Jan Englert: Dajemy się zapędzać w bezmyślność
Jan Englert to aktor filmowy oraz teatralny, reżyser, profesor sztuk teatralnych, wykładowca Akademii Teatralnej, a także były dyrektor artystyczny Teatru Narodowego w Warszawie. W rozmowie z Interią popularny aktor opowiedział o swoim zamiłowaniu do sportu, podzielił się refleksjami nad stanem współczesnego świata i powiedział co sprawia, że nie obawia się śmierci.

Krzysztof Bienkiewicz: Chciałbym naszą rozmowę zacząć od zacytowania słów mistrza, ale nie dyscypliny sportowej, lecz sztuki aktorskiej. Gustaw Holoubek powiedział kiedyś, że sport, szczególnie w wymiarze kibicowania, jest obcowaniem z dobrami surrealistycznymi. Według legendy polskiego aktorstwa sport to sfera ozdabiająca życie człowieka, przez co jest podobny do poezji. Czy pan myśli podobnie?
Jan Englert: Pan Gustaw potrafił pięknie mówić. Staram się go naśladować w miarę możliwości, ale Gustaw mówił o innych czasach. W tej chwili sport jest biznesem. Zresztą nie tylko sport, życie również jest biznesem, a jakość przegrywa z ilością. Jak patrzę na przykład na składy polskich drużyn piłkarskich, to gołym okiem widać, że jeżeli w drużynie połowa zawodników pochodzi z Polski, to jest sukces. Stale ściągamy zza granicy miernych, średnich, najczęściej już zużytych zawodników. W polskim sporcie nie buduje się nic od podstaw, nie buduje się umiejętności, prowadzi się biznes. To, o czym mówił pan Holoubek, jest słuszne, piękne i wspaniałe, ale brak głębszych wartości dotyczy nie tylko sportu, ale całego naszego życia. Wiadomo, że na świecie więcej jest ludzi mniej inteligentnych, niż inteligentnych. Więcej jest tych niezdolnych, niż zdolnych i o wyglądzie rzeczywistości decyduje większość. Nie byłoby w tym nic złego, bo zawsze tak było, z tym że obecnie najwięcej jest tych, którzy mają pretensje. Tych, którzy myślą: "A dlaczego jemu się udało, a mnie nie, skoro ja to samo umiem?". Internet taką postawę tylko rozbudował. Wszystkim się wydaje, że wszystko wiedzą.
Pan Gustaw mówił, że najbardziej obawia się miernoty.
- A w tej chwili z tym mamy do czynienia. Tylko że miernota nie ma świadomości tego, że jest miernotą. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to określenie jest bardzo niebezpieczne, bo ja mówiąc coś takiego mogę sprawiać wrażenie, że jestem lepszy. A może ja też jestem miernotą? I kto mi dał prawo oceniać? Wiem jedno, zarówno ze swojego podwórka teatralnego, jak i oglądając sport - teraz liczy się wynik finansowy. Dopóki nie zrozumiemy, że w tym świecie coraz bardziej stajemy się awatarami i że coraz mocniej jesteśmy uzależnieni od elektroniki oraz zdobyczy internetowych, tym mniejsza jest szansa na to, żeby sport znów był poezją.
Za pana czasów było inaczej?
- Ja wychowałem się w pokoleniu, w którym jak ktoś nie był sprawny fizycznie, to nie miał żadnych szans, ani u koleżanek, ani u kolegów. Sport był wyróżnikiem. Mało tego, ustawiał pewną hierarchię. Był także jedyną rozrywką. Wcześniej nie było nawet normalnych piłek. Grało piłką szmacianką albo w tzw. "zośkę" albo. Teraz są dostępne sprzęty czy obiekty, ale nie ma żadnego programu nauczania sportu w szkole. Przecież obecnie trzy czwarte dzieci od rodziców albo od lekarzy ma zwolnienie z wychowania fizycznego.
Kolega ostatnio opowiadał mi, że w klasie jego 14-letniej córki 60% dziewczynek ma zwolnienie z tych zajęć na cały rok.
- No więc na co my czekamy? Jaka poezja? Choć rozumiem, że jeszcze 30 lat temu popularny "Gucio" mógł takie rzeczy mówić.
A czy nie czuje pan tej poezji w trakcie największych imprez sportowych, jak np. igrzyska olimpijskie? W sporcie jednak chodzi o emocje, oderwanie się od rzeczywistości.
- Nawet w czasie igrzysk kłóciliśmy się nie o sport, tylko o politykę czy o rozumienie poszczególnych symboli. Niemniej przyznaję, że np. na ostatnich igrzyskach letnich w Paryżu widziałem coś niewątpliwie wspaniałego i była to autentyczna radość sportowców.
Czy na tym właśnie nie polega ta sportowa poezja?
- Odpowiem tak. Myślę, że obecnie jesteśmy jak ptaki przed burzą. Ptaki przed burzą gromadzą się w stada, które nie wydają głosu. Najpierw intensywnie fruwają, a potem gdzieś znikają. I ludzkość stoi przed jakąś straszliwą burzą. To jest ewidentne. Świadomie lub nie, myślę, że każdy czuje, że coś się wali. Ten świat, cywilizacja, humanizm nam się wali. Tak więc z jednej strony na tych świetnie wymyślonych igrzyskach w Paryżu miała miejsce erupcja tej ogromnej radości, a jednocześnie cały czas, jakby obok, przepływało coś niepokojącego.
Czy media swoimi złowieszczymi nagłówkami nie intensyfikują tej przedburzowej atmosfery?
- W mediach zawsze był magiel. Ludzi zawsze interesowały złe wiadomości, ale nie o nas samych i w tej chwili to jest już norma. Wręcz jakby czekamy na to, żeby się coś wydarzyło, tylko nie nam. Empatia, o której tyle mówimy, jest empatią jednostronną. Domagamy się empatii wobec siebie, nie mając jej wobec innych. No ale odeszliśmy od sportu.
W tym cyklu rozmowa o sporcie jest pomostem do rozmowy o życiu, więc śmiało, proszę od niego odchodzić.
- Wie pan, media, polityka, światopogląd, to wszystko ma wpływ na nasze życie, ale to są tylko narzędzia. Człowiek w istocie się nie zmienia. Jest tym samym zwierzęciem obdarzonym albo przekleństwem albo dobrem odróżniania dobra od zła. Ma wyrzuty sumienia. Potrzebuje religii, ale nie w sensie kościelnym, tylko w sensie potrzeby wytłumaczenia sobie tego, czego nie rozumie. Człowiek musi mieć jakiś punkt odniesienia.
I na przykład sport to nie tylko rywalizacja, ale także szukanie punktu odniesienia dla swoich marzeń lub nadziei. To się dzieje poprzez oglądanie najlepszych, tym bardziej że efekty ich działań są wymierne. Ja uprawiam zawód, w którym myślimy podobnie jak sportowcy, tylko nasze efekty są niewymierne. Mistrzostwa świata w tym zawodzie się nie zdobywa. Mało tego, człowiek nawet nie wie czy gra w pierwszej czy w drugiej lidze. Po prostu gra i tyle.
Jednak w aktorstwie istnieje system oceny, podobnie jak w sporcie.
- Jeżeli już szukamy porównań sportu z teatrem, to teatr jest grą zespołową. W każdej drużynie są ci, którzy kreują sytuacje i ci, którzy strzelają gole. Wiadomo, że gwiazdami są ci, którzy strzelają gole. Ich się najwyżej ocenia, ale jeśli oni są inteligentni, to wiedzą, że nie strzelą nic, jeśli im nie pomoże zespół. Dobry sportowiec nie myśli "beze mnie nie zagrają". On jest świadomy tego, że "ja nie zagram bez nich". Jest bardziej skupiony na zespołowej pracy i na drużynie, niż na sobie. Jeśli ma takie podejście, to istnieje szansa na sukces zbiorowy i długotrwały, a nie chwilowy i pojedynczy.
Praca zespołowa to jedno, ale mamy też problem z pracą u podstaw. W 2023 roku w ramach programu "WF z AWF: Aktywny dzisiaj dla zdrowia w przyszłości" wśród dzieci i młodzieży przeprowadzono badanie w zakresie fundamentalnych umiejętności ruchowych w sporcie. Wyniki tego badania pokazały, że tylko 11% dzieci potrafi skakać na skakance, 74% nie potrafi kozłować piłki, a 94% dzieci z klas 1-3 nie potrafi piłki prawidłowo rzucić i chwycić.
- Nie ruszamy się. Zakupy robimy online, przynoszą je nam pod same drzwi. Jak czasem wyjadę za granicę, to jestem przerażony tym co widzę. Siedzi w restauracji rodzina, dziecko dwa lata, drugie pięć, tatuś, mamusia i każdy ma swój laptop. Jedzą patrząc w te laptopy i nawet ze sobą nie rozmawiają. W każdym małym dziecku jest potrzeba ruchu. Jako zwierzęta myślące mamy naturalny instynkt, żeby się ruszać. Ale jeżeli rodzice już małym dzieciom dają sprzęt elektroniczny, to efekt jest taki, że wirtualne mistrzostwa świata w piłce nożnej ogląda więcej ludzi, niż te prawdziwe. Świat zmierza do tego, że będziemy cyborgami, awatarami. Na szczęście ja tego nie dożyję, ale z mojego punktu widzenia to będzie straszny świat. Oczywiście ci, którzy się tym zajmują, powiedzą, że to naturalna kolej rzeczy, rozwój cywilizacyjny. Może i tak, ale zapominamy o jednej rzeczy. Nie wiem czy jest Bóg, ale wiem, że jest natura. My jesteśmy jej częścią, a ona ma swoje prawa. I natura poradzi sobie nawet z cyborgami.
W jaki sposób?
- Zaczniemy wszystko od początku.
Nastąpi reset?
- Wszystko trzeba będzie zacząć znowu od bakterii. (śmiech) Niestety do tego dążymy i takie mamy czasy. Poezja obecnie jest niszą. Więc jeśli sport jest poezją, o której mówił Holoubek, to on też jest blisko niszy.
Zostańmy na chwilę jeszcze przy tej niszy. Która dyscyplina sportowa jest panu najbliższa?
- Najłatwiej jest mi mówić o piłce nożnej. Może dlatego, że w latach 50. grałem w piłkę w Polonii Warszawa, podpisałem nawet legitymację klubową. Wtedy sport był trampoliną do zarobienia pieniędzy, wyjścia ponad przeciętność, wyjazdu za granicę. Grałem na prawym skrzydle, byłem szybki, ale nie zabawiłem tam długo. Zagrałem raptem dwa mecze. Nie miałem porozumienia z kolegami, bo ja nie paliłem, nie piłem, starałem się nie kląć. Połączenie z piłką czuję jednak do dziś, bo ona jest także najbliżej organizacji pracy teatralnej. Każde przedstawienie przecież ma swojego coacha.
No właśnie, jakim pan jest "trenerem"?
- Ja nie jestem trenerem. Na boisku teatralnym jestem bardziej prezesem PZPN-u. (śmiech)
Ale jako reżyser zarządza pan ludźmi.
- Tak, ale trenerem bardziej czuję się jako nauczyciel w Akademii Teatralnej. Dobry trener wie, że jeśli wybierze dziesięciu Lewandowskich, to każdy mecz będzie przegrany. Dobry trener musi ułożyć drużynę. Nie tylko pod kątem umiejętności, ale również psychologii i tym samym stworzyć zespół współpracujący.
Trener musi być zdolny do kompromisu. Coach tyran może mieć szybki sukces, ale równie szybką porażkę. Podejście trzeba dobierać do zawodników. Jeden koń zareaguje na kostkę cukru, a inny nie ruszy bez bata. To wszystko trzeba zbalansować i dobrze poukładać. Prowadzenie zespołu ludzi jest piekielnie trudne. Wspomniałem o kompromisie, ale trzeba umieć odróżnić kompromis od konformizmu. Ja bez przerwy słyszę, że trzeba być bezkompromisowym. Nieprawda. Nic nie jest bezkompromisowe.
Niektórzy twierdzą, że artyści są bezkompromisowi.
- Artyści. To też często słyszę - "my, artyści," Wkurza mnie to strasznie, ponieważ artystów to ja w całym życiu spotkałem może pięciu, a cała reszta to rzemieślnicy. Bardzo mi się podobają rzemieślnicy wykonujący zawód artystyczny. Tak samo jak są rzemieślnicy wykonujący zawód trenera czy piłkarza. W tym są przede wszystkim umiejętności. Jeżeli masz umiejętności, to nigdy nie zejdziesz poniżej pewnego poziomu. Umiejętności oczywiście można rozwinąć. Możesz trenować i pracować, by ulepszać siebie. Nieszczęście polega na tym, że większość z nas, nie tylko w zawodzie aktora, jak osiągnie jakiś sukces, to się tym zadowala. Jeśli aktor zagra w telenoweli, polepszą się jego finanse, uzyska popularność, stanie się rozpoznawalny na ulicy, to mu często wystarcza. A są tacy, którzy ciężko pracują do końca życia, próbują zmieniać się, ulepszać. Cały czas szukają i są ciekawi czegoś nowego.
W książce "Bez oklasków", która jest wywiadem-rzeką z panem, twierdzi pan, że pojawienie się przekonania o tym, że jest się świetnym, to krok do katastrofy. Czy to stałe ulepszanie się może tej katastrofie zapobiec?
- Przekonanie, że jest się świetnym i samozadowolenie są blisko siebie, ale to jednak nie to samo. Najgorsze jest zaakceptowanie tego, że osiągnęło się pewien status umiejętności i to wystarcza. Przeczytałem pięćset książek, no to po co będę czytał pięćset pierwszą? Mam poczucie, że mnie coś takiego nie dotyka, ale może głównie dzięki temu, że ja jednak ciągle uczę. Nie tylko młodych aktorów, ale również samego siebie. Mając 83 lata lat ciągle odkrywam coś nowego. Co prawda nudny jestem w wywiadach i ciężko mi się odkleić od mędrkowania o tym co było, co jest i co będzie. Albo o tym, co jest szlachetne lub nieszlachetne, obojętnie czy dotyczy to sportu, polityki czy sztuki. Prędzej czy później człowiek wpada w rozmowie w kierat własnego światopoglądu.
Rozmawiamy o aspektach mentalnych aktorstwa, ale one są ważne również w sporcie. Chciałem więc zapytać pana o myślenie w tak bliskiej panu piłce nożnej. Ja jestem już w czwartej dekadzie życia, ale jeszcze sobie amatorsko gram w piłkę i dla mnie w trakcie tej czynności najbardziej ekscytujące jest nie to, co się dzieje z piłką pod nogami, ale w mojej głowie z własnymi myślami. Mam tu na myśli antycypację zachowania przeciwnika czy dostrzeżenie kątem oka ruchu kolegi bez piłki.
- A no właśnie, kątem oka. A ogląda pan czasem polską ligę? Ja nie mogę tego zrozumieć. Wymieniają po piętnaście krótkich podań obojętnie czy ktoś ich atakuje czy nie. Jaki jest cel zapożyczonej z Barcelony tiki-taki, jeśli jest nieumiejętnie stosowana? Pan podaje do mnie, ja do pana, pan daje trzy metry w lewo do najbliższego, ale nic z tego nie wynika. Nawet są próby wychodzenia na pozycję, ale nikt tego nie widzi. A dlaczego? Bo zawodnik nie ma techniki i prowadząc piłkę patrzy pod nogi.
Obawiając się, że piłkę straci.
- Albo że ona odskoczy od nogi. Krótko mówiąc, technika jest tak samo ważna w każdym zawodzie, czy jest to piłka nożna, czy aktorstwo. Jest taka piękna anegdota, która pasuje nie tylko do sportu, ale w ogóle do całego naszego życia. Dzieje się to wiele lat temu na egzaminie do szkoły teatralnej. Do sali wchodzi, no, Gregory Peck. Dwa metry wzrostu, piękne włosy, olśniewające białe zęby, ogniste, czarne oczy. Wszystkie panie się podniosły, a Aleksandra Śląska, która prowadziła egzamin, zapytała go: Co pan nam powie? A on na to [pan Jan wydaje z siebie serię niezrozumiałych, sepleniących dźwięków - red.]. Wszyscy natychmiast zwiędli. Przewodnicząca komisji mówi do niego: Pan chyba zdaje sobie sprawę z tego, że z taką dykcją nie może być pan aktorem. On zaś z czarującą gracją i niezmiennym seplenieniem odparł: Frajer dykcja, grunt talencik!
Naprawdę?
- Tak było. I to "frajer dykcja, grunt talencik" da się przenieść na wszystkie zawody i całe nasze funkcjonowanie. W normalnym układzie z tysiąca rzemieślników czasem rodzi się jeden artysta. W naszym społeczeństwie z tysiąca artystów czasem rodzi się jeden rzemieślnik. Nie mamy szacunku dla rzemiosła. Ja zaś jestem fanem rzemiosła. Uważam, że z tysiąca hydraulików czasem rodzi się jeden hydraulik artysta. Pośród tysiąca pacykarzy i ludzi używających pędzla czasem znajdzie się jeden artysta malarz. A u nas jak ktoś tylko dotknie pędzla i farb to już jest artystą. To nie jest sprawa organizacyjna, to jest kwestia mentalności.
To jest też sprawa czy też pytanie co zrobić z tym chamem, który wsiadł na konia? W przywołanej wcześniej książce przytacza pan historię Zagłoby, który mówił, że chama trzeba bić w pysk bez zsiadania z konia. Ale cham nagle wsiadł na konia i co teraz?
- No właśnie. Nie wiem, chyba nie biec koło tego konia. Iść inną drogą, bo kopać się z koniem nie ma co. To wszystko jest łatwo mówić, ale znacznie trudniej zrobić. Ponownie, chodzi o tę radość, satysfakcję, że nauczyłem się czegoś więcej, że lepiej zagrałem mecz, poprawiłem własny rekord.
Pan od kogo się tego nauczył?
- U mnie było o tyle łatwiej, że była ułożona hierarchia. Karierę robiło się wchodząc na drabinę z mistrzami. A teraz jest tak, że pierwszą rzeczą, w którą walimy, to elity. Bo elita kojarzy nam się z czymś, co jest obrzydliwe, że to są ci uprzywilejowani itd. Za komuny elity były intelektualne. Władza nie była elitarna, miała być dla ludu, w związku z tym elity tworzyli mistrzowie i autorytety. Ja całe moje życie nic nie wymyśliłem. Wszystko co umiem, to dostałem, pożyczyłem albo ukradłem moim mistrzom. Zawsze ich też szukałem.
Czy to jednak nie zależy od charakteru? Pan szukał mistrzów i chciał się ulepszać, ale może są aktorzy, którym nie przeszkadzałoby stanie kilka lat na scenie i tylko trzymanie halabardy, jak to miało miejsce na początku pana kariery.
- Takich to już nie ma. Nawet ci, co grają w paradokumentach, to chcą występować, choć nie mają większych ambicji. Oczywiście, czasem dadzą sobie szansę, próbują gdzieś się dostać, ale często nic z tego nie wynika. Ja niechętnie mówię o tym zawodzie, bo nasz zawód jest niewymierny, zależy od odbiorcy. Pan może mi powiedzieć "pan się mądrzy, pan jest słabym aktorem".
W obliczu takiego stwierdzenia ja nie mam żadnego argumentu, żeby pana przekonać. Mogę jedynie powiedzieć, że może niech pan nie ocenia. A kiedy pan mi powie „ja nie lubię pana jako aktora”, to wtedy ma pan 100% racji, bo ja uprawiam zawód niewymierny. W sporcie jest inaczej, tam jednak jest wynik. Wszystko jest obliczone. Łatwo jest powiedzieć czy sportowiec lub drużyna są dobrze przygotowani. W sporcie łatwiej jest znaleźć przyczynę porażki albo sukcesu, niż w moim zawodzie.
Wracając jeszcze na moment do kwestii elit - czy hierarchia, o której pan mówi, została już całkiem zaburzona?
- Elita intelektualna tego kraju albo wyginęła w trakcie wojny albo została dobita po jej zakończeniu. W tamtym czasie pozostały niedobitki przedwojennej inteligencji, bo istniało wtedy takie pojęcie - przedwojenny inteligent, człowiek wykształcony. Każdy, kto miał choć trochę ambicji, próbował mu dorównać albo być lepszym. Istniała hierarchia. A teraz tej hierarchii nie ma. Wszystko się spłaszczyło. Zrobił się bigos. Nie ma kilku dań. Cały czas jemy bigos. Wrzucamy do garnka ciastka i kiełbasę, zepsute mięso razem z ambrozją. Świat się zrobił wielosmakowy, ale wszystko jest zmieszane w jednym garnku.
To jest wina Internetu?
- Może nie wina, ale Internet się do tego bardzo przyczynił. Wie pan, mam bardzo wielu znajomych, którym jak pan mówi coś, co jest historią, to jeszcze przed skończeniem wypowiedzi, oni już sprawdzają w Internecie czy to prawda.
Pytanie w którym miejscu Internetu sprawdzają, bo sieć dostarcza teraz dowody na wszelkie możliwe historie oraz teorie.
- Przeczytałem ostatnio wyniki badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych. Stwierdziły one, że 100% użytkowników Internetu, absolutnie wszyscy, za prawdziwe uważają te informacje, które są zgodne z ich oczekiwaniami. A fejkiem jest dla nich wszystko to, co jest niezgodne z ich poglądem. Nawet informacja o tych badaniach, którą panu teraz przekazuję, ma taką samą funkcję, bo jedni się z tym zgodzą, a inni uznają za bzdurę. Dariusz Michalczewski zapytany kiedyś o to, co jest najważniejsze w boksie, odpowiedział, że inteligencja. Był za to wyśmiewany, a on powiedział święte słowa. Wszystkim jest potrzebne myślenie. Poprzez wszechobecność Internetu i łatwość w uzyskaniu informacji dajemy się zapędzać w bezmyślność.

A pan kiedyś powiedział, że łapanie informacji nie jest pozyskiwaniem wiedzy.
- Dokładnie tak jest. Sama informacja mnie nie rozwija. To dopiero moja interpretacja tej informacji jest tym, co jest twórcze. A więc ponownie, najważniejsze jest myślenie. W każdej dziedzinie i zawodzie. Intuicja, instynkt, talent, tak, one nas wyróżniają i są nierówno rozdane, ale umiejętność myślenia posiadamy wszyscy. I teraz pytanie czy z niej korzystamy, zarówno w życiu, jak i w sporcie.
No to wróćmy na ścieżkę sportu. W jednym z wywiadów powiedział pan, że najbardziej lubi sporty bezkontaktowe, jak tenis, siatkówka, lekkoatletyka, ale ciekawiły pana tylko gry zespołowe.
- Jeśli spytałby mnie pan jako kibica o hierarchię sportów, to najbardziej lubię oglądać siatkówkę. Mówię o oglądaniu w telewizji, bo nie mam czasu chodzić na mecze, ale dla mnie siatkówka to najlepszy sport. Jest bezkontaktowy, a jednak kontaktowy, wymaga wielu sprawności i także gry zespołowej. No i ma najlepiej wymyślone przepisy. Świetny sposób liczenia punktów, to że każda piłka się liczy, nie ma piłek nieważnych, że zrezygnowano z tzw. "przejść". Wszystkie przepisy, które wprowadzono w siatkówce, łącznie z video challengami, są fantastycznie wymyślone.
Czy jest pan wciąż aktywny sportowo?
- Gram w tenisa, ale już coraz mniej. Mam też coraz mniej siły na to, żeby zagrać cały turniej. Zdarza mi się w każdym turnieju zagrać jednego seta, ale stawy i mięśnie niestety już nie pracują tak, jak kiedyś. W tenisa tak poważniej zacząłem grać koło czterdziestki. Z trenerem próbowałem ćwiczyć tylko przez tydzień czy dwa, więc techniki nie mam praktycznie żadnej. Jak wygrywałem mecz, to zawsze dwiema umiejętnościami - szybkością i bieganiem. Nawet Maciej Dowbor, który trenował tenisa i gra bardzo dobrze, przyjechał kiedyś na turniej artystów, przegrał ze mną seta i odpadł.
A to triatlonista, więc kondycję ma pewnie stalową.
- Wygrałem dlatego, że przebijałem każda piłkę. Kiedy gra się z dobrym zawodnikiem, który mocno uderza, tylko tak można wygrać. Trzeba odbijać, skracać, grać nawet jakieś farfocle. W takim przypadku gra się niekonwencjonalnie nie dlatego, że ma się takie zdolności, ale właśnie dlatego, że ich brakuje. Ja dobrze czytam grę. Na korcie myślę. Nigdy nie miałem mocnego uderzenia, ale za to miałem świetnego slice'a. To zagranie przychodziło mi najłatwiej, bo zaczerpnąłem je z tenisa stołowego. Ostatni turniej, który wygrałem, miał miejsce, kiedy skończyłem 65 lat. Od tamtej pory nie udało mi się wygrać żadnego turnieju.
A czy to prawda, że nauczył się pan jeździć na nartach w wieku 60 lat?
- Nawet później. Zacząłem jeździć jak moja córka miała 5 lat, więc ja wtedy miałem 62 lata. Na nartach również zacząłem jeździć bez trenerów. Teraz już się jednak boję. To jest kontuzjogenne, nogi nie są już tak mocne. Rozsądek mówi, że nie wygram z nogami lub z poślizgiem, gdyby mnie poniosło. Zdarzyło mi się to kilka razy, że pojechałem na tzw. "krechę" i myślałem, że z tego nie wyjdę. Człowiek wtedy traci kontrolę nad prędkością i dlatego nie ma co ryzykować. Żona mnie namawia, żebym jeździł przynajmniej na tych oślich łączkach, ale ja myślę, że nawet na prostym zjeździe można złamać nogę. Natomiast tenis tak, w tenisa gram z przyjemnością. Jakiś czas temu brałem udział w dwudniowym turnieju, było nas sześciu, graliśmy każdy z każdym. Dograłem zawody do końca. Wprawdzie po takiej aktywności nogi i lędźwie muszę rano przykręcać kluczem francuskim, ale ogólnie nie mogę narzekać na swoje zdrowie. Lakier i blacha w porządku. Gorzej z uszczelką pod głowicą. (śmiech)
Jeśli mówimy o kondycji ciała to zapytam o to, o czym pan sam publicznie mówił, czyli o zdiagnozowanym tętniaku.
- Zdiagnozowanym, ale nie operowanym. Ludzie cały czas mnie o to pytają po tym jak zapytany w książce o śmierć odpowiedziałem, że ja się jej nie boję, bo rzeczywiście tak jest. Powiedziałem wtedy też, że niedawno odkryto u mnie tętniaka i nie zrobiło to na mnie wrażenia. Tak jest napisane w książce, a potem nagle zaczęły się pojawiać artykuły, że tragedia aktora. Zresztą media bez przerwy chowają mnie do grobu. Ostatnio mnie chowali na serce. Tak więc rozdmuchali tego tętniaka do tego stopnia, że podchodzili do mnie na ulicy obcy ludzie i mówili: "Niech się pan trzyma". A ja na to: "Ale że co? No wie pan, ten tętniak". To prawda, że go odkryto. Poszedłem do specjalistów, byłem u trzech i wszyscy powiedzieli, że to jest znalezisko. Tętniak prawdopodobnie jest w tym miejscu od jakiś 50 lat, ono nie jest bezpośrednio połączone z mózgiem, więc w pana wieku nie ma co operować. Tak mi powiedziano. To było pięć lat temu, a jak pan widzi ja do dziś funkcjonuję, żyję, gram w tenisa.
I naprawdę nie boi się pan śmierci?
- Mój brak lęku przed śmiercią nie jest żadnym bohaterstwem. Jak się można bać czegoś, co jest nieuniknione, zwłaszcza w moim wieku? Nie wiem czy będę żył 85 czy 88 lat. Oczywiście, wolę 88, ale swoje przeżyłem, jestem sprawny. Właśnie, jedyna rzecz, której się boję, to umierać chorym, zwłaszcza intelektualnie. Ja jestem zwolennikiem eutanazji. Myślę, że to straszne, jeśli człowiek łapie się na tym, że staje się rośliną, że musi się trzymać życia w bólu, być ciężarem dla innych.
Pytanie czy jest wtedy tego świadomy.
- Na początku na pewno. Hemingway strzelił sobie w łeb, jak zaczął się u niego rozwijać Alzheimer.
Tym samym chyba kierował się Robin Williams odbierając sobie życie, kiedy mocno rozwinęła się u niego choroba neurozwyrodnieniowa zwana otępienie z ciałami Lewy'ego. Jego umysł był tak szybki i bystry, że kiedy poczuł, iż zaczyna to tracić, to jakby tracił swoją tożsamość. Zresztą pod koniec życia podobno powiedział: "Nie jestem już sobą".
- I dlatego wolałbym mieć możliwość samemu zadecydować o momencie odejścia.













