Mateusz Ponitka cudem uniknął śmierci. "Czułem ogromny ból i płakałem"
Mateusz Ponitka został jednym z bohaterów reprezentacji Polski podczas EuroBasketu 2025. Kapitan "Biało-Czerwonych" w dużym stopniu przyczynił się do awansu kadry do fazy pucharowej, a podopieczni Igora Milicicia m.in. dzięki jego popisom rywalizację zakończyli ostatecznie na szóstej pozycji. Mało brakowało jednak, a Ponitka nie byłby dziś filarem reprezentacji. Jak wyznał, kilka lat temu cudem uniknął śmierci.

Mateusz Ponitka po raz kolejny udowodnił, że nie bez powodu od lat pozostaje kapitanem reprezentacji Polski w koszykówce - 32-latek z Ostrowa Wielkopolskiego znakomicie zaprezentował się podczas tegorocznej edycji EuroBasketu i wraz z kadrą zajął ostatecznie szóste miejsce w czempionacie. Już po zakończeniu rywalizacji w mistrzostwach Europy lider "Biało-Czerwonych" sportowiec pojawił się w podcaście "Żurnalisty", w którym zdecydował się na wstrząsające wyznanie. Jak się okazało, kilka lat temu jeden z najpopularniejszych obecnie polskich koszykarzy cudem uniknął śmierci. Jego historia mogła zakończyć się tragicznie, gdyby nie interwencja lekarzy.
Wypadek na treningu zmienił wszystko. Mateusz Ponitka był bliski śmierci
Wszystko miało miejsce w 2022 roku, kiedy Ponitka występował jeszcze w barwach klubu Zenit Petersburg. Wówczas podczas jednego z treningów w Madrycie otrzymał on bolesne uderzenie w nos. Takie sytuacje na koszykarskich parkietach zdarzają się często i zwykle nie są groźne - tym razem jednak było inaczej. Po błyskawicznej interwencji medyków Ponitka zorientował się, że coś jest nie tak. Stan zdrowia koszykarza pogorszył się znacznie po powrocie do Petersburga. "Zimą, przy -2 stopniach, nie mogłem spać ani oddychać. Czułem ogromny ból w zatokach" - wyznał.
Problemy nasiliły się podczas podróży na mecze ligowe do Hiszpanii. "Lot z Petersburga do Baskonii, trwający 4,5 godziny, był najgorszym w moim życiu. Mdlałem, nie mogłem usiedzieć, a po wylądowaniu dostałem gorączki. Całą noc spędziłem we krwi. Powiedziałem wtedy do menadżera: Musicie mnie zabrać do lekarza, albo wracam do Polski" - wspominał.
W Madrycie trafił do specjalisty, który od razu skierował go na operację. Ta została przeprowadzona następnego dnia. I była trudniejsza, niż początkowo zakładano. "Podczas operacji nie mogli mnie rozluźnić - po miesiącu ciągłego brania leków przeciwbólowych - bo miałem też problem z plecami - mój organizm był na wszystko odporny. Dawali mi podwójne i potrójne dawki, aż w końcu uśpili. Zabieg miał trwać 45 minut, trwał ponad dwie godziny. Wszystko dokładnie oczyścili. (...) Pamiętam salę po operacji jak dziś. Budziłem się, patrzyłem wokół - inni pacjenci po narkozie uśmiechnięci, spokojni, a ja czułem tylko ogromny ból i płakałem. Żona uprosiła pielęgniarza, żeby podał mi morfinę, bo nie dawałem rady" - powiedział.
Po operacji lekarze poinformowali koszykarza, jak poważna była jego sytuacja. "Poszedłem z żoną do lekarki, myśląc, że wyjmie mi dwa małe tamponiki z nosa. A ona wzięła szczypce i wyciągnęła ogromny, zakrwawiony tampon. Patrząc na mnie, powiedziała: "Człowieku, musisz się ogarnąć. Gdybyś tak pochodził jeszcze dzień, dwa albo trzy, mógłbyś umrzeć. Tu już zaczynała się infekcja. To jest bardzo blisko oczu i mózgu - dostałbyś sepsy i nie bylibyśmy w stanie cię uratować. To była kwestia 24-72 godzin" - wyznał.













