Reklama

Reklama

Dziesięć lat temu zmarł Ryszard Świerad. Wybitny zawodnik i trener, który swój pomnik ozłocił w Atlancie

Ryszard Świerad (fetowany po zwycięstwie) był gigantem polskich zapasów /Fot. Janusz Szewiński /Newspix

Na mistrzostwa świata w Teheranie jechał po naukę, a wrócił do Polski w glorii drugiego najlepszego zawodnika globu w kategorii 48 kg. Tak rozpoczęła się spektakularna kariera zapaśnicza wówczas 18-letniego Ryszarda Świerada, wychowanka Wisłoki Dębica, który sprawił największą sensację czempionatu w 1973 roku. Później, jako trener, poprowadził kadrę do "sukcesu tysiąclecia" na igrzyskach olimpijskich w Atlancie, na których polscy klasycy wywalczyli pięć medali, w tym trzy złote. W tym roku mija dziesięć lat od jego przedwczesnej śmierci podczas zgrupowania w Spale. Odszedł tydzień przed swoimi 56. urodzinami...

"Ryszard Świerad jest zawodnikiem nieotrzaskanym jeszcze w bojach o tak wysoką stawkę. Jego udział w MŚ, spotkania ze ścisłą czołówką światową winny dać efekt szkoleniowy, wskazać dalszy kierunek rozwojowy tego utalentowanego zawodnika. Miłą niespodzianką będzie punktowane miejsce" - tak przed MŚ pisał katowicki "Sport", a ów cytat w pracy licencjackiej pod tytułem: "Mój ojciec Ryszard Świerad. Kariera sportowa i szkoleniowa" przywołał syn legendy, Dawid Świerad.

Reklama

Start w stolicy Iranu był dopiero drugim występem nastolatka w seniorskiej kadrze. Debiut, trzy miesiące wcześniej, wypadł więcej niż obiecująco, bowiem na mistrzostwach Europy w Helsinkach ten młodzian urodzony w Boguszowie-Gorcach, nieopodal Wałbrzycha, zajął szóste miejsce.

- Można powiedzieć, że poniekąd brałem udział w tym sukcesie Ryszarda, ponieważ sam odniosłem kontuzję, w bardzo tragicznych okolicznościach, prowadząc w walce z Niemcem, a wyrzucili mnie niby za przekroczenie limitu czasu na pomoc lekarską. Później towarzyszyłem jako dodatkowy trener i zostałem wysłany, jakby to powiedzieć, do mało ważnego zawodnika, który miał nie mieć szans na sukces. Ale już w momencie, gdy wchodził w strefę medalową, usłyszałem: "dobra, dobra, to my się już nim zaopiekujemy". Czyli gdy jeszcze nie rokował szans na medal, to był przy nim Andrzej, ale gdy już witał się z medalem, to został mi odebrany (uśmiech). Tym zawodnikiem był właśnie Rysiek - wspomina Andrzej Supron, były kolega z maty Świerada i znakomity zawodnik, a obecnie prezes Polskiego Związku Zapaśniczego, który sekundował 18-latkowi.

Co więcej, nikt nie miał prawa powiedzieć, że sukces był przypadkowy, bo Świerad robił na macie prawdziwą furorę. 18-latka dopiero w finale zdołał poskromić mistrz świata z 1971 roku, wtedy 25-letni Anatolij Zubkow. Reprezentant Związku Radzieckiego w całej karierze wywalczył cztery tytuły mistrza świata i raz sięgnął po srebro.

- Rysiek w finale zaprezentował się fantastycznie, jako młody, utalentowany wojownik z Polski. Jego sukces był właściwie największą niespodzianką. Oczywiście hitem były dwa złote medale braci Kazimierza i Józefa Lipieniów, ale jego srebro było największą niespodzianką, ponieważ po nim nikt absolutnie nie spodziewał się takiego sukcesu. A właśnie takie wyczyny, najbardziej nieoczkiwane, cieszą najbardziej - mówi Supron.

Przegraną w teherańskim finale z Zubkowem Świerad powetował sobie dwukrotnie, będąc jednym z bohaterów dziejowych sukcesów, ozłoconych triumfem nad zapaśnikami ze Związku Radzieckiego. Jeszcze jako zawodnik, już bardzo rutynowany, świętował z kolegami z reprezentacji niesamowity sukces na mistrzostwach świata w Katowicach w 1982 roku. Zawodnik Wisłoki Dębica, będący wychowankiem trenera Czesława Korzenia, startując już w kategorii 62 kg wywalczył złoty medal w nieprawdopodobnych okolicznościach. Jeszcze na 27 sekund przed końcem Rosjanin Roman Nasibułow prowadził z Polakiem 9:5. Kilka sekund później Świerad pokazał, że jest zapaśnikiem najwyższej próby, popisał się fenomenalnym "rzutem marzeń", którym doprowadził do zwycięskiego remisu na wagę upragnionego złota. Cała kadra naszych "klasyków" spisała się genialnie, zdobywając łącznie trzy medale z najcenniejszego kruszcu oraz po jednym srebrnym i brązowym. Tak oto niezwykle prestiżowe zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim, o niesamowitej mocy oddziaływania na społeczeństwo w czasie stanu wojennego, stało się faktem.

Czternaście lat później, już z pozycji trenera kadry narodowej, Świerad stał się współtwórcą iście spektakularnej wiktorii. - To jest sukces tysiąclecia - nie ma wątpliwości Supron. Otóż nasi zapaśnicy znów zgarnęli pięć medali, także trzy złote, jeden srebrny i jeden brązowy, ale dokonali tego na największej imprezie sportowej czterolecia, czyli igrzyskach olimpijskich w Atlancie. Co więcej, w klasyfikacji medalowej "Biało-Czerwoni" znów pokonali Rosję. - Czyli historia jakby się powtórzyła, już w innym systemie, ale z tym samym przeciwnikiem. A Ryszard miał udział w obu tych spektakularnych triumfach - przypomina prezes PZZ.

Jednym z zawodników wybitnej generacji kadry klasyków, którą Świerad objął po powrocie ze Szwecji w 1992 roku, był Józef Tracz. Na wspomnianych IO w Atlancie, gdzie najjaśniej świeciły gwiazdy złotych medalistów: Ryszarda Wolnego, Andrzeja Wrońskiego i Włodzimierza Zawadzkiego, Tracz sięgnął po brązowy medal (w kat 74 kg). Jak dziś, dokładnie ćwierć wieku od tamtych wydarzeń i zapisania najpiękniejszej karty w historii polskich zapasów, trzykrotny medalista olimpijski patrzy na ten dziejowy sukces i w czym upatruje przepisu na sukces?

- Zawsze wiele czynników wpływa na końcowy sukces, ale myślę, że przede wszystkim zawodnicy zawierzyli trenerowi, czyli Ryszardowi. Zapaśnicy, można powiedzieć wybitni, którzy nie mieli łatwych charakterów. My też znaliśmy zapasy i metody treningowe oraz widzieliśmy, że to idzie w dobrym kierunku. Dlatego nikt nie miał pretensji, gdy zaordynował bardzo ciężki trening. Oprócz tego Ryszard bardzo dobrze planował treningi oraz mieliśmy częste wyjazdy zagraniczne, żeby mieć optymalnych sparingpartnerów z całego świata. A następna rzecz to atmosfera w drużynie. My czuliśmy się rodziną. Nawet jak była rywalizacja na treningu i zawodach, to i tak byliśmy najlepszymi kumplami, przyjaciółmi i tworzyliśmy jedność - wspomina trzykrotny wicemistrz świata.

Świerad objął kadrę z jednej strony w niełatwym momencie, bo tuż po igrzyskach w Barcelonie. Z drugiej strony miał sporo szczęścia, bo dostał pod swoje skrzydła generację bardzo dobrych zawodników.

- My byliśmy już wielokrotnymi medalistami MŚ i IO, dlatego chodziło o to, żeby miał posłuch u zawodników. I akurat to mu się udało, bo nie mieliśmy żadnych konfliktów. Współpraca układała się bardzo dobrze i później były tego efekty - tłumaczy Tracz, jeden z dwóch srebrnych medalistów z Barcelony.

- To był przemiły człowiek, zawsze uśmiechnięty. Taki bezproblemowy. Jego nie dało się nie lubić - przekonuje Supron.

A Tracz mu wtóruje: - Był osobą bardzo ciepłą, szczerą i prawdomówną, którą wszyscy bardzo lubili. Był wybitnym zawodnikiem, później wybitnym trenerem, a przy tym był bardzo skromny. Nie okazywał, że jest wielkim człowiekiem. W związku z tym jako zawodnicy, nie mieliśmy poczucia, że obcujemy z jedną z legend polskich zapasów. W jego towarzystwie czuliśmy się tak, jakby był naszym kolegą. Tak, można powiedzieć, że był naszym kolegą. Wszystkich zawodników traktował jednakowo, ale przy tym był bardzo stanowczy. Wszystkie plany treningowe musieliśmy realizować z jego zaleceniami, od tego nie było odstępstw. Myślę, że też dlatego przyszły takie sukcesy, jak te w Atlancie.

Nawet tak piękna karta, zapisana złotymi zgłoskami, przestała się liczyć w 1998 roku, gdy Polski Związek Zapaśniczy podjął decyzję o rozstaniu ze Świeradem. Faktem jest, że na mistrzostwach świata we Wrocławiu "Biało-Czerwoni" wywalczyli "tylko" dwa brązowe medale, na ME w Mińsku żaden z Polaków nie stanął na podium, podobnie jak na MŚ w Gaevle w Szwecji. Tymczasem Świerad wychodził z założenia, że dla coraz bardziej zaawansowanych wiekowo zawodników każda z tych imprez nie może być tą docelową. Szkoleniowiec starał się przekonywać, że najważniejsze są IO w Sydney w 2000 roku i z myślą o nich chciał realizować długofalową koncepcję przygotowań, aby właśnie tam zawodnicy zdołali osiągnąć apogeum formy. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się zarzuty, formułowane w mediach m.in. przez jednego z ówczesnych działaczy PZZ, jakoby bliskie relacje z zawodnikami paradoksalnie miały obrócić się przeciw szkoleniowcowi. Padały argumenty, że przestał być autorytetem dla swoich podopiecznych, a z pozycji kolegi nie jest w stanie zapanować nad grupą i odnosić z nią kolejnych sukcesów.

- Byłem wtedy osobą znajdującą się w środku, że tak powiem w centrum wydarzeń i wiem, jak to wszystko wyglądało. Po Atlancie oczekiwania były duże, prezesi i działacze myśleli, że na każdych zawodach będziemy zdobywać po pięć medali. Niektórzy wręcz mówili, że z mistrzostw świata będziemy wracać z pięcioma złotymi medalami. A takie sukcesy, jakie były naszym udziałem, nie osiąga się co dzień, a raz może na pięćdziesiąt lat, choćby z racji bardzo wyrównanego poziomu światowego w zapasach klasycznych. A fakty są takie, że nawet my sami byliśmy zdziwieni, że w Atlancie zdobyliśmy tyle medali, w tym trzy złote. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale kiedyś musiało nastąpić coś takiego, jak rozprężenie. Medale później były, ale nie tyle i takiego koloru, jakby oczekiwali działacze. My dalej, jako zawodnicy, tworzyliśmy z trenerem Ryszardem rodzinę, ale działacze oczekiwali czegoś więcej - wspomina Tracz.

Sam sposób pożegnania, mówiąc delikatnie, pozostawiał wiele do życzenia. Nie po raz pierwszy okazało się, że szkoleniowiec, który w pewnym okresie jest noszony na rękach, wygrywa plebiscyty i cieszy się wielkim uznaniem, bardzo szybko może zostać zdegradowany. A tu dochodził jeszcze właśnie ten styl, w jakim "podziękowano" mu za lata współpracy.

- To prawda, że Rysiek nie został godnie pożegnany i nie w dobrej atmosferze. Zawsze jest tak, że prawda leży gdzieś pośrodku, ale co by nie było, jakiekolwiek nie byłyby zarzuty, to uważam, że można było zrobić to w sposób cywilizowany i należycie mu podziękować. Nic nie szkodzi, by czasami nawet na wyrost, mimo animozji, serdecznie komuś podziękować, bo nadgorliwość nie boli, zwłaszcza przy rozstaniach. A tu pewne niedomówienia i brak godności przy tego rodzaju pożegnaniu były bardzo bolesne, tym bardziej, że był to zawodnik i trener wybitnie zasłużony. Więc nic złego by się nie stało, gdyby pewni ludzie musieli się, w ich odczuciu, nawet trochę nagiąć i z kulturą osobistą godnie go pożegnać - uważa Supron.

Po rozstaniu z reprezentacją Polski Świerad wrócił do Szwecji, gdzie z dużym powodzeniem pracował i odnosił sukcesy. Przy tym cieszył się sporym szacunkiem, czego wymownym dowodem była obecność na jego pogrzebie zapaśników ze Skandynawii, na czele z medalistami igrzysk, mistrzostw świata i Europy. - Zawodnicy tego pokroju, którzy wiele mu zawdzięczali, przyjechali na pogrzeb do Polski. Rysiek miał ogromny szacunek i wdzięczność ludzi, z którymi się zetknął - zwraca uwagę Supron.

Tracz pytany, czy w momencie największego przesilenia, gdy drogi Świerada z polską kadrą się rozchodziły, zawodnicy stali murem za członkiem swojej "rodziny", czy może wychodzili z założenia, że istotnie nastąpiło wyczerpanie pewnej formuły, odpowiada tak:

- My nie mieliśmy takiej siły sprawczej, by decydować o tym, czy trener jest, czy go nie ma. Po prostu sytuacja była taka, ze zarząd zadecydował o zmianie trenera, o czym my dowiedzieliśmy się chyba z prasy. Trudno mi natomiast powiedzieć, czy gdybyśmy stanęli murem za trenerem, cokolwiek by to zmieniło - zastanawia się Tracz.

Po zakończeniu kariery zawodniczej Tracz sam został trenerem, a ukoronowaniem było objęcie reprezentacji Polski. Wówczas miał bardzo częsty kontakt ze Świeradem, organizując wspólne zgrupowania polskich i szwedzkich zapaśników. I, jak przekonuje, Świerad nie żywił żalu do niego i innych zawodników za to, co się stało. - Dużo rozmawialiśmy na ten temat i Ryszard mi powiedział, że dla niego atmosfera, która się stworzyła, a dokładnie chodziło mu o działaczy Polskiego Związku Zapaśniczego, spowodowała, że przestał mieć z nimi wspólny język. I to, że odszedł, było też jakby jego decyzją, choć formalnie to zarząd PZZ odwołał go z piastowanej funkcji. Do nas, swoich byłych zawodników, nie miał żadnego żalu. Pozostawaliśmy cały czas na stopie koleżeńskiej, tocząc wiele rozmów. Moje relacje z Ryszardem do końca były bardzo dobre.

Tragedia wydarzyła się na początku sierpnia 2011 roku podczas zgrupowania w Spale, na które Świerad przyjechał wraz z reprezentacją Danii, z którą wtedy pracował. Obóz był przygotowaniem do znamienitego Memoriału Władysława Pytlasińskiego. Ta wiadomość wstrząsnęła całym środowiskiem zapasów. Trudno było pogodzić się z faktem, że oto w jednej chwili odszedł człowiek w sile wieku, wciąż aktywny zawodowo, prawdziwa sława tego sportu.

- Co tu dużo mówić, umarł jeden z nas. Człowiek niezwykle zasłużony dla polskiego sportu, dla naszej dyscypliny. Rysiek otrzymywał sygnały od lekarzy, że musi się zatroszczyć o zdrowie, ale je bagatelizował. Mówił: "tak, tak, tak", a kończyło się w taki sposób, jak to bywa u wojowników, którzy nie kwapią się, by iść do szpitala. Niestety tym razem już było za późno i nie udało się go odratować... - ubolewa Supron.

Tracz: - Rysiek umarł na zgrupowaniu, jak sportowiec, choć nie ma w tym żadnego pocieszenia. Zawsze jest to poczucie przedwczesności i szok, bo człowiek nie dowierza, że to dzieje się właśnie w danym momencie - zawiesza głos pan Józef, który z kolei w 2019 roku pochował brata Mieczysława, również niegdyś znakomitego zapaśnika.

Grób Świerada mieści się na cmentarzu komunalnym w Dębicy przy ul. Cmentarnej, na tym samym, gdzie w 2005 roku spoczął jeden z polskich zapaśników wszech czasów, śp. Kazimierz Lipień. Obaj giganci sportu odeszli zdecydowanie przedwcześnie, lecz na pewną symbolikę zwraca uwagę Supron. - O ironio, obaj zmarli w tym samym roku życia, mając 56 lat. To dosyć znamienne, że dwóch tak wspaniałych mistrzów odeszło w tym samym wieku i spoczęło niedaleko siebie... - zamyślił się obecny prezes związku.

Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje