Przejmujący pogrzeb polskiego giganta w Niemczech. "Przyjechałem cię pożegnać"
W sobotę w miejscowości Witten w Zagłębiu Ruhry odbyło się ostatnie pożegnanie giganta i zarazem legendy polskich zapasów Adama Sandurskiego, który nie tylko z uwagi na znakomite warunki fizyczne był nazywany "olbrzymem z Rzeszowa". Mocarzem był także na światowych matach, zdobywając brązowy medal olimpijski. Wielkie emocje udzieliły się Janowi Falandysowi, którego nie mogło zabraknąć na żałobnych obrzędach w Niemczech oraz rozmówcom Interii.

Brązowy medal igrzysk olimpijskich w Moskwie z 1980 roku, dwa wicemistrzostwa świata (1982, 1983), brązowy medal MŚ (1981), wicemistrzostwo Europy (1984), pięciokrotnie brązowe medale mistrzostw Europy (1979-1982, 1986) oraz ośmiokrotnie zdobywany tytuł mistrza Polski w wadze superciężkiej - ta wielość sukcesów pokazuje, jak wybitnym zapaśnikiem stylu wolnego był Adam Sandurski. Mocarz z Podkarpacia, którego geny i matka natura obdarzyły wybitnymi warunkami fizycznymi: mierzył 214 cm wzrostu i w czasach kariery ważył 135 kg. Tak jak nieodżałowany Kazimierz Lipień został wybrany przez Polski Związek Zapaśniczy klasykiem 100-lecia, tak pan Adam jest uznawany za najwybitniejszego "wolniaka".
Ostatnie pożegnanie Adama Sandurskiego. Przyjaciele na cmentarzu w Witten
Urodzony 8 lutego 1953 roku Sandurski został legendą sekcji zapaśniczej Stali Rzeszów, zdobywając w jej barwach swoje najważniejsze trofea. Gdy w 1985 roku on, mężczyzna tak potężnych gabarytów, wyruszał fiatem 126p, czyli kultowym maluchem, do Witten, planował zatrzymać się w Nadrenii Północnej-Westfalii na dwa lata. A został do końca swoich dni, stając się również ikoną klubu KSV Witten 07.
Żałobna msza święta odbyła się w kościele śp. Franciszka w tym niemieckim mieście, gdzie Sandurski na kilka dekad zapuścił korzenie. Celebrujący mszę świętą ks. Damian Lewiński, proboszcz w Polskiej Misji Katolickiej w Dortmundzie, podkreślił nieśmiertelność, jaką po sobie pozostawił ten nieodżałowany sportowiec. A także w jednym zdaniu oddał wielkość zmarłego dla ojczyzny oraz kraju, w którym osiadł na długo, jak w drugim domu. - Żegnamy wybitnego człowieka, który po sobie pozostawił ogromną pamiątkę dla obu narodów.
Żona Sandurskiego oraz jego córki otrzymały, w dowód jego szczególnych zasług, pośmiertny Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości. W ostatniej drodze towarzyszyli mu wierni kompani z maty, krajanie z Rzeszowa Jan Falandys i Aleksander Cichoń, ale swoją obecnością rangę podniósł także m.in. konsul generalny RP w Kolonii Marek Głuszko. Zdjęcie Falandysa z Sandurskim, gdy olbrzym wziął na ręce, niczym chłopczyka, mierzącego 156 cm wzrostu Falandysa, przeszło do legendy nie tylko polskiego sportu. Po latach przyjaciele odwzorowali ten niezapomniany kadr, który ponownie został uwieczniony na fotografiach.
- Adam był moim najlepszym przyjacielem. Trenując w Stali, mieszkaliśmy w hotelu robotniczym w Rzeszowie. A później tak się złożyło, że go tu przywiozłem. I teraz musiałem tutaj przyjechać go pożegnać. Śpieszmy się kochać ludzi, bo szybko odchodzą - rozkleił się 69-letni Falandys, z trudem dokańczając ostatnie zdanie (na kanale pp.tv w serwisie Youtube jest zapis wideo z fragmentami ostatniej drogi legendy).
Rzeszów też oddał hołd legendzie. Nawet schorowany olimpijczyk
W dniu pogrzebu w Niemczech, bliscy w Rzeszowie, którzy z różnych powodów nie zdołali dotrzeć do Witten, wzięli udział w specjalnie zamówionej mszy świętej. O szczegółach, w rozmowie z Interią, mówi były zapaśnik Tadeusz Solecki, a prywatnie kuzyn Sandurskiego.
Hołd Adamowi oddaliśmy nabożeństwem, prowadzonym przez tego samego księdza, który był obecny na igrzyskach w Moskwie. Z racji znajomości tematu wygłosił kazanie, które było jedyne w swoim rodzaju. Byłem zaskoczony, że dotarło aż tylu chłopaków, było nas około 30, w tym m.in. dość schorowany 84-letni Ryszard Długosz, pierwszy olimpijczyk z Podkarpacia
Jego wspomnienia związane z kuzynem są w zasadzie niekończącą się historią. - Czasami nawet mieszkaliśmy razem w pokoju. To były fajne chwile, których wtedy człowiek tak nie doceniał. Zawsze był bardzo wesołym, żartobliwym człowiekiem. I trzeba mu oddać, że rzeczywiście tańczył jak motylek, co udowodnił choćby na swoim weselu w Mietkowie koło Wrocławia (w ostatnich latach mieszkał tam w domu nad zalewem - przyp.). Poza tym był ogromnie popularny, gdziekolwiek się pojawił wzbudzał sensację - opowiada.
O drygu do tańca, przemawiając na pogrzebowej mszy, poetycko powiedział także Detlef Englich, w latach 1972-2012 dyrektor zarządzający i prezes KSV Witten 07. - Adam jako tancerz był lekki jak piórko. To było tak, jakby tańczył motyl. Był potężnym wojownikiem, który na końcu stał się cichy i skromny - pięknie powiedział wieloletni działacz.
Nie mogłem przepuścić okazji, by nie dopytać o jazdę "maluchem". Wprawdzie pan Adam później doczekał się dużego fiata, ale wcześniej jako pasażer razem z przyjacielem Falandysem (na jakiś czas poróżnili się w Niemczech) podróżował właśnie tą kultową ikoną polskiej motoryzacji z czasów PRL.
- Robili w ten sposób, że wyciągali przednie siedzenie pasażera i Adam siadał na tylnej kanapie. Inaczej nie było szans, jego długie nogi nie pozwalały na to, by mógł podróżować. Nawet w swoim dużym fiacie siedział bardzo daleko, maksymalnie odsuwając fotel kierowcy - roześmiał się Solecki.
Sandurskiego w rozmowie z Interią wspomina także były zapaśnik z Podkarpacia Adam Rudyk. On odsłania ciekawą, szerzej nieznaną historię, jaka towarzyszyła początkom zmagań olbrzyma z zapasami. Trzeba bowiem powiedzieć, że ten wypracowany w żwirowni siłacz nie miał wiele, poza monstrualnymi rozmiarami.
- Obaj byliśmy z tego samego rocznika. Ja byłem zawodnikiem z jakimś tam medalem mistrzostw Polski juniorów, a tu przyszedł taki wielkolud. Był niegramotny i prawdę mówiąc do sportu nie miał drygu, ale posiadał nieprawdopodobne warunki, w tym rękę wielką jak patelnia - zaczyna opowieść Rudyk.
Wówczas trener Jan Małek, który właściwie stworzył Sandurskiego (kolejnymi byli Bronisław Ginalski oraz Eugeniusz Najmark), nadając mu najważniejsze szlify, postanowił sparingowo zestawić obu młodzieńców. To nie był jeszcze czas, ale nieopierzonego dryblasa konfrontować ze starszymi i już świetnymi Ryszardem Długoszem oraz Stanisławem Makowieckim.
- Tymczasem ja, na jednym ze sparingów, wszedłem mu w te jego długie nogi. On upadł tak niefortunnie, że poleciał na drabinki i pech chciał, że skręcił kolano. Oczywiście zdarzenie było przypadkowe, w ferworze walki. Niemniej kolano nie chciało mu się goić, w efekcie przez rok nie uprawiał tego sportu, a w tym czasie trener Małek robił z nim w pozycji siedzącej trening siłowy. Gdy my mieliśmy różne zajęcia, w tym szybkościowe, on siedział na gimnastycznym koniu i cały czas trenował ciężarami. Dostał takiej zwierzęcej, niedźwiedziej siły, że później już nie szło z nim trenować na macie. Kiedyś na spotkaniu z uśmiechem powiedziałem mu, że zawdzięcza mi sławę i chwałę, na co odpowiedział: "dziękuję ci, Adam". I tym jednym zdaniem rozgrzeszył mnie za kontuzję - z nostalgią wspomniał Rudyk.
Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












