Wtedy w Małyszu coś pękło. "Czekali na to, co się stanie, żeby mnie rozliczyć"
Adam Małysz dokładnie 13 czerwca przestanie pełnić rolę prezesa Polskiego Związku Narciarskiego (PZN). Funkcję tę pełnił przez cztery lata, a zanosiło się na to, że będzie trwała dwie kadencje, czyli osiem lat. Znakomity przed laty skoczek narciarski, jeden z najlepszych w historii, w rozmowie z Interia Sport opowiada o tym, z czym zderzył się w roli prezesa PZN. Wskazał też moment, który zaważył na tym, że nie zdecydował się startować w wyborach. Przyznał też, że ma pomysł na to, jak działać w polskich skokach. Wiele wskazuje, że następcą Małysza będzie Apoloniusz Tajner, który jest jedynym kandydatem w wyborach.

Tomasz Kalemba, Interia Sport: To były dla ciebie cztery najtrudniejsze lata w życiu?
Adam Małysz, prezes Polskiego Związku Narciarskiego: - Nie wiem, czy najtrudniejsze w życiu. Myślę, że przede wszystkim to było zupełnie coś innego. Zresztą ja też na początku miałem duże obawy związane z tym, żeby przyjść do związku na stanowisko prezesa. Jeśli chodzi o to, by być menedżerem w związku, to nie miałbym z tym problemów, bo przecież kończyłem zarządzanie. Na stanowisku prezesa zderzyłem się jednak z biurokratyczną machiną. Fajnie, że miałem w związku ludzi, którzy są bardzo mu oddani i pracują naprawdę na niesamowitych obrotach. Chyba żaden z pracowników, a na pewno prezes, sekretarz generalny, czy dyrektor sportowy, nawet na urlopie nie wyłączał telefonu, bo przecież ciągle się coś dzieje. Ile razy od żony słyszałem, że przynajmniej na urlopie mógłbym nie zaglądać do telefonu. To jest jednak jak zaraźliwa choroba. Trochę jak z Rajdem Dakar. Mówili mi przed nim, że jak raz pojadę, to będę chciał wrócić. I tak było. Tutaj też, jak ktoś nie zadzwonił przez dzień albo dwa, to myślisz, że pewnie coś się wydarzyło.
Rewolucja w FIS. Aż trudno było uwierzyć, zdecydował jeden głos
Przyszedł jednak taki czas, że poczułem ten brak czasu i pracę na ciągłym trybie czuwania. Było tego wszystkiego po prostu dużo. Zaczynała cierpieć nie tyle rodzina, ile zdrowie. Byłem w ciągłym biegu i napięciu. Jestem już coraz starszy i zaczynam to odczuwać. Zamiast wyhamowywać, to ja rzuciłem się w wir pracy. Zaniedbałem się od strony fizycznej, bo nie miałem czasu i sił na uprawianie sportu. To nie wpływało zbyt dobrze na psychikę. Po tym, jak ogłosiłem, że nie będę już kandydował w wyborach, to znowu zacząłem pracować w ogródku. To jest niby fizyczna praca, ale bardzo mnie relaksuje i sprawia mi przyjemność. O wiele większą niż przerabianie sterty papierów na biurku w PZN, a do tego przecież były ciągłe rozjazdy związane z wizytami w ministerstwie i nie tylko. Oczywiście nie mam żadnego problemu z jeżdżeniem, bo to nawet lubię. Najgorsze to było siedzenie za biurkiem. To z czasem stało się dla mnie bardzo męczące. Jak byłem dyrektorem sportowym, to od razu wtedy z Polem Tajnerem tak się dogadaliśmy, że nie będę typowym dyrektorem, który siedzi za biurkiem i siedzi w papierach. Dużo wtedy jeździłem z zawodnikami i to dawało mi dużo frajdy. W ostatnich latach to w ogóle rzadko gdziekolwiek wyjeżdżałem, bo jednak trudno zarządzało się związkiem na odległość.
Adam Małysz: PZN miał być dobrze prosperującą firmę, taką miałem wizję
A może po prostu zbyt ambitnie podszedłeś do nowej roli?
- Nie zawsze mi było po drodze przede wszystkim z myśleniem innych osób. Zawsze miałem pewną wizję rozwoju związku. Uważałem, ze to nie jest już stowarzyszenie, bo to do dzisiejszych czasów nie pasuje, tylko twierdziłem, że to ma być dobrze prosperująca firma. I taki kierunek obrałem. Zresztą zarządzanie takim związkiem przypomina właśnie firmę. To jest naprawdę duży projekt. Mamy sporo pracowników, bo jednak jesteśmy dużym związkiem. Fajnie byłoby zarządzać jedną dyscypliną, a my mamy pod sobą ich kilka. I każda z nich ma inny budżet. Robiliśmy zatem mnóstwo zawodów, a do tego uruchomiliśmy projekt Akademia Lotnika, który bardzo dobrze się przyjął. Dlatego już nie da się zarządzać związkiem jak stowarzyszeniem, szczególnie przy tych budżetach.
W końcówce ubiegłego roku poczułem, że zarząd nie chce iść za bardzo w tę stronę, co ja. Nie chodziło o to, że głosowaliby przeciwko mnie, ale zauważyłem, że chcą iść inną drogą. Mieli trochę inne zdanie, ale też czekali cały czas na to, co się wydarzy. Przez to nie było takiego zaufania. Tak było choćby z zatrudnieniem Maćka Maciusiaka. Konsultowałem to z zarządem, ale jak nie szło, to słyszałem, że to była moja decyzja. Cały czas miałem takie wrażenie, że zarząd tylko czeka na to, co się stanie, by potem mnie rozliczyć z tego. Nie do końca była też aprobata na moje pomysły. Przed samymi igrzyskami dobiły mnie nieporozumienia związane ze składami kadr
Nie porwałeś się trochę z motyką na słońce?
- Nie. Wiele rzeczy się udało zrobić. Chciałem, żeby to poszło do przodu, żeby to nie było takie zwykłe stowarzyszenie jak każdy związek, tylko żeby ten związek też żył. Można wiele zarzucać na przykład Polskiemu Związku Piłki Nożnej, ale on jest jakby niezależny totalnie. Oczywiście piłka rządzi się swoimi prawami, ale z drugiej strony jak popatrzymy, to oni w pewien sposób tworzą markę. Mają swoje sklepy. Popatrzmy na Polski Związek Motorowy. Tam się nic nie dzieje, ale oni mają z czego żyć. Mają dużo gruntów, mają dużo różnych rzeczy, z których ściągają pieniądze. Bardzo dobrze zarabiają również na licencjach. W PZN jest wiele dyscyplin, dlatego chciałem napędzić to z drugiej strony. Nie chciałem opierać się tylko na pieniądzach z ministerstwa i od sponsorów, ale chciałem też obrać taki kierunek, by PZN mógł również zarabiać.
Adam Małysz wymienił sukcesy
Duże reformy dotknęły w szczególności kadry juniorskie. Zaczęliście tworzyć solidny fundament.
- To prawda i to jest nasz duży sukces. Na początku była duża krytyka wprowadzania otwartych kadr, ale to zaczyna działać. Juniorzy dostali większe możliwości, a przede wszystkim szansę. Wcześniej ci, co byli w kadrach, mieli priorytet. Teraz to się zmieniło. Na miejsce w drużynie trzeba sobie zapracować, a wybieramy z licznego grona. Każdy w tej sytuacji ma szansę się pokazać. Są jednak takie przepisy, że Ministerstwo Sportu może zapłacić tylko i wyłącznie finansowanie za zawodnika, który jest w kadrze narodowej. Trzeba byłoby ją zatem w juniorach ograniczyć do ledwie kilku osób, a reszta nie miałaby szansy na to, by się w niej znaleźć. Trzeba byłoby też szukać finansowania dla zawodników spoza kadr. Często spadałby to na rodziców. Dlatego zdecydowaliśmy się na otwarcie kadr, żeby trener miał możliwość wyboru z dużego grona zawodników. Oczywiście to wiązało się z tym, że szkoleniowiec miał więcej pracy, ale po to są trenerzy. Zresztą dotujemy ich w Szkołach Mistrzostwa Sportowego, bo jednak taka placówka rządzi się swoimi prawami. Stworzyliśmy stypendia dla trenerów, dzięki czemu mogą oni pracować w dni wolne w szkole. Nie są wówczas na utrzymaniu placówki, tylko naszym. Mam nadzieję, że będzie to kontynuowane przez kolejny zarząd i prezesa.
Co było twoim największym sukcesem w roli prezesa PZN?
- Myślę, że choćby budżet. Dzisiaj jest on bardzo wysoki i PZN jest zabezpieczony. Największym problemem związków są zimowe miesiące - od listopada do marca. Jest wtedy problem z płynnością finansową, to bo tej przełom roku. Dla nas to jest czas, kiedy jesteśmy w środku sezonu. Były takie lata, że związek musiał brać kredyty na tych kilka miesięcy. Wprawdzie były dobrze wynegocjowane, ale jednak trzeba było się zapożyczać, żeby przetrwać ten okres. Dzisiaj nie ma takiego problemu w związku. Zawsze jest jakaś rezerwa, która powoduje, że związek funkcjonuje i jest zachowana płynność. I to jest dużym sukcesem. Oczywiście nie twierdzę, że związek był zadłużony. Absolutnie.
Prezesowi można zarzucać wszystko - od wyników po brak pieniędzy. Kiedy zaczęliśmy remont w PZN, to słyszałem, że Małysz sobie remontuje związek. Ale przecież to nie jest moje. Chciałem przede wszystkim, by zmienił się komfort dla pracowników, ale też po to, bym nie wstydził się przyjmować gości. Przed remontem wiało trochę latami z poprzedniej epoki. Ten remont to oczywiście nie jest żaden sukces, tylko normalna kolej rzeczy. Tym bardziej że mieliśmy środki na to.
Orlen, który jest naszym strategicznym sponsorem, zobaczył, że warto w nas inwestować. Nawet mimo słabszych wyników aż do igrzysk. Jesteśmy chyba jedynym związkiem, z którym ta firma podpisała umowę na cztery lata. To się rzadko zdarza, ale współpraca układa się naprawdę bardzo dobrze. Do naszych sponsorów tytularnych dołączyła niedawno Visa. Ta potężna międzynarodowa marka też nam zaufała. Z Międzynarodową Federacją Narciarską (FIS) mamy podpisaną umowę do 2030 roku na rozgrywanie zawodów Pucharu Świata w snowboardzie w Krynicy-Zdroju. Dzięki temu możemy napędzić ten sport w naszym kraju.
Jednym z największych sukcesów ostatnich czterech lat są jednak chyba reformy. Zadziałały zmiany strukturalne. Dzisiaj sport to nie tylko talent i przygotowanie, ale też technologia. Mamy zatem w kadrach wiele osób współpracujących, bez których odniesienie sukcesu nie byłoby możliwe. Dlatego czasami osób w sztabach jest więcej niż zawodników, ale wszędzie na świecie tak to działa.
Dużym sukcesem jest też to, że zaczęliśmy organizować kursy trenerskie. Szkoleniowcy muszą przejść przynajmniej dwa takie w roku, żeby odnowić licencję. Wcześniej nie było czegoś takiego. Każdy trener może sobie wybrać kurs, ale związek musi go zaakceptować. Rozdzieliliśmy się też ze Stowarzyszeniem Instruktorów i Trenerów Narciarstwa (SITN). Poszliśmy trochę inną drogą, stawiając na szkolenia. SITN zajął się już tylko i wyłącznie instruktorami. Oczywiście dalej współpracujemy i wymieniamy się uwagami.
Moją rolą było to, by ten związek funkcjonował jak najlepiej, a bez dobrych finansów nie byłoby to możliwe. Stworzyłem też w związku sztab ludzi, którym chciało się pracować, a nie byli tylko bossami.
Czego z kolei nie udało ci się zrobić w związku?
- Na pewno jedną z takich rzeczy to są kadry w narciarstwie alpejskim. Chciałem stworzyć coś takiego, ale jednak w tym sporcie są inne wymagania. Ważna jest indywidualizacja i pewnie nigdy nie uda się stworzyć jednej dużej kadry. Każdy chce trenować indywidualnie. Zazwyczaj to są sportowcy z bogatych rodzin, które na pewne rzeczy stać. Nie było zatem możliwości zbudowania takich kadr, jak w innych sportach, w których wszyscy trenują razem. Nie udało mi się też zjednać środowiska w narciarstwie alpejskim. Tam jednak trudno o zgodę, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Powstały za to kadry freestyle'owe, których wcześniej nie było. Młodzież jednak do tego ciągnie i bawi się tym. Do tego nie trzeba mieć nie wiadomo jakich stoków. Mamy Rababangpark, gdzie są skocznie. Jeśli znajdziemy miejsce, to ministerstwo obiecało, że sfinansują nam też dużą skocznię do freestyle'u. Trener Tomasz Tylka cały czas za tym chodzi i mam nadzieję, że uda się to zrealizować, bo on tym bardzo żyje. We freestyle'u mamy też zawodników znad morza, którzy skaczą na deskach albo uprawiają windsurfing, czy surfing. Mogą zatem bawić się tym cały rok. Mam nadzieję, że to się będzie w Polsce rozwijało, bo to są bardzo widowiskowe dyscypliny.
A jak powiem, że twoją porażką jest kombinacja norweska w Polsce, bo w przecież także jako dyrektor sportowy nie poradziłeś sobie z tym tematem?
- Sam sprowadzałem do Polski Danny'ego Winkelmanna, który miał ruszyć u nas kombinację i prowadził kadrę przez dwa lata. Wbrew pozorom, w tej dyscyplinie jest bardzo duża konkurencja, a sam sport bardzo trudny. Norwegowie, Niemcy, Austriacy, Japończycy, Finowie mają po czterech-pięciu topowych zawodników. Mieliśmy wcześniej Szczepana Kupczaka, czy Adama Cieślara, którzy fajnie skakali, ale mieli problem z biegiem. Tu jednak trzeba być uniwersalnym. Wiele tych krajów stosuje takie systemy, że mają od każdej dyscypliny innego trenera i to jest przede wszystkim rola zarządu, żeby zgodził się na to, żeby te budżety zwiększyć i zrobić coś takiego. Próbowaliśmy i mieliśmy zagranicznych trenerów, ale zawsze był opór działaczy. Zarząd zdecydował, że jednak idziemy w polską myśl i z jednej strony było to w porządku. Wojtek Marusarz miał się szkolić z Austriakami, bo FIS mocno na to naciskała, by mocniejsze kraje pomagały tym słabszym. To się jednak jakoś rozmyło. Teraz nie mamy prawie seniorów i trzeba budować tę kombinację od dołu. Zaraz po igrzyskach mówiłem, że najlepszym rozwiązaniem byłoby znowu zatrudnienie zagranicznego szkoleniowca, który miałby pomysł i mógłby przenieść system na nasz grunt. Mógłby pociągnąć tych młodych zawodników, jakich dzisiaj mamy. Liczę na to, że Polo, który wywodzi się z kombinacji, oraz nowy zarząd pójdą trochę w tę stronę, że przyciągną kogoś, kto jest w stanie coś z tym zrobić, bo tylko tak jesteśmy w stanie podnieść tę kombinację. Dotychczasowi trenerzy mieli pomysły, ale żaden nie przedstawił planu naprawczego. Jeśli nie sprowadzi się zagranicznego trenera, to nie wiem, czy się to uda. Dzisiaj mamy głównie trenerów, którzy kończą karierę w danej dyscyplinie i przechodzą płynnie do roli szkoleniowca.
To moment, w którym w Małyszu coś pękło. "Nie było takiego zaufania"
W którym momencie coś w tobie pękło? Każdy zakładał, że pewnie będziesz prezesem PZN przez dwie kadencje. To był moment kiedy doszło do kryzysu z kadrami olimpijskimi w narciarstwie alpejskim, czy dużo wcześniej?
- W końcówce ubiegłego roku poczułem, że zarząd nie chce iść za bardzo w tę stronę, co ja. Nie chodziło o to, że głosowaliby przeciwko mnie, ale zauważyłem, że chcą iść inną drogą. Mieli trochę inne zdanie, ale też czekali cały czas na to, co się wydarzy. Przez to nie było takiego zaufania. Tak było choćby z zatrudnieniem Maćka Maciusiaka. Konsultowałem to z zarządem, ale jak nie szło, to słyszałem, że to była moja decyzja. Cały czas miałem takie wrażenie, że zarząd tylko czeka na to, co się stanie, by potem mnie rozliczyć z tego. Nie do końca była też aprobata na moje pomysły. Moim marzeniem było, żeby ten zarząd działał nieco inaczej, żeby był bardziej zaangażowany. Dlatego na początku każdemu z członków zarządu przydzieliłem daną dyscyplinę, którą ma się zająć. W to wchodziły także szkoły i kluby. Nie do końca jednak to wyszło. To mi też uświadomiło, że jednak wiele rzeczy spadło na mnie, a miałem zbyt mało do powiedzenia jako organ wykonawczy. Przed samymi igrzyskami dobiły mnie nieporozumienia związane ze składami kadr.
Ktoś celowo wsadził cię na minę?
- Nie chcę tak mówić ani myśleć. Wymagałem jednak w takiej sytuacji większego wsparcia od członków zarządu w starciu z Polskim Komitetem Olimpijskim. Tego jednak nie było. Nie czułem, bym w tej sprawie miał zarząd za sobą. To była taka szala, która przeważyła. Jeszcze przed igrzyskami zacząłem się zastanawiać nad kandydowaniem. Decyzję podjąłem po świętach wielkanocnych, a ostatecznie utwierdziłem się w niej, kiedy zarząd nie odsunął na później tematu zatrudnienia Stefana Horngachera.
Dość szybka decyzja Apoloniusz Tajnera o starcie w wyborach zaskoczyła cię?
- Z jednej strony tak, ale z drugiej przeczuwałem to. Docierały do mnie głosy, że są takie rozmowy w kuluarach. Nie wierzę, że to była decyzja o kandydowaniu ze względu na to, że ja nie będę kandydował. Wiem doskonale, że rozmawiano już z Apoloniuszem dużo wcześniej na ten temat. Widzę, że zarząd, który jest i który pewnie będzie, bo to się niewiele zmieni tak naprawdę, potrzebuje bardziej spokoju. Najlepiej, żeby było jak najmniej zmian. Nie wiem zatem, jeśli chodzi o rozwój związku, w którą stronę to pójdzie, ale na pewno jeśli chodzi o Pola, to można powiedzieć, że te prezesury, które miał wcześniej były raczej stabilne i akurat o to się nie boję, że coś będzie nie tak. Myślę, że mimo wszystko związek będzie w dobrych rękach. Może nie będzie on tak nowoczesny, jak chciałem. Czułem duży opór w tej materii. Miałem problem z tym, by przekonać związek do lepszego działania w mediach społecznościowych i na naszej stronie internetowej. Tymczasem ostatnie wyniki pokazują, że jeśli chodzi o ubiegły sezon, to byliśmy na szóstym miejscu w Polsce, jeśli chodzi o rozwój mediów społecznościowych. I to też można uznać za sukces związku i mój. Marzyłem o tym, by informacja wychodziła właśnie od nas, a nie z mediów. I tak się stało. Staliśmy się głównym miejscem informacyjnym dla dziennikarzy. Dzięki temu zyskiwali sponsorzy, bo mogliśmy pokazywać ich reklamy przy okazji wpisu informacyjnego.
Z jednej strony na koniec notujesz sukces, bo zostawiasz związek zabezpieczony i sprowadzasz znowu do Polski Stefana Horngachera, ale z drugiej strony też niesmak, bo zarząd znowu tę sprawę rozegrał trochę po swojemu, o czym wspomniałeś.
- To był taki trochę prztyczek w nos dla mnie. Rozmawiałem z zarządem i chcieli tę decyzję zostawić nowemu prezesowi. Sprawy nabrały jednak rozpędu i ostatecznie Stefan do nas trafił. Niby zarząd wynegocjował lepsze warunki. Tyle że wcześniej one nie były głównym punktem. Najważniejsze było to, by przejąć Stefana, żeby nikt nam go nie zabrał. Wiele osób może mieć do niego żal, że w 2019 roku zakończył współpracę z nami, ale to jest takiej klasy fachowiec, że nie warto wracać do tego. Zarząd obawiał się, że z przyjściem Stefana może być jak z przyjściem Alexa Stoeckla. To jest jednak zupełnie inna bajka. Nie ujmując nic Alexowi, który jest wybitnym trenerem i menedżerem, to jednak dla niego nie był wtedy czas. Chcieliśmy go pozyskać, by nie poszedł gdzie indziej, ale on był wówczas w psychicznej rozsypce po wydarzeniach w Norwegii. To wtedy nie wypaliło. Stefan jest jednak zupełnie inny. Przede wszystkim od początku był bardzo zaangażowany. Już przed igrzyskami rozmawiał z Maćkiem Maciusiakiem i Michalem Doleżalem, jakby to mogło wyglądać po jego przyjściu. Sam też od siebie wyszedł z inicjatywą tworzenia systemu w polskich skokach. Chce u nas zrobić to, czego nie udało mu się w Niemczech, czyli zbudowania skoków od samego dołu aż po górę. Tak, by to była dobrze naoliwiona maszyna, która z czasem zacznie sama działać. W Niemczech nie bardzo pozwolili mu na takie zapędy, choć dobrze widział, jakie były problemy, gdy pod jego skrzydła trafiali zawodnicy z innych kadr tego kraju. W Austrii to działa idealnie. Tam trenują w bazach, a trener główny jest selekcjonerem. Tam nie ma znaczenia, kto jest, z którym z trenerem, bo system szkolenia jest jednolity. Hannu Lepistoe zawsze mówił, że trening skoczka jest prosty. Ma to robić dobrze. Na tyle, by mógł dopasować się do każdego trenera.
Co dalej z tobą? Co będziesz teraz robił? Wyobrażasz sobie znowu powrót do PZN?
- Na razie nie myślałem o tym, by kiedyś wrócić do PZN, choć kiedyś naprawdę dobrze czułem się w roli dyrektora sportowego. Rozmawiałem z Maćkiem Maciusiakiem, Michalem Doleżalem i Stefanem Horngacherem i oni chcą, żebym był dalej w polskich skokach. Zresztą powiedziałem im, że jeśli tylko będę mógł, to na pewno będę im pomagał. Może trochę w innej roli. Mam już pewne pomysły, które można byłoby zrealizować poza strukturą.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:









![Lemański rozbił Bułgarów zagrywką. Pięć asów w meczu Ligi Narodów [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N215N2ODRSMQU-C401.webp)


![Polski mur nad siatką. Najlepsze bloki z meczu z Bułgarią [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N213CA1CM6W4U-C401.webp)


