewał się spektakularnych sukcesów w sezonie 2014...

Reklama

Katarzyna Kłys: Ostatnie miesiące kosztowały mnie i moją rodziną sporo wyrzeczeń. Wszędzie tam gdzie mogliśmy, to wraz z mężem Arturem (pomagał trenerce kadry Anecie Szczepańskiej w przygotowaniach Kłys) zabieraliśmy naszego małego synka Bronka. Pojechał z nami na zgrupowania do Giżycka, Cetniewa, a także do włoskiej Parmy i słoweńskiej Izoli. Ale nie było mowy aby jeździł na jakiekolwiek zawody. Wtedy pomagały na zmianę nasze mamy. W Giżycku była ze mną teściowa, bo Artur w tym obozie nie mógł uczestniczyć.

Na obserwatorach MŚ w Czelabińsku wrażenie zrobił styl w jakim sięgnęła pani po medal. Nikomu innemu nie udało się wygrać z trzema zawodniczkami sklasyfikowanymi na miejscach 1-3 w rankingu światowym.

- Wcześniej zdarzały mi się zwycięstwa nad Niemką Laurą Vargas Koch i Słowenką Kelitą Zupancic, ale w różnych turniejach, zresztą później przegrywałam z innymi zawodniczkami. Z Holenderką Kim Polling, numerem jeden na liście międzynarodowej federacji, nigdy nie wygrałam. I mało kto wierzył, że pokonam ją w Rosji w walce o brąz. Ale ja tego dnia od rana chodziłam jak zaprogramowana i powtarzałam, że zostanę mistrzynią świata. Byłam znakomicie przygotowana do startu, stąd wiele pewności we mnie.

Rozpamiętuje pani jedyną porażkę - w półfinale z Chorwatką Brigitą Matic? W finale czekała Kolumbijka Yuri Alvear, z którą ma pani ujemny bilans potyczek.

- W ogóle się nie zastanawiałem nad tym. Z chorwacką juniorką toczyłam wyrównany bój do momentu, kiedy trafiła mnie i podcięła. Zbyt mało czasu miałam na odrobienie strat. Chyba też zeszło ze mnie ogromne ciśnienie po eliminacyjnej konfrontacji z Vargas Koch. To była walka z gatunku "być albo nie być". Gdybym przegrała, byłoby po medalu.

W tym roku stanęła pani na podium m.in. Pucharów Świata w Warszawie i Rzymie oraz Grand Slamu w Baku. W Czelabińsku niewiele zabrakło też do krążka w drużynówce.

- Po takim występie wszyscy będą się z nami liczyli, nikt nie powie, że Polska to przeciętny zespół. Pokonaliśmy przecież wicemistrzynie świata Brazylijki i Rosjanki na ich terenie, podobnie jak w meczu o brąz mistrzostw Europy. Szkoda przegranych po 2:3 z Mongolią i Niemcami, ale może za rok w Kazachstanie to my będziemy górą.

Co zmieni się w pani życiu po czempionacie globu?

- Przede wszystkim awansowałam na 19. miejsce w rankingu, co ważne w kontekście walki o kolejne igrzyska. Brakuje mi medalu olimpijskiego - on jest celem na 2016 rok. Po zawodach w Czelabińsku nikt nie powie, że w jakichś przypadkowy sposób sięgnęłam tam po krążek.

Finansowo będzie łatwiej?

- W ostatnich miesiącach miałam stypendium za brąz DME, ale to nie były wielkie pieniądze. Chociaż i z nich byłam zadowolona, bo wcześniej nie było nic, gdyż zmieniły się przepisy i medale z PŚ czy Grand Prix nie są premiowane przez ministerstwo. A teraz będzie można pospłacać długi, bo przecież inwestowaliśmy w moją karierę, a dopiero później zacząć myśleć o czymś dla siebie.

Krótki urlop czy powrót do treningów?

- Prawdopodobnie za tydzień pojadę na GP do Zagrzebia, a w październiku mistrzostwa Polski oraz kolejny występy w kwalifikacjach olimpijskich - w Kazachstanie i Uzbekistanie, zaś w listopadzie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Rozmawiał: Radosław Gielo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje