Tragiczna śmierć ojca Tomasza Adamka. Władze przez lata chciały ukryć prawdę
Tomasz Adamek przez długie lata był jedną z głównych gwiazd polskiego boksu. Były mistrz świata wielokrotnie w mediach opowiadał o swoim życiu rodzinnym oraz religii, do której przykłada ogromną wagę. Przed laty pięściarz opowiedział również o tragicznej śmierci swojego ojca. Katastrofa drogowa z jego udziałem do dzisiaj wzbudza kontrowersję, a wiele poszlak wskazuje na to, że ówczesne polskie władze starały się ukryć prawdziwy przebieg zdarzenia.

Pozycja Tomasza Adamka w historii polskiego boksu jest niepodważalna. Urodzony w GIlowicach pięściarz zdobył mistrzostwo świata federacji WBC i IBF. Po latach walki w kategoriach półciężkiej oraz junior ciężkiej Polak zdecydował się na podbój królewskiej wagi ciężkiej. Adamek w 2011 roku we Wrocławiu stoczył nawet walkę o mistrzostwo świata. Po drugiej stronie ringu stanął wtedy niepokonany od wielu Witalij Kliczko. Pojedynek zakończył się przez techniczny nokaut w dziesiątej odsłonie.
Przez długi czas zapowiadało się, że przegrany w 2018 roku pojedynek z Jarrellem Millerem był ostatnim bojem stoczonym w karierze Adamka. Polak wrócił jednak po czterech latach, pokonując na gali XTB KSW Epic Mameda Chalidowa. Tego samego roku Adamek na galach FAME pokonał Patryka Bandurskiego oraz Kasjusza Życińskiego. Do teraz ostatnim jego występem była porażka z Roberto Soldiciem, którą ten doznał 6 września 2025 roku podczas gali Fame 27: Kingdom.
Tomasz Adamek wielokrotnie w mediach podkreślał jak ogromną rolę w jego życiu odgrywa wiara oraz rodzina. Przed laty pięściarz opowiedział również o rodzinnej tragedii, w kontekście której do dzisiaj pozostają bardzo duże wątpliwości.
Dramat rodzinny Tomasza Adamka. Gdy stracił ojca, nie miał nawet dwóch lat
Tomasz Adamek miał zaledwie 23 miesiące, gdy w tragicznym wypadku stracił ojca. Józef Adamek pracował jako kierowca autobusu odwożącego górników do pracy w kopalniach "Brzeszcze", "Piast" i "Ziemowit". Tamta tragedia, w której zginęło łącznie 30 osób, zapisała się wówczas jako największa katastrofa drogowa w powojennej Polsce.
Adamek w rozmowie z portalem "WP SportoweFakty" szczerze opowiedział o realiach wychowywania się na wsi bez ojca. Jak sam określił, wielokrotnie musiał "robić za chłopa", by pomóc pozostawionej bez pomocy męża matce z piątką dzieci.
- Mama miała długi, rentę po ojcu i piątkę dzieci na gospodarstwie - mnie i cztery siostry. Nie było miodu. Mieliśmy trzy szklarnie, świnie, króliki, kaczki, z pięćdziesiąt nutrii - takich długich na prawie metr. Miały wielkie i ostre kły. (...) Smutno było patrzeć, jak chłopaki w piłkę grają, albo kąpią się nad jeziorem, a ja muszę z mamą w pole iść. Mijałem kolegów na koniu, bo na żniwa jechaliśmy. Szwagier kosił, ja snopki stawiałem - opowiadał Adamek o trudnym etapie swojego dzieciństwa.
Sam pięściarz przyznał, że w młodości stwarzał problemy swojej matce. Jak często to bywa w takich przypadkach, ujście emocjom dało uprawianie sportu. Adamek trenował piłkę nożną, grał w siatkówkę i koszykówkę, lecz finalnie skierował się w stronę uprawiania boksu.
- Z powodu tragicznej śmierci taty, mnie i siostrom przysługiwał darmowy bilet na PKS do osiemnastego roku życia. Dzięki temu mogłem dojeżdżać na treningi do Górala Żywiec. Inaczej nie byłoby nas na to stać. Brałem pajdę chleba z masłem, szklankę mleka od babci i leciałem na autobus. Wracałem do domu o 20 i tak trzy razy w tygodniu - wyjaśniał Tomasz Adamek.
Katastrofa w Wilczym Jarze. Władze tuszowały sprawę, ojciec Tomasza Adamka obarczony winą
Tragedia w Wilczym Jarze koło Żywca do dzisiaj wzbudza duże zainteresowanie oraz równie dużo wątpliwości. Całość rozegrała się 15 listopada 1978 przed godziną 5 rano. Autobus prowadzony przez Józefa Adamka wpadł w poślizg i z impetem uderzył w barierki z prawej strony jezdni. Spowodowało to zmianę kierunku jazdy, a autobus wypełniony ludźmi przebił barierki z lewej strony i spadł z wysokości 18 metrów, prosto do Jeziora Żywieckiego. 25 minut później taki sam los spotkał drugi z autokarów.
- Po zderzeniu autobus z górnikami zsunął się z mostu na kamienną zatoczkę. Ojciec jeszcze żył, miał złamaną nogę i szramę na gardle. Chwilę później nadjechał drugi bus. Też wpadł w poślizg i poleciał do Jeziora Żywieckiego. Fala podmyła autobus taty. Sekcja zwłok wykazała, że ojciec się utopił - zdradził szczegóły Tomasz Adamek na łamach portalu "WP SportoweFakty".
Władze PRL-u szybko uznały, że to kierowcy byli winni spowodowania tej katastrofy. Polska Agencja Prasowa w swoim komunikacie, pod którym podpisał się prokurator z prokuratury wojewódzkiej w Bielsku-Białej, wskazała na dwa uchybienia prowadzących autobusy: niedostosowanie prędkości do panujących warunków oraz niewłaściwa technika jazdy.
Zupełnie inną wersję zdarzeń przedstawił badający sprawę katastrofy historyk Paweł Zyzak. Zdaniem autora książki "Tajemnica Wilczego Jaru. Największa drogowa katastrofa PRL w świetle dokumentów i relacji" śledztwo prowadzono pod z góry ustaloną tezę, która wypłynąć miała ze strony Komisji Rządowej.
Śledztwo milicyjne i prokuratorskie poprowadzono tak, by za wszelką cenę udowodnić, iż przyczyną katastrofy była oblodzona jezdnia. Winą obarczono dwóch kierowców autobusów - Józefa Adamka i Bolesława Zonia. Nie wzięto pod uwagę żadnych innych wersji. Akta sprawy dopasowywano do wersji ustalonej w gabinetach władzy
Historyk odniósł się m.in. do "legendy o milicyjnej nysce", która miała znaleźć się na moście i przyczynić się do wypadku. Taką wersję zdarzeń powielali m.in. rodziny ofiar, kierowców, górników, a nawet niektórych strażaków i milicjantów. Stanowisko Zyzaka w tej sprawie było jasne: "Nie przekraczając kompetencji naukowca, mogę powiedzieć, że na moście prawdopodobnie doszło do zderzenia autokaru z jakimś pojazdem, najpewniej radiowozem MO" - skomentował historyk.
Rozgoryczenia z powodu obarczania jego zmarłego ojca winą za wypadek nie ukrywał sam Tomasz Adamek. - Wiadomo, jakie wtedy były czasy. Wszyscy znali prawdę, ale bali się mówić. Mamie nie było łatwo, ale dała sobie radę. Gdyby była miękką kobietą bez wiary, pewnie by zwątpiła. Wychowała piątkę dzieci sam - powiedział były mistrz świata cytowany przez "Onet".
Zobacz również:















