Reklama

Reklama

Frenky Pawlak - ringowy rozbójnik o gołębim sercu

Parę dni wcześniej spełniło się jego największe marzenie – został zawodowym mistrzem świata w kickboxingu. Teraz, po trzech operacjach zmasakrowanego w czasie walki podudzia, leży sam na szpitalnym łóżku. Spogląda na upragniony mistrzowski pas i płacze. Mało kto wierzy, że wróci na ring. "Ja wam jeszcze wszystkim pokaże" – cedzi przez zaciśnięte z bólu zęby Franciszek (Frenky) Pawlak.

Od dziecka pakował się w kłopoty. Zawsze lubił się bić. Mówi, że Górale już tak mają i jakoś ten nadmiar energii muszą wyładować. Przez długie lata nic nie wskazywało jednak, że Franciszek Pawlak z Bańskiej Niżnej podbije świat sportów walki. Co najwyżej wróżono mu karierę...narciarską.

Młody i głupi, ale w kadrze był

Reklama

- Zacząłem skakać jako dziecko pod okiem trenera Stefana Ciapały. Miałem chyba 8 lat jak trener przyjechał do nas do szkoły. Zapisałem się do klubu Wisła Gwardia Zakopane. W tym samym klubie trenował Robert Mateja, teraz jest tam Dawid Kubacki. Jeździliśmy po Polsce, po Europie. Talentu wielkiego nie miałem, ale jakieś tam wyniki były, bo mnie do kadry młodzieżowej wzięli - wspomina w rozmowie z INTERIA.PL Frenky Pawlak.

Jak miał 16 lat wypatrzył go Franciszek Groń-Gąsienica, trener kombinacji norweskiej w zakopiańskim klubie i brązowy medalista olimpijski z Cortina d’Ampezzo. - Obydwaj trenerzy dobrze ze sobą współpracowali. Zgadali się i powiedzieli, żebym spróbował wystartować w zawodach. No i tak spróbowałem, że jak na pierwsze zawody do Karpacza pojechałem, to od razu drugie miejsce było. Po skokach chyba siódmy byłem, ale nadrobiłem w biegu i przyleciałem na drugie miejsce.

Nieźle szło mu w kombinacji. Nie zrobił co prawda międzynarodowej kariery, ale w Polsce osiągał przyzwoite wyniki. Jak sam przyznaje koncentrował się na startach krajowych, bo dzięki temu mógł się, mimo młodego wieku, sam utrzymać.

- Jak się miało klasę krajową to stypendium płacili. Trzeba było jeździć po zawodach w Polsce i punkty zbierać. Z czegoś trzeba było żyć. Rodzice wyjechali w Bieszczady, a ja zostałem w Zakopanem, żeby trenować. Byłem pod opieką trenera, ale człowiek był młody i głupi. Pewnie wyniki inne by były, ale ja miałem wtedy w głowie dyskoteki, zabawy i bijatyki.

Pomogła amnestia ogłoszona przez Wałęsę

Karierę sportową przerwało powołanie do wojska. Zakopiański klub walczył o swojego wychowanka. Na przysięgę przyjechał trener Karol Kołtaś. Chciał załatwić Frankowi przeniesienie do wojskowego klubu w Zakopanem i treningi w Kirach w Kościelisku. - Mogłem w Legii odsłużyć wojsko i trenować w klubie, ale nie chciałem się przenosić. Dla mnie chłop bez wojska to jak chłop bez jaj. Zostałem w Orzyszu.

W wojsku spędził półtora roku. Często pakował się w kłopoty. - No, za grzeczny to rzeczywiście nie byłem. Trochę aresztu się nawet uzbierało. Pamiętam, że raz pojechałem na przepustkę chyba na 10 dni, a wróciłem po 15. Tych samowolnych oddaleń trochę się uzbierało, aż trafiłem do jednostki karnej. Kombinowałem na różne sposoby, na izbie chorych lądowałem bez powodu. No ale potem trzeba to było odrobić. Wypuścili mnie wcześniej do cywila po amnestii ogłoszonej przez Wałęsę.

Tygodniowe rządy Górali w Wiedniu

Po wyjściu z wojska przepracował kilka miesięcy w Warszawie, ale długo w Polsce nie zabawił. Wybór padł na Austrię, która zniosła wizy dla Polaków. - Z kolegą zdecydowaliśmy:  jedziemy do Wiednia. Paru chłopaków z klubu już tam było. Pojechaliśmy na ślepo, niby w odwiedziny. No i tak nam te odwiedziny wyszły, że już ponad 20 lat jesteśmy z kolegą w Wiedniu. Jak przyjechaliśmy, to przez tydzień były rządy Górali. Tyle czasu się nie widzieliśmy, to się trzeba było zabawić.

Kiedy tygodniowa impreza dobiegła końca jeden z mieszkających wcześniej w Austrii kolegów zaproponował pracę na budowie. Pieniądze były dobre. Wypłata w szylingach robiła wrażenie. W Polsce o takich kwotach można było tylko pomarzyć, dlatego Frenky wraz z kolegą podjęli decyzję: zostajemy. Wkrótce odezwał się porywczy charakter niedawnego sportowca. - Przychodził weekend po tygodniu pracy i zaczynały się kłopoty. Bijatyki, dyskoteki. Pomyślałem sobie, że coś trzeba zmienić, bo tak dalej żyć nie można.

Debiut w atmosferze skandalu

Pewnego dnia z braku ciekawszych zajęć poszedł z kolegą na siłownię. Jeszcze nie wiedział, że ten przypadkowy wypad odmieni jego życie i będzie początkiem trwającej do dziś przygody. - Ćwiczymy, ćwiczymy, nagle za ścianą słyszę jakieś odgłosy, uderzenia. No to pytam zdziwiony kolegę:

- Co to?

- Trening kickboxingu

- Mogę popatrzeć?

- Pewnie, idź tam usiądź i zobacz jak to wygląda.

Poszedł. Stał w osłupieniu i z zachwytem przyglądał się trenującym zawodnikom. "To jest właśnie TO. To mi odpowiada!" - pomyślał Frenky i niezwłocznie zapisał się na zajęcia.

Wysportowany, zaprawiony w bójkach i otwarty na naukę nowej dyscypliny chłopak szybko wyrobił sobie dobrą markę w klubie. Już po trzech tygodniach wystąpił w amatorskich mistrzostwach Austrii w formule light contact. Debiut późniejszego mistrza świata zakończył się szybko w atmosferze skandalu.

- Kto to tam wiedział wtedy, co to jest light contact? Przeciwnik był chyba z Jugosławii. Jak klepnął na matę to od razu mnie zdyskwalifikowali. Dopiero wtedy się dowiedziałem, że w tej formule nie mogłem go znokautować. Powiedziałem trenerowi, że mnie takie coś nie interesuje, chcę prawdziwej walki. I tak się zaczęło...

Jak Frenky został błyskawicą

Pierwszą walkę zawodową stoczył w 1992 roku. Początkowo przeplatał zwycięstwa porażkami, ale potem zaczął regularnie wygrywać i piąć się w światowych rankingach. Był prawdziwym obieżyświatem. Zdobył zawodowe mistrzostwo Włoch, Austrii, Niemiec i Czech. Mistrza tego ostatniego kraju znokautował w 12 sekund. Wtedy przylgnęła do niego ksywka "Flash" (błyskawica).

Walczył też w Polsce. W 1995 roku przyjechał z zespołem złożonym z najlepszych kickbokserów Austrii na mecz z Polską. - Nie mogli mi znaleźć śmiałka. W końcu zgłosił się Marek Dołęga. To były inne czasy. W Polsce nie znali wtedy low-kicków (niskich kopnięć - przyp. red), nie wiedzieli czym jest boks tajski. Pamiętam, że wygrałem przez ciężki nokaut, a mój przeciwnik chyba skończył karierę po tamtej walce.

Przepustkę do wielkich walk Frenky zyskał wygrywając z mocnym Holendrem na gali Tajlandia - Europa. - Wysoko mnie już cenili, dostałem powołanie do reprezentacji Europy. To była wtedy głośna gala. Transmitowali ją na żywo w Tajlandii, Niemczech i Austrii. Taj, z którym miałem walczyć nie dojechał i ostatecznie walczyłem z Holendrem. Wygrałem jednogłośnie na punkty. To była nieoficjalna kwalifikacja do walki o tytuł zawodowego mistrza Europy.

Mistrz z poprzestawianymi żebrami

Żebra bolały, ale świeżo upieczony pretendent  zbagatelizował uraz. Dalej trenował aż przyszła oferta walki o mistrzostwo Europy. Jeszcze podkręcił tempo. Ból żeber się nie liczył. Jak zaczynał karierę postawił sobie jasny cel - chciał zostać mistrzem świata. Wiedział, że walka o ME to przystanek w drodze na szczyt, dlatego nie zaprzątał sobie głowy kontuzjami i stratą czasu na ewentualną rehabilitację. Dwa tygodnie przed walką do drzwi jego mieszkania zapukał trener.

- Frenky, mam dobrą i złą wiadomość. Najpierw powiem ci tą niedobrą. Nie walczysz o mistrzostwo Europy. Przeciwnik jest kontuzjowany, nie ma innego.

- A ta dobra wiadomość?

- Walczysz o zawodowe mistrzostwo świata!

Przeciwnikiem naszego kickboksera był broniący tytułu Anglik Eval Denton. - Dostałem dwie kasety z jego walkami. Fest chłopisko! Żyła straszna. Dwa tygodnie miałem żeby się przygotować.

Na jednym z ostatnich treningów przypomniał o sobie uraz żeber. - Nie mogłem się nawet przebrać w szatni, a za kilka dni miałem walkę. Pojechałem do lekarza, okazało się, że żebra są przestawione. Pomogła dopiero blokada. Samą walkę dobrze pamiętam. Pierwszych 6-7 rund było dla mnie, to się czuło. Potem kopnął mnie w żebra. Myślałem, że padnę z bólu, na szczęście to było na koniec rundy. Męczyłem się, ale dotrwałem do końca walki. Wygrałem i zostałem mistrzem świata!

Widmo amputacji i 90 tysięcy długu

Po walce rozpoczął się tradycyjny bankiet. Impreza trwała w najlepsze, ale próżno było na niej szukać mistrza świata. Frenky był w szpitalu. Miał pęknięte żebro, a jego lewa noga była w opłakanym stanie. Kiedy Anglik zobaczył, że Pawlak chroni żebra zaczął konsekwentnie obijać jego lewą nogę. - A kop ile chcesz, pomyślałem, wytrzymam! Wiedziałem, że jak ustoję do końcowego gongu będę mistrzem świata. Po walce nie mogłem chodzić...

Sytuacja była poważna. Krew nie dochodziła do podudzia, konieczna była natychmiastowa operacja. Kiedy lekarz powiedział, że grozi amputacja Frenky niezwłocznie podpisał zgodę na zabieg. Trafił na stół operacyjny. Lewą nogę miał rozciętą od kolana do biodra. W sumie przeszedł trzy operacje.

- Ludzie mówili, że to już koniec mojej kariery. Leżałem w szpitalu z mistrzowskim pasem i płakałem. Zaciskałem zęby i powtarzałem sobie: poczekajcie, ja wam jeszcze pokażę!

Zanim Frenky wrócił do formy musiał stoczyć kolejną ciężką walkę. Okazało się, że walcząc z Dentonem nie był ubezpieczony. - Co innego było na umowie, a co innego robił mój trener. Przyszedł rachunek na ponad 90 tysięcy szylingów. To była dla mnie kolosalna suma. Zaczęły się problemy, sądy. Byłem w Austrii na czarno, nie miałem nawet pozwolenia na pracę, tylko austriacką licencję zawodniczą. Musiałem płacić, rozbili mi dług na raty. Oczywiście odszedłem z klubu i zmieniłem trenera. Noga, na szczęście, całkowicie się zagoiła.

Pawlak wrócił na ring mocnym uderzeniem. W 4. rundzie znokautował w  Wiener Neustadt  niepokonanego w ponad 40 walkach mistrza Holandii. Potem była cała seria udanych walk z bardzo mocnymi przeciwnikami. - Były obrony tytułu, były walki w różnych krajach świata. Walczyłem w Egipcie, w Maroku. To była w tamtych czasach absolutna czołówka. Raz szło mi lepiej, raz gorzej, ale zawsze mieli ze mną ciężko.

Jeszcze wróci do Zakopanego

Ostatnią walkę stoczył 3 maja 2013 roku pod Wielką Krokwią. W rodzinne strony przyjechał na zaproszenie kolegów, założycieli klubu Spartakus Zakopane. - Jakiś czas temu rozmawialiśmy, żeby zrobić taką galę. U nas na Podhalu tylko skoki i narciarstwo, a jest wiele talentów do sportów walki. Chłopcy się marnują, sięgają po alkohol, narkotyki. Koledzy otworzyli klub i dzisiaj mają kupę ludzi na treningach.

Pojedynek pod Tatrami dla Frenky’ego miał szczególne znaczenie. Nie walczył dla pieniędzy, gażę postanowił przekazać na cele charytatywne. - Nie interesowała mnie żadna fundacja, chciałem konkretnej rodziny, której mógłbym pomóc. Tak dowiedziałem się o 11-letniej Wiktorii i 15-letnim Szymonie, rodzeństwie z porażeniem mózgowym wychowywanym przez samotną matkę. Jak zobaczyłem zdjęcia tych dzieci serce od razu podpowiedziało: Frenky, trzeba pomóc!

Rodzina na zaproszenie Pawlaka przyjechała do Zakopanego. Po gali odbyła się licytacja wywalczonego przed momentem pasa, rękawic, szlafroka i spodenek mistrza. - Pas poszedł od razu. Wiesiek Pazgan z firmy Konspol, złoty człowiek, bez namysłu dał 10 tysięcy złotych. Potem oddał mi pas i powiedział: "Frenky jest twój, przecież go wygrałeś!"

Przed przyjazdem do Zakopanego Frenky zapowiadał, że marzy o zakończeniu kariery pod Wielką Krokwią. Dzisiaj wie, że zdania nie dotrzyma i na pewno w przyszłym roku znów wystąpi pod Tatrami. - To miała być ostatnia walka, ale nie będzie. Mam już w głowie dużą galę na Podhalu: w Zakopanem albo na stadionie w Poroninie. Będzie wielka gala, potem góralska zabawa, a zebrane środki przekażemy potrzebującym dzieciom.

Złota dusza, a w ringu diabeł

- Taki mam teraz cel: chcę pomagać dzieciom. 29 sierpnia w mojej wiosce, Bańskiej Niżnej, robię zabawę góralską na 300 osób. Będą skoczkowie, bokserzy. Przyjedzie "Diablo" Włodarczyk, czekam na potwierdzenie Przemka Salety, Iwony Guzowskiej, Agnieszki Rylik i Mariusza Cieślińskiego. Zbierzemy pieniążki ze wstępu, picia i licytacji sportowych pamiątek i gadżetów i przekażemy potrzebującym dzieciom. Dopóki zdrowie pozwoli będę takie imprezy organizował. Bo sportowcy mają dobre serca, ale o tym się dużo nie mówi.

Na pierwszy rzut oka Frenky nie sprawia wrażenie człowieka o gołębim sercu. Łysy, wytatuowany, pokaźnej postury. W ciemnej uliczce wolałbym go nie spotkać. Ale to tylko pozory, chociaż problem ze stereotypowym odbiorem kickboksera miała również jego przyszła małżonka.

- Żona mi kiedyś powiedziała, że jak mnie zobaczyła to pomyślała "katastrofa". Łysy, groźny, normalnie diabeł wcielony. Jak mnie bliżej poznała to stwierdziła, że jestem złota dusza. I taki jestem. Jak ktoś jest dla mnie dobry, oddam dwa razy więcej. W ringu to co innego. Tam nie ma przyjaciół. Jak wchodzę do ringu i puszczają mi melodię z Janosika, to wychodzi ze mnie diabeł i jak najszybciej chcę położyć przeciwnika. To chyba normalne w sportach walki.

Nie będzie się wygłupiał w MMA

Mimo 43 lat na karku Frenky wciąż trzyma się w świetnej formie. Nie narzeka też na brak propozycji. Po zakopiańskiej gali zgłosił się do niego Mirosław Okniński z propozycją walki z innym utytułowanym kickbokserem, Józefem Warchołem. - To mój idol, chciałbym z nim walczyć, ale Józek chce się bić w MMA. Ja tego nigdy nie robiłem, to tak jakby Kamil Stoch miał wystartować w biegu na 30 km. Bez sensu. Nie będę się wygłupiał jak Marcin Najman.

- Ja mam swoje lata, muszę uważać na zdrowie. Za czapkę gruszek bić się nie będę. Poza tym cieszy mnie życie, zdobyłem co chciałem w sportach walki. Stoczyłem prawie sto walk, połowę wygrałem przez nokaut. Trochę mistrzowskich pasów się uzbierało. Jestem szczęśliwym człowiekiem, oby tylko zdrowie dalej było, bo to jest w życiu najważniejsze.

Autor: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje