Artur Gac, Interia: Rozmawiamy pierwszy raz, więc zacznę od podwójnych gratulacji, chronologiczne za tytuły mistrza Europy i świata. Dociera do ciebie, jak bardzo przeszedłeś do historii polskich zapasów?
Tomasz Mital: - Dociera to do mnie, ale też jest to wynik dopiero w roczniku do lat 17. Więc czekają na mnie coraz ciężsi przeciwnicy i coraz bardziej wymagające zawody.
To, co mówisz, już w dużym stopniu świadczy o twojej sportowej dojrzałości. Chyba najgorsze, co mogłoby być, to zachłysnąć się tym sukcesem.
- No tak. Bo co z tego, że ktoś tam wygrał mistrzostwa Europy czy świata U-17, jeśli później nie walczyłby o jeszcze cenniejsze trofea?
Od zawsze tak miałeś wpojone, że każdy kolejny sukces w młodszych grupach będzie etapem, czy wypracowywałeś to w sobie?
- Myślę, że od zawsze nie miałem takiego sposobu myślenia, ale po prostu jakoś to poszło w tym kierunku. Wiem, że wygrałem dwa duże turnieje, ale to nie jest koniec.
Mistrzostwa świata naturalnie są imprezą wyższej rangi, natomiast który medal trudniej było ci wywalczyć?
- Na mistrzostwa Europy jechałem nie wiedząc, co może być. Nie znałem swoich rywali, więc walczyłem po swojemu i wygrałem te zawody. Po tym zwycięstwie nabrałem pewności, że mam szanse nawet wygrać mistrzostwa świata. Przed startem w Baku zakończyły się wszystkie mistrzostwa kontynentów, więc mogłem już obejrzeć walki swoich przeciwników, aby nie być zaskoczonym w zawodach.
Chcesz powiedzieć, że przed przystąpieniem do ME z żadnych z tych zawodników, których spotkałeś na drodze do finału, nie walczyłeś wcześniej?
- Walczyłem tylko z Turkiem, ale to było w październiku na turnieju, czyli wiele miesięcy wcześniej.
Z czego to przede wszystkim wynikało? Głównie z faktu, że w tym roku nastąpił twój duży przełom?
- Myślę, że właśnie o ten przełom chodzi. W zeszłym roku też byłem na mistrzostwach Europy i świata U-17, ale wówczas pierwszy turniej zakończyłem na jednej wygranej walce, a na czempionacie globu przegrałem trzeci pojedynek. Na turniejach międzynarodowych też przegrywałem z różnymi zawodnikami, więc po prostu potrzebowałem czasu, by wszystko wypracować.
Co jest główną składową tego przełomu?
- To nie jeden element, tylko wszystko razem wzięte. Wszystko musi się zgadzać, nic nie może odstawać od reszty. Każda rzecz musi być wytrenowana. Staję się coraz bardziej kompletnym zawodnikiem, a wtedy tylko pojedyncze elementy miałem na odpowiednim poziomie, a inne odstawały.
A jak oceniasz swoją mentalność? Bo słyszę, że głowa to twój wielki atut, presja związana z rangą zawodów nie podcina ci skrzydeł, tylko wręcz cię napędza. To prawda, czy półprawda?
- Bardzo dużo musiałem sobie zapracować na te sukcesy. Dlatego przystępując do zawodów wiedziałem, że zrobiłem tyle, ile mogłem. Więc jeśli wyjdę na matę i przegram, to będzie znaczyło, że byłem gorszy. Jednak nie jest też tak, że się nie stresuję czy łatwo mi to wszystko przychodzi. Uważam, że w sporcie przed zawodami każdy, komu zależy na wyniku, będzie się stresował. Dlatego powiem tak od siebie, że ja na matę wychodzę ze stresem. Nie sprzeciwiam się mu, tylko on także mnie napędza.
Czyli gdy wiesz, że wykonałeś pracę bez taryfy ulgowej, to wtedy ten wnoszony do walki stres jest motywujący?
- Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Ale wiadomo, każdy jest inny.
Miałem okazję na twój temat porozmawiać z legendą zapasów Andrzejem Wrońskim, dwukrotnym mistrzem olimpijskim. "Jest to naprawdę wyczyn godny mistrza, aby w jednym roku sięgnąć po dwa tytuły. I to jeszcze w jakim stylu! Mamy do czynienia ze wschodzącą gwiazdą" - powiedział w reakcji na twoje dwa złote medale. I co ty na to?
- Ja nie lubię się obnosić i zapowiadać, że będę coś wygrywał, bo to nie w moim stylu. Dajmy na to zapowiem, że wygram jakieś zawody, a tego nie zrobię i co wtedy?
Bardziej zmierzam do tego, czy takie słowa cię budują?
- Jeśli ktoś z takimi sukcesami mówi pozytywnie na mój temat, to oczywiście. Przyznam panu, że akurat w momencie, gdy zadzwonił pan do mnie, byłem w trakcie lektury tego materiału i jeszcze nie zdążyłem go przeczytać do końca.
W Olimpijczyku Radom trenujesz pod okiem mistrza olimpijskiego Włodzimierza Zawadzkiego oraz Łukasza Fafińskiego, a także szkolił cię Zdzisław Kolanek, trener i dyrektor klubu. Jak rozkładają się akcenty? Który trener w największym stopniu cię szkoli?
- Często trenuję z samym Łukaszem Fafińskim, jako sparingpartnerem, ponieważ podobnie ważymy. Od niego na pewno wziąłem przekładanie rąk w technice wózka, a od trenera Włodka przede wszystkim dojście do ręki i wynoszenie w parterze, które pokazywałem w mistrzostwach świata. A do tego tzw. myczki, czyli małe zmiany, które robią dużą różnicę.
Z trenerem Zawadzkim łączy was też to, że on także nie do końca dobrze wchodził w pojedynki, a później często odrabiał straty. U ciebie pojawia się podobna prawidłowość. Zrzucasz ją na karb czego? Rozkręcasz się z biegiem walki czy dopiero z poczuciem odrabiania strat podświadomie wchodzisz na jeszcze wyższy poziom?
- Myślę, że to też ma jakieś znaczenie. Po prostu z trenerem Włodzimierzem dużo trenuję i on mi pokazuje techniki. Demonstruje to, co on potrafił, więc myślę, że dlatego może być podobieństwo naszych styli walki. A czy ja się rozkręcam w drugiej połowie walki? To jest prawda. Sądzę, że bierze się to stąd, iż każdy jest mocny na pierwszą minutę, półtorej, a nawet dwie minuty. A później już po prostu odrabiam punkty.
Wynikowo na mistrzostwach świata najbliższy był finałowy pojedynek z Ukraińcem Hlibem Jewsiejewem, wygrany 3:2. To był twój najtrudniejszy rywal?
- Zdecydowanie nie. Wiadomo, w finale mistrzostw świata obojętnie, kto wyjdzie do walki, za wszelką cenę chce wygrać. Walka ułożyła się tak, że po odrobieniu strat nie musiałem budować większej przewagi. Bo gdybyśmy spotkali się na przykład w pierwszej lub drugiej rundzie, wtedy wynik mógłby być zupełnie inny. Natomiast moim najcięższym przeciwnikiem na pewno był Węgier Sandor David Antaly, który walczy bardzo podobnie do mnie. Też jest bardzo silny, dobrze broni parter i dobrze w nim atakuje, więc tak naprawdę walka z nim była najważniejsza. Gdybym przegrał, już nie byłbym mistrzem, bo nie wszedłbym do strefy medalowej.
Jaką masz dzisiaj sytuację bytową w zapasach, jako 17-latek, u progu wielkiej kariery? Jak wygląda życie takiego chłopaka, jak ty?
- To, że jestem w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Radomiu, bardzo dużo daje. Na przykład rano idę na trening, a potem od razu na lekcje, bo wszystko mieści się w tym samym budynku. Po szkole także od razu mogę zostać na drugi trening. W tym sensie SMS jest dobrym rozwiązaniem, bo mogę rozwinąć się w tym okresie, który jest dla sportowca tak ważny.
Czytając między wierszami rozumiem, że gdyby pojawił się sponsor, to powitałbyś go z otwartymi ramionami?
- Oczywiście, że tak. To też jest potrzebne, taka stabilność także jest ważne, bo w sporcie nie zawsze się wygrywa. Fakt, że wygrałem teraz w krótkim odstępie czasu obie mistrzowskie imprezy nie oznacza, że za rok będzie tak samo.
Zwłaszcza, że od przyszłego roku wchodzisz w wiek juniora.
- Zgadza się, przechodzę do grupy U-20. Chłopaki będą starsi o dwa lata, do tego trzeba zmienić kategorię wagową, więc może być bardzo różnie.
To będzie duża zmiana i wyzwanie. Zwłaszcza, że nie będziecie schodzić do niższego limitu, tylko z kat. 92 kg do 97 kg. Do tego wydłuży się czas rund o dodatkową minutę. Do tych zmian być może chwilę będziesz potrzebował się przystosować.
- Tak jest. Trzeba będzie się dostosować do wszystkich zmiennych. Przez ostatnie dwa lata walczyłem do 92 kg, więc trzeba będzie jeszcze ciężej trenować.
Gdy doczytasz wywiad z Andrzejem Wrońskim do końca, zobaczysz, że on także głowi się nad kwestią tego, czy powinieneś znaleźć się w kadrze olimpijskiej na Los Angeles w 2028 roku. Z jednej strony o tym marzy, z drugiej jednak przestrzega, że zbyt pochopne rzucenie się na głęboką wodę mogłoby spowodować niepowetowane straty. On na pierwsze igrzyska pojechał mając 23 lata. A jaka jest twoja optyka na Los Angeles?
- Myślę, że nie pojadę. Z uwagi na to, o czym przed chwilą powiedzieliśmy. Czyli, po pierwsze, muszę zmienić wagę, po drugie seniorzy to dorosłe chłopy. A ja musiałbym się kwalifikować jako 18-latek, a potem walczyć z nimi jako 19-latek w Los Angeles. Trzeba by było chyba być naprawdę jakimś fenomenem. Jeszcze gdyby na przykład waga olimpijska wynosiła 92 kg, to wówczas miałbym jakieś szanse. A teraz uważam, że po prostu nie mam szans na najbliższe igrzyska.
To bardzo rozsądna i racjonalna odpowiedź.
- Wiadomo, każdy na igrzyska chce pojechać. Gdyby pozostały jeszcze cztery lata, a może nawet trzy, wówczas mogłoby być inaczej. Tymczasem dwa lata to bardzo niewiele czasu. I generalnie muszę stać się jeszcze lepszy, by z powodzeniem walczyć z seniorami, a do tego potrzebuję też więcej siły.
W jakim klubie stawiałeś pierwsze kroki w zapasach?
- Zacząłem trenować w wieku 6 lat w pierwszej klasie podstawówki. Moim pierwszym trenerem w Mazowszanach był Sylwester Kuliński. To była sekcja Olimpijczyka Radom, więc jeżdżąc na zawody reprezentowałem właśnie swój obecny klub.
Uczysz się w Zespole Szkół Budowlanych w Radomiu. Na którym kierunku i roku?
- Po wakacjach przystąpię do czwartej klasy, a kierunek technik-geodeta. Ta szkoła umożliwia mi godzenie nauki z uprawianiem sportu.
Masz dwóch braci, którzy też trenują zapasy. Obaj ze smykałką, czy na innym poziomie?
- Zobaczymy, jaką jeszcze wybiorą drogę. Młodszy ma 11 lat, więc ciężko jest powiedzieć, co z tego będzie. Ja jeszcze w styczniu tego roku nie myślałem, że będę mistrzem świata. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że jest to jedna, wielka niewiadoma. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ktoś chce wypracować sukces.
Chcesz powiedzieć, że jeszcze na początku tego roku byłeś na rozdrożu?
- Na początku roku myślałem, że medal mistrzostw Europy jestem w stanie zdobyć, ale sądziłem, że na tym się zakończy. Uważałem, że medalu mistrzostw świata nie zdobędę, bo to jeszcze za "duża ryba". Wyobrażałem sobie, że chłopaki z innych kontynentów będą o wiele lepsi. A okazało się, że to ja jestem najlepszy.
Jeśli więc jeszcze nieco ponad pół roku temu tak oceniałeś się na tle rywali ze świata, a jednocześnie po takim sukcesie tak twardo stąpasz po ziemi, jest to co najmniej dobry prognostyk.
- Też tak myślę. Teraz będę musiał bardzo dużo trenować, żeby z powodzeniem zmienić kategorię wagową i zadomowić się w nowej grupie wiekowej, wśród starszych chłopaków.
Pierwszą próbę przejdziesz w listopadzie?
- Tak jest, wystąpię w międzynarodowym Pucharze Polski juniorów.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













