Koszmar polskiego trenera. Bili na alarm, to byłaby tragedia. "Gorączkowałem"
Zagłębie Lubin to jedna z rewelacji trwającego obecnie sezonu PKO BP Ekstraklasy. Ekipa z województwa dolnośląskiego pod wodzą Leszka Ojrzyńskiego plasuje się w czołówce tabeli i ma realną szansę na występ w europejskich pucharach. Sam trener wiele w życiu przeszedł, ale nie obraził się na Boga. Ba, w przeszłości sporo ryzykował biorąc udział w morderczej pielgrzymce. Ta mogła skończyć się długą wizytą w szpitalu.

Zatrudnienie Leszka Ojrzyńskiego przez działaczy Zagłębia śmiało można określić strzałem w dziesiątkę. "Miedziowi" jeszcze niedawno znajdowali się na samym szczycie PKO BP Ekstraklasy. O wynikach ekipy z województwa dolnośląskiego huczało nawet poza granicami naszego kraju. "Drużyna pochodzi z maleńkiego Lubina, którego 70-tysięczna populacja plasuje je poza pierwszą pięćdziesiątką największych miast w Polsce pod względem liczby ludności. W zeszłym sezonie zajęli 15. miejsce, zaledwie jedno miejsce nad strefą spadkową" - pisało BBC.
Co prawda niedawno jedna z największych rewelacji sezonu spadła w klasyfikacji, ale i tak czwarta lokata daje w tej chwili grę w eliminacjach do Ligi Europy. Nic więc dziwnego, że piłkarski kraj zachwyca się nad Leszkiem Ojrzyńskim. Ten natomiast imponuje nie tylko jako selekcjoner. Za nim kilka morderczych wypraw. Nasz rodak ma na koncie między innymi ekstremalną drogę krzyżową oraz ponad 200-kilometrową pielgrzymkę do Santiago de Compostela. To właśnie podczas niej działy się dramatyczne sceny.
Leszek Ojrzyński miał problem ze stopami. Myśleli, że to tężec. Po prostu koszmar
"Powiedziałem też sobie, że nie używam żadnych leków i medykamentów. Jak ludzie widzieli, w jakim stanie mam stopy, to mówili, że z tego będzie tężec. Jakieś zastrzały, nie zastrzały. Niczego na to nie brałem, musiałem przetrzymać. Raz tylko miałem w nocy taką trzęsawkę, gorączkowałem. Spałem akurat w jakimś pensjonacie i dostałem tabletkę przeciwbólową. Przyjąłem. Ale poza tym przeszedłem bez niczego" - ujawnił w rozmowie ze "sport.pl".
Na całe szczęście skończyło się na strachu. 53-latek udowodnił wtedy samemu sobie, iż nie ma rzeczy niemożliwych. "Jak się nastawisz, jak zakorzenisz w sobie pewne rzeczy, to nie ma odwrotu. Chociaż szatan kusi. Nie raz miałem tak, że szedłem, a obok mnie przejeżdżał autobus. Albo szedłem i stały piękne dziewczyny, machały, żebym sobie zrobił przerwę. No i co? No i, kurde, masz dylemat. Ale byłem tak zafiksowany, tak cisnąłem, żeby tam dojść, że nie mogłem odpuścić. Przegrałbym z samym sobą" - dodał.
Teraz przed nim i jego piłkarzami najważniejsza część sezonu. Czy zakończona przepustką do zmagań na Starym Kontynencie? Czas pokaże. Tekstowe relacja na żywo z najciekawszych spotkań w Interia Sport.












