Koniec kariery Polaka. Austriackie konkursy Turnieju Czterech Skoczni będą jego ostatnimi
Austriacka część 74. Turnieju Czterech Skoczni będzie wyjątkowa dla Tadeusza Szostaka-Berdy. Dla 65-latka to będą ostatnie międzynarodowe konkursy w karierze. Za nim 25 lat sędziowania na tym poziomie. Polski arbiter to także producent kombinezonów. Do dziś w siedzibie jego firmy wisi strój specjalnie przygotowany dla Adama Małysza, który jednak nigdy nie został użyty w zawodach, choć pierwotnie został dopuszczony do użytku. Obecny prezes Polskiego Związku Narciarskiego tak w nim jednak fruwał, że kontroler szybko zdecydował o wycofaniu kombinezonu.

W skrócie
- Tadeusz Szostak-Berda kończy międzynarodową karierę sędziego podczas austriackiej części Turnieju Czterech Skoczni.
- Jest także producentem kombinezonów, w których startowali czołowi skoczkowie, m.in. Adam Małysz.
- Szostak-Berda podkreśla ewolucję przepisów dotyczących sprzętu oraz potrzebę ich konsekwentnej kontroli.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Kończy się pewien etap w pana życiu.
Tadeusz Szozda-Berda: - Dokładnie. To, co piękne, kiedyś się kończy. Kończy się zatem moja przygoda z międzynarodowym sędziowaniem. W kraju oczywiście wciąż będę do dyspozycji. Jako sędzia międzynarodowy przepracowałem 25 lat. Ostatni raz będę sędziował w ostatnim konkursie 74. Turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen. Wcześniej będę jeszcze sędziował zawody w Innsbrucku.
Zawsze bardzo cenił Kazuyoshiego Funakiego, a z Polaków Macieja Kota
To duże wyróżnienie, że akurat w takiej imprezie przyjdzie panu się rozstać z międzynarodowym sędziowaniem, ale to pewnie przypadek?
- Zgadza się. Przypadek. Była taka myśl, by poprosić może o zawody w Planicy, kończące sezon. Turniej Czterech Skoczni to też piękne zawody, dlatego uznałem, że nie ma co zmieniać.
Jest limit wieku dla sędziów międzynarodowych?
- Tak. To 65 lat. Mnie i tak się udało, bo wcześniej limit wynosił 60 lat. Właśnie w tym roku, kiedy kończyłem 60 lat, FIS przedłużyła limit wieku. Dostałem zatem bonus.
Jak trafił pan do sędziowania na międzynarodowym poziomie?
- Przed 25 laty miałem seminarium i egzamin w Polsce. Paszport sędziego międzynarodowego otrzymałem w 2001 roku.
Pamięta pan pierwsze swoje zawody?
- Oczywiście. To była uniwersjada w Tarvisio. Z wielkim sentymentem wspominam te zawody. Tam była wyjątkowa atmosfera i wyjątkowi sędziowie.
Jaka była największa impreza, jaką pan sędziował?
- Dwa razy sędziowałem mistrzostwa świata w lotach. To było w Vikersund i w Planicy. Sędziowałem też mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Predazzo. Poza tym byłem na Raw Air i trzy razy na Turnieju Czterech Skoczni.
Na których mistrzostwach świata w Predazzo pan był?
- Wtedy, kiedy mistrzem świata zostawał Kamil Stoch, a drużyna sięgała po brązowy medal.
Na międzynarodowym poziomie sędziuje pan od 25 lat, ale znacznie dłużej w kraju?
- Tak. W sumie jestem sędzią od 43 lat. Pierwszy egzamin na sędziego krajowego zdałem w 1983 roku. Byłem kiedyś zawodnikiem LKS Poroniec Poronin i prezesi klubu uznali, że nie rokuję, więc bardziej się przydam w roli trenera i sędziego. Może nie zrobili tego na siłę, ale jednak wydelegowali mnie na taki kurs. Miałem to szczęście, że zaraz po tym egzaminie była taka sytuacja, że prowadziłem treningi na małej skoczni w Zakopanem, a na Wielkiej Krokwi odbywały się mistrzostwa Polski seniorów w skokach narciarskich. Coś się stało i jeden z sędziów nie dotarł i wtedy Jerzy Bielawa ściągnął mnie na szybko z treningu na wieżę. Wypadłem bardzo dobrze i od tego momentu sędziowałem największe imprezy, jakie odbywały się w Polsce, ale też zawody rangi nawet szkolnej.
Zaliczył pan wpadkę, po której grzmiał cały świat?
- Raz pamiętam, że grzmiał nie cały świat, ale głównie Słoweńcy. Bodajże w Lahti nie uznałem lądowania Peterowi Prevcowi. I wtedy dziennikarze ze Słowenii odgrażali się, żebym nie przyjeżdżał na zawody do ich kraju. Z czasem sytuacja się uspokoiła.
Kto pana zdaniem najładniej latał?
- W czasie mojej kariery z podziwem patrzyłem na styl Kazuyoshiego Funakiego. To był styl, który preferuję do dzisiaj. On walczył cudownie w powietrzu. To była wręcz agresja w skoku. Bardzo nie lubię skoków pasywnych. One są piękne. Bez ruchu. Można byłoby powiedzieć, że są doskonałe, ale są też mdłe. Podobają się mi po prostu agresywne skoki. Takie jak Funakiego, a potem braci Prevców. W polskiej drużynie podoba mi się sposób walki Maćka Kota. Jak go nie zacznie skręcać, to widać w nim wielką wolę walki w powietrzu o każdy metr. Widać w tym też agresję.
Tadeusz Szostak-Berda: aktualne przepisy są najbardziej klarowne w ostatnich latach
Jest pan jednak nie tylko sędzią, ale również pana firma - Berda - zajmuje się produkcją kombinezonów. Zresztą skacze w nich wielu zawodników. W marcu ubiegłego roku wybuchła wielka afera w czasie mistrzostw świata w Trondheim. Od tego momentu wiele zmieniono w kontroli. Teraz każdy milimetr, odbiegający od normy, jest karany. Podoba się panu takie podejście kontrolerów?
- Przepisy są po to, by się do nich stosować. Nie powinno być żadnej tolerancji. Lepiej jest po prostu nie robić kombinezonów na granicy, tylko właśnie odpuścić nieco, by mieć spokojną głowę, jeśli chodzi o kontrolę. Lata się tym zajmuje. W ostatnim czasie dużo współpracowaliśmy z Mathiasem Hafele, który jest teraz kontrolerem FIS, a wcześniej pracował w naszej kadrze. Widzieliśmy zatem, jak ten sprzęt się rozwija. Zresztą dalej śledzimy nowinki i to, na co stawiają trenerzy. Wystarczy, że popatrzę na zawodnika i od razu wiem, co tam krawiec zrobił.
Dostrzegł pan zatem u zawodników coś, czemu warto się przyjrzeć?
- Jest w miarę sprawiedliwie. Nie u wszystkich zawodników jest tak, jak powinno być. Wszyscy zauważamy, że skoczkowie nam wypięknieli i mają teraz długie nogi. To jest wielka zmiana. Zresztą mocno też zeszczupleli. Prawdopodobnie nigdy nie będzie tak, że będzie sprawiedliwie, bo pogoń za sukcesem i tym, by kombinezon jak najbardziej pomagał, zawsze będzie. Sam to robiłem i robię nadal w firmie. Cały czas szuka się nowego pomysłu na coś, co stanowi barierę. Uważam jednak, że aktualne przepisy są najbardziej klarowne w ostatnich latach, jeśli chodzi o konstrukcję kombinezonów.
Szalone kombinezony Adama Małysz. Jeden nigdy nie został dopuszczony do zawodów. Był najlepszy
Wszyscy pamiętamy, jak wyglądały kombinezony w czasie, kiedy Adam Małysz wygrywał Turniej Czterech Skoczni. One sprawiały, że skoczek wyglądał, jak napompowany, ale kombinezon miał nieść skoczka jak najdalej, a przy tym bezpiecznie.
- Tamten czas wspominam bardzo dobrze. To był najlepszy czas dla krawców. Ta wolność w przepisach dawała możliwość kreatywnego podejścia do kombinezonów. Można było robić naprawdę lotne kombinezony. I też mamy na koncie kilka takich egzemplarzy. W pewnym momencie jednak wszyscy zaczęli przekraczać pewne granice. Już wtedy wyliczono, że pewne szerokości i długości działają do pewnego momentu. Po przekroczeniu pewnej wielkości kombinezon zaczął działać na niekorzyść. Bardziej liczyła się zatem sama konstrukcja kombinezonu niż jego szerokość. Do dzisiaj mamy ciekawy kombinezon, który stworzyliśmy dla Adama. Bodajże w Lillehammer Sepp Gratzer dopuścił ten strój. Po dwóch skokach, w którym Adam przeskoczył skocznię - zresztą wtedy skręcił nogę - zabronił jednak używania tego kombinezonu. On wrócił do firmy i wisi do dzisiaj u nas. Ta konstrukcja zatem nie doczekała się debiutu.
Jak bardzo Małysz był "napompowany" w kombinezonach pana firmy?
- Wcale nie tak bardzo. Ten kombinezon miał po prostu bardzo lotną konstrukcję. Wygrywał zdecydowanie ze wszystkimi innymi w testach, jakie przeprowadzaliśmy w instytucie lotnictwa. Bazowaliśmy na tej konstrukcji wtedy, kiedy Adam był na szczycie.
"Trudno będzie wygrać z Mathiasem Hafele, jeśli chodzi o przepisy"
Teraz mamy węższe kombinezony i one nie za bardzo do pana przemawiają?
- Wolałem jednak kreatywność. Teraz już nie ma takich możliwości dla krawców, choć sztuka krawiecka jest w cenie, bo trzeba być dokładnym, co do milimetra. Od pewnego czasu, odkąd zaczęliśmy współpracować z Hafele, w naszej formie jest wprowadzone coś na wzór certyfikatu kombinezonu z danymi. Po odszyciu strój był mierzony, a każda jego część miała zapisaną długość, obwód i przepuszczalność. Z części tych kombinezonów korzystają nasi trenerzy. Taki certyfikat to jest bardzo dobre rozwiązanie. Bardzo szybko można sprawdzić dany kombinezon i przetestować go, a potem dzięki danym zapisanym w naszej firmie można wrócić do danego modelu.
Wygląda na to, że Hafele jest chyba stworzony do tego, by być kontrolerem sprzętu?
- Zdecydowanie. Zna też wszystkie pomysły, jakie krążą po świecie, jeśli chodzi o kombinezony, bo on to właśnie robił przez wiele lat. Dla niego nie ma tajemnic. Trudno będzie z nim wygrać, jeśli chodzi o przepisy.
W Innsbrucku - rozmawiał Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:














