PZN wyda specjalne oświadczenie ws. afery na Turnieju Czterech Skoczni
Cały świat skoków narciarskich wciąż zastanawia się, jak to się stało, że na nartach Pawła Wąska w czasie kwalifikacji w Innsbrucku znaleziono ślady fluoru. Polacy dzień po dyskwalifikacji naszego zawodnika, która była pierwszą w historii tego sportu z powodu fluoru, ruszyli do wyjaśniania sprawy wraz z Międzynarodową Federacją Narciarską (FIS). W ostatnich godzinach padło jednak nowe światło na tę sprawę, ale Polski Związek Narciarski (PZN) na razie nie odniósł się do tego.

W skrócie
- Dyskwalifikacja Pawła Wąska za ślady fluoru na nartach wywołała sensację w świecie skoków narciarskich.
- Polski Związek Narciarski oraz FIS szukają przyczyn incydentu, zaś producent smaru i sztab Polaków zrzucają winę na siebie nawzajem.
- PZN zapowiada oficjalne oświadczenie, a sprawa budzi emocje i komentarze wśród skoczków i dziennikarzy.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Dyskwalifikacja Pawła Wąska za obecność fluoru na nartach była pierwszą w historii skoków narciarskich. Dlatego zdziwienie było nie tylko w naszym sztabie, ale też u działaczy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS).
Okazało się jednak, że już przed skokiem w kwalifikacjach narty Wąską zostały poddane wyrywkowej kontroli na obecność fluoru. Na dole jednak był komputer z danymi. Wiadomości, jakie się na nim wyświetliły, nie były pomyślne dla Polaka.
Fluor na nartach Pawła Wąska. Polacy wskazują na producenta
Używanie fluoru, który jest substancją szkodliwą dla zdrowia i niebezpieczną dla środowiska, było zakazane przez Międzynarodową Federację Narciarską (FIS) i Międzynarodową Unię Biathlonu (IBU) już jakiś czas temu. Związane to było z decyzją wprowadzoną przez Unię Europejską, która zakazywała stosowania niektórych związków fluoru ze względu na ich rakotwórczość.
W sportach, w których korzysta się z nart i desek snowboardowych, fluor w smarach pomagał zwiększyć prędkość nart. Dzięki fluorowi woda, która wytwarza się po kontakcie narty ze śniegiem i ogranicza prędkość, była szybko usuwana, dzięki czemu narta miała lepszy poślizg. Tyle że w skokach stosowanie fluoru niewiele dawało.
W niedzielę rano Polacy wraz z działaczami FIS sprawdzali wszystkie narty polskich skoczków. Trener Maciusiak przyznał, że najprawdopodobniej przyczyną pozytywnego wyniku testu na obecność fluoru, było zanieczyszczenie smaru.
- Rano zabrali moje narty i wyszedł wynik pozytywny. Potem serwis wyczyścił je, przesmarował i wynik był negatywny. Wzięli zatem kostkę smaru, z której korzystaliśmy dzień wcześniej i posmarowali nią jeszcze raz narty. Pomiar znowu wskazał obecność fluoru. Przynajmniej znamy powód, choć nie ukrywam, że czuję się poszkodowany. Nic jednak nie zrobię - mówił po wszystkim Paweł Wąsek.
Firma Toko broni się i zrzuca winę na Polaków
Z producentem smarów z firmy Toko skontaktował się Jakub Balcerski ze Sport.pl
- Z naszej strony możemy stuprocentowo zagwarantować, że od czterech lat nie sprzedajemy bezpośrednio jako Toko produktów zawierających stężenie fluoru. Podkreślam: nasza firma na etapie produkcji nie dodaje niczego, co zawiera fluor. Według mnie błąd w sytuacji z Pawłem Wąskiem w Innsbrucku popełniono po stronie polskiego sztabu - powiedział Bruno Kernen, dyrektor zarządzający firmy Toko, w rozmowie z polskim dziennikarzem.
Zrzucił on zatem winę na polski sztab. Smar, który stosowali Polacy, został z kolei przekazany Mathiasowi Hafele, kontrolerowi sprzętu z ramienia FIS, który miał skierować go do laboratorium, by mieć stuprocentową pewność.
PZN zapowiada oświadczenie ws. afery z fluorem
Zapytaliśmy zatem w PZN, czy są już znane wyniki z laboratorium, ale usłyszeliśmy od Wojciecha Jurowicza, kierownika polskiej drużyny oraz konsultant do spraw sprzętu i przepisów FIS, że nasz sztab nie komentuje już sprawy.
Tymczasem zaszły nowe okoliczności, bo jednak firma Toko wskazuje na błąd polskiego serwisu.
Odniesiemy się do tego. Będzie oświadczenie, które wydamy po Turnieju Czterech Skoczni
Ta sprawa musi zostać wyjaśniona, bo ze strony innych nacji padają oskarżenia wobec Polaków.
- Naprawdę nie wierzę. To na pewno nie był sabotaż. Były tam spore ilości fluoru. To nie były tylko jego śladowe ilości. Nie sądzę, żeby to był wypadek - komentował Johann Andre Forfang w rozmowie z "Dagbladet".
"Pytanie brzmi: Jaka jest różnica między sztywnymi nitkami (chodzi o aferę z kombinezonami z MŚ w Trondheim - przyp. TK) a przyłapaniem na fluorze na nartach? Dlaczego jedno oznacza dyskwalifikację, a drugie zakaz?" - pytali dziennikarze.
Z Bischofshofen - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:













