Wszyscy czekali na sukces Stocha. Problemy przed zawodami, a potem radość. Ostatni medal wywalczy z Tomasiakiem?
Zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi przeszły do historii z wielu względów. Polscy kibice dwukrotnie płakali po złotych medalach Kamila Stocha. - Te medale nie przyszły mu łatwo. Mieszkaliśmy razem w pokoju i pamiętam, że w dzień konkursu miał gorączkę - wspomina Jan Ziobro. Były skoczek i olimpijczyk opowiedział Interii o pobycie w Rosji, a także o szansach "Biało - Czerwonych" na igrzyskach we Włoszech.

Maciej Brzeziński (Interia Sport): W 2014 roku był pan na zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi. Indywidualnie 13. miejsce (K-95) i 15. miejsce (K-125). Jak pan wspomina tamten występ z perspektywy czasu?
Jan Ziobro (były skoczek, olimpijczyk z Soczi): Bardzo dobrze wspominam tamten czas. To był ten moment mojej kariery, kiedy byłem mocny jako zawodnik. Byliśmy też mocną grupą i niewiele brakowało nam do medalu w konkursie drużynowym. Wszyscy byliśmy ze sobą mocno zżyci, a atmosfera w kadrze była świetna
To były igrzyska Kamila Stocha, który sięgnął po dwa złote medale. Jaka była w ogóle atmosfera wtedy? Czuliście, że Kamil może to osiągnąć?
- To było wyczuwalne przed igrzyskami. Kamil był bardzo mocny, ale potrzebne było tego potwierdzenie w trakcie zawodów. Oczywiście te medale nie przyszły mu łatwo. Mieszkaliśmy razem w pokoju i pamiętam, że w dzień konkursu miał gorączkę. Chyba bardziej ze stresu, ale wówczas wszyscy na czele z fizjoterapeutą Łukaszem Gębalą pracowali nad tym, aby postawić go na nogi. Na szczęście to się udało.
Na nagraniach z zawodów widać, że pan jako pierwszy był przy Kamilu, gdy pokazały się wyniki. Wzięliście wówczas z Maciejem Kotem swojego lidera na ramiona. To wszystko działo się spontanicznie?
- Zgadza się. Oczywiście spodziewaliśmy się tego i czekaliśmy na medal Kamila, ale nasza radość była spontaniczna. W końcu kolega z drużyny zdobył złoty medal igrzysk olimpijskich. To jednak nie dzieje się codziennie. W tamtym czasie byłem mocno zżyty z Kamilem, przyjaźniliśmy się.
A jak było ze świętowaniem sukcesu? Znaleźliście na to czas?
- Jeżeli chodzi o świętowanie, to na igrzyskach nie było na to czasu. Zresztą nie było gdzie, bo wioska olimpijska była zamknięta i nie było za wiele możliwości. Oczywiście w naszym gronie chwilę poświętowaliśmy, ale to by było na tyle.
Już na wstępnie wspomniał pan o zawodach drużynowych. Naszej reprezentacji zabrakło do brązowego medalu, po który sięgnęli Japończycy 13,1 pkt, czyli około siedmiu metrów. Wszyscy skakaliście bardzo równo, ale Piotrowi Żyle nie wyszedł jeden skok, który zaważył na końcowym wyniku. Bolało?
- W konkursie drużynowym potrzeba ośmiu dobrych skoków, żeby liczyć na sukces. Nam to się nie udało. W drużynie odpowiada jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Nie można być złym na kogoś komu nie wyszedł jeden skok, bo równie dobrze to moglibyśmy być my. Taki konkurs zawsze rządzi się swoimi prawami. Jeśli jest sukces to świetnie, a jak nie wyszło to trzeba o tym zapomnieć, jak najszybciej. Czasu nie cofniemy.
A ma pan jeszcze jakieś szczególne wspomnienia z Rosji? Dało się w Soczi odczuć np. rosyjską propagandę?
- Nie przypominam sobie, aby były jakieś problemy. Dobrze się nami opiekowano, a wszystko było zorganizowane naprawdę dobrze. To były igrzyska olimpijskie więc na wpadki nikt nie chciał sobie pozwolić. Wszyscy musieli stawać na głowie, aby było bezpiecznie i przyjemnie.
Skoczkowie od 2010 roku przywożą medale z igrzysk. Wydaje się, że we Włoszech passa zostanie boleśnie przerwana.
- Nie rozdawajmy medali przed igrzyskami. Wystarczy spojrzeć na mistrzostwa świata w 2015 roku w Falun, gdzie zdobyliśmy brązowe medale w drużynie. Kompletnie nic nie wskazywało na to, że tak się stanie. My byliśmy jednak świadomi, że możemy powalczyć, pomimo wielu trudności i problemów. Na małej skoczni zająłem ósme miejsce, a trener Łukasz Kruczek nie wystawił mnie na dużym obiekcie. Były zgrzyty i nieprzyjemne sytuacje. Później w drużynowym konkursie wystartowałem i razem z chłopakami zdobyliśmy medal.
Od kilku sezonów nasze skoki są w zapaści, a ten pokazuje to dobitnie. Liderem jest 18-letni debiutant Kacper Tomasiak. Jak to wytłumaczyć, że tak młody chłopak dźwiga polskie skoki?
- Nie ma różnicy czy ktoś ma 18, 25 czy 30 lat. Jeśli jest się w dobrej formie to jest w stanie udźwignąć wiele. Mamy przykłady różnych zawodników z przeszłości, jak chociażby Gregor Schlierenzauer, który wygrywał konkursy Pucharu Świata jako nastolatek. My Polacy nie jesteśmy ulepieni z gorszej gliny. Mamy zawodników, którzy są w stanie udźwignąć ciężar. Kacper jest na pewno jednym z nich.
Jeszcze na chwilę wróćmy do Kamila. To dla niego pożegnalne igrzyska. Znalazł się w kadrze, choć wyniki też dalekie od ideału. W ogóle ta trójka - Tomasiak, Stoch i Paweł Wąsek to dobry wybór pańskim zdaniem?
- Nie chce stawać ani po stronie zawodników, ani po stronie trenera. Takie wybory zawsze są trudne. O Kacprze nie ma, co dyskutować, bo skacze najlepiej z Polaków. Dla Kamila to będą ostatnie igrzyska. Zrobił tyle dla sportu, że - może to źle zabrzmi - ale jemu to miejsce się należało. W Pawle od dawna widzę wielki talent. On ma papiery na skoczka i już w przeszłości pokazał, że może dobrze skakać. Dla wielu jego powołanie to sprawa dyskusyjna i zawsze można polemizować. Trudno jednak ocenić sytuację, jeśli nie jest się wewnątrz kadry.
Czego więc możemy oczekiwać od polskich skoczków w Predazzo? Wielu marzy o tym, aby duet Stoch - Tomasiak powalczył o medal, co byłoby historią wręcz filmową.
- Byłoby przepięknie. Nie zakładam nikomu medali przed konkursem, ale też nikogo nie skreślam. Wierzę, że są w stanie powalczyć we Włoszech. Znam świetnie Kamila, jako zawodnika i wiem, że potrafi zrobić coś z niczego. Nawet jeśli jego forma jest daleka od idealnej to potrafi się na tyle zmobilizować, aby wrócić na dobre tory i namieszać. Jeśli jemu to by się udało, a Kacper wspiąłby się na szczyt swoich możliwości, to wierzę w medal. Do samego końca będę wierzyć i kibicować.
Rozmawiał Maciej Brzeziński













