"Wszystkie wschodnie służby śmieją się nam w twarz" - tymi słowami Marcin Możdżonek rozpoczyna komentarz, zamieszczony na platformie X. Dotyczy on decyzji o przyznaniu Medalu Wolności Słowa w kategorii Obywatel/Obywatelka pochodzącej z Ukrainy, lecz posiadającej polskie obywatelstwo, aktywistce Natalii Panczenko.
Tu rodzi się wiele pytań. Jedno zadam publicznie: czy my jako państwo również tworzymy na Wschodzie tak skuteczną agenturę wpływu? Narzędzia do tego typu działań, jak to zawsze bywa, są marnotrawione
"Na przykład Marszałek Senatu wydała spore pieniądze na promocję Fundacji Otwarty Dialog i książek pani Sarny (Debil i Alfons) w Londynie. Co prawda oni nie reprezentują polskiej racji stanu, ale za to większość zaplanowanych spotkań się nie odbyła" - kontynuuje.
A na koniec dzieli się jeszcze jednym wnioskiem, który wyciągnął z całej sytuacji. "Na tym przykładzie widać, że nie mamy żadnej strategii w polityce zagranicznej" - podsumowuje.
Sama Panczenko do przyznania odznaczenia odniosła się z radością. "Jestem Ukrainką. Jestem też obywatelką Polski. Jedno drugiego nie wyklucza. Można nie urodzić się w Polsce, ale niesamowicie ją kochać" - powiedziała, cytowana przez PAP.
Panczenko zaatakowała Semirunnija. "Nagle wszyscy widzą tylko krążek"
O Natalii Panczenko zrobiło się głośno w lutym br., przy okazji jej komentarza dotyczącego Władimira Semirunnija, który wywalczył dla Polski srebrny medal olimpijski w łyżwiarstwie szybkim (10 000 m) na igrzyskach Mediolan-Cortina 2026.
Pochodząca z Ukrainy aktywistka nie mogła darować sportowcowi jego rosyjskich korzeni. Wygarnęła mu, że przez kilka lat reprezentował Rosję, a potem "przefarbował się" na Polaka.
"W 2019 roku jedziesz na okupowany Krym. W 2023 dumnie reprezentujesz zbrodniczą Rosję. A potem nagle - pstryk - w 2025 ekspresowo dostajesz polskie obywatelstwo, żeby w 2026 pojechać na igrzyska już jako 'Polak z krwi i kości'. Zdobywasz medal i nagle wszyscy widzą tylko krążek. Jakby wcześniejsze decyzje magicznie wyparowały" - opisywała w mediach społecznościowych.
Jeszcze ostrzej zrobiło się na społecznościowym profilu Euromajdanu-Warszawa (Panczenko jest współorganizatorką tej inicjatywy). Tam określono Władimira "Mistrzem Sportu Klasy Międzynarodowej w Rosji", który "po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę trenował i startował pod rosyjskimi barwami".
Nakreślono, że młody panczenista przyjechał do Polski "dopiero" w 2023 roku, a niespełna dwa lata później otrzymał polski paszport.
"Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by z reprezentanta państwa-agresora stać się 'polskim' medalistą. W tym samym czasie ukraińscy sportowcy giną przez rosyjską agresję. Ich kariery kończą się nie przez kontuzje, ale przez bomby. Inni - solidaryzując się z ofiarami - ponoszą konsekwencje regulaminowe za gesty wsparcia" - stwierdzono, przypominając historię z dyskwalifikacją Władysława Heraskewycza.
Zaznaczono, że "warto cieszyć się z medalu dla Polski, ale nie warto udawać, że historia nie istnieje".
"[Semirunnij] to Rosjanin, który jeszcze chwilę temu reprezentował kraj prowadzący brutalną wojnę. Sport nie istnieje w próżni. Flaga na kombinezonie zmienia się szybciej niż życiorys, ale życiorysu nie da się wymazać" - podsumowano.
Deklaracja Semirunnija: "Ten medal zdobywam dla Polski"
Latem 2023 roku Władimir Semirunnij wysłał wiadomość do Konrada Niedźwiedzkiego z prośbą o pomoc w umożliwieniu treningów z polską kadrą i występów w biało-czerwonych barwach.
Po wielu miesiącach starań zawodnik, decyzją prezydenta Karola Nawrockiego, otrzymał polskie obywatelstwo, dzięki czemu mógł reprezentować nasz kraj już na igrzyskach we Włoszech.
Panczenista niejednokrotnie podkreślał, jak bardzo jest dumny z tego, że może występować dla Polski. Olimpijskie srebro zadedykował swojemu nowemu domowi.
"Ten medal zdobywam dla Polski. Jedyne, jak mogę podziękować Polsce, to zdobywać medale. I ja to zrobiłem. Dziękuję bardzo panu prezydentowi i Konradowi Niedźwiedzkiemu, że naprawdę pomogli mi z moim celem i moim marzeniem" - mówił.












