Pomimo tego, że obecnie kibice Lecha Poznań mogliby nie potrafić wyobrazić sobie "Kolejorza" bez Mikaela Ishaka i jego wkładu w drużynę, to życie napastnika mogło potoczyć się różnie. Na jego szczęście został on piłkarzem, jednak środowisko, w jakim się wychował, było naprawdę trudne.
W swojej rozmowie z "Żurnalistą" miał okazję opowiedzieć o codzienności, jaka miała miejsce w miejscu jego zamieszkania. I nie była ona przesadnie bezpieczna. Zdarzało się, że Ishak był świadkiem strzelanin, a przestępczość była bardzo duża.
- Kiedyś wracałem z jednym z moich przyjaciół, było już późno. Spotkaliśmy kilku facetów, którzy kazali nam iść do domu. Miałem wtedy, jak sądzę, 10 lat. Może 11... Nie, przepraszam - miałem może 14-15 lat. A po kilku minutach zaczęli strzelać do innych ludzi. Ta strzelanina miała miejsce bardzo blisko nas. Część pocisków leciała np. w stronę okna budynku, a my byliśmy tuż obok. To była - powiedziałbym "zwykła rzecz", która zdarzała się w naszym mieście. Dorastałem w takich warunkach, ale myślę, że futbol i wszystko, co się z nim wiąże, uratowało wielu dzieciakom życie - wspomina te straszne wydarzenia kapitan Lecha Poznań.
To jednak nie koniec, bo jedna z takich sytuacji zakończyła się tragicznie dla dwóch kolegów Ishaka, z którymi ten miał okazję grywać w piłkę w dzieciństwie.
- Nie wiem, na ile chciałbym o tym opowiadać, ale niestety on [kolega Iskaha z drużyny - przyp. red.] i jego brat stracili życie... Dorastaliśmy razem w Assyriska [młodzieżowy klub piłkarza - przyp. red.]. Pełnił rolę kogoś w rodzaju menadżera drużyny. Oni stracili życie, a ja straciłem kolegę z drużyny... - wyznał.
Zdecydowanie, na życie i przyszłość napastnika wpływ miały - jego kochająca rodzina oraz piłka nożna. To dzęki grze Ishak nie zszedł nigdy na złą drogę, z czego może być potwornie dumny.













