Wielki zwrot akcji, Małysz wykłada karty na stół. "To jest najgorsze słowo"
Jaka jest prawda o warunkach finansowych Stefana Horngachera? Czy działacze PZN wygrali na tym, że spowolnili proces zakontraktowania Austriaka? Istnieje niebezpieczeństwo, że Austriak znów wpadnie w "polskie piekiełko"? Wreszcie, czy to on sam wymyślił powrót Apoloniusza Tajnera? Na te gorące pytania w rozmowie z Interią odpowiada Adam Małysz, ustępujący prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Artur Gac, Interia: Czy rzeczywiście w rozmowie ze mną dla Interii Andrzej Wąsowicz bardzo wiernie przedstawił bieg zdarzeń? Mianowicie powiedział, iż w Wielką Sobotę poinformował go pan jako pierwszego, że z różnych względów nie będzie kandydował na prezesa PZN. I to pan miał mu podpowiedzieć: "a idźmy w kierunku pana Tajnera, bo uważam, że to może być dobre rozwiązanie"?
Adam Małysz: - Na pewno nie do końca w takim wykonaniu. Wręcz przeciwnie, jak prezes Wąsowicz powiedział właśnie o tym, że rozmawiają z Apoloniuszem Tajnerem, to przyznałem rację, że faktycznie jest to osoba, która była w tym związku, zna go i na pewno jest w stanie najszybciej się odnaleźć na takim niełatwym stanowisku. Ja sam, przez pierwszy rok, w zasadzie wdrażałem się w to wszystko, zanim zacząłem jakoś funkcjonować. Jednak faktycznie tych spraw jest dużo i ten związek jest tak duży, że nie kieruje się jedną dyscypliną. Dzisiaj już mamy osiem lub dziewięć dyscyplin, więc to nie jest takie proste. Dlatego przytaknąłem, że faktycznie mogłaby to być dobra opcja.
Zastanawiam się w takim razie, jeśli rzeczywiście macie tak super relację, co w naszej rozmowie podkreślał pan Wąsowicz, dlaczego - jeśli było tak jak pan mówi - odwracać narrację?
- (śmiech) To już nie mnie trzeba spytać. To jest trochę też tak, że przez ten okres, jak byłem prezesem, również nauczyłem się, że narracja między innymi właśnie często jest odwracana. I często jest jakby trochę robione w ten sposób, że każdy później mówi w ten sposób, jak mu pasuje i jak dla niego jest wygodniej. Chyba trochę taka jest rola działaczy, jak dzisiaj patrzę na to z przymrużeniem oka. Ja chyba nigdy nie chciałbym i chyba nie chcę być działaczem, choć jak zostałem prezesem, to wszyscy stwierdzili, że nim jestem. Ale to jest najgorsze słowo, jakie zawsze mi się kojarzyło i chyba tak pozostanie.
Skoro narracje się różnicą w zależności od tego, kto zabiera głos, to proszę przyłożyć rękę do serca i wyłożyć, przebijając prawdę na wylot, jaka jest historia ze Stefanem Horngacherem? Czy rzeczywiście jest prawdą, że choć faktycznie poczynił pan z nim pewne ustalenia, to były one korzystne przede wszystkim dla niego, a nie do końca dla związku? Wobec czego działacze zrobili dobrze, że spowolnili proces zakontraktowania, bo obniżyli Austriakowi zarobki i bardziej doprecyzowali zakres obowiązków?
- Każdy sobie to pisze i tłumaczy pewne rzeczy po swojemu. Gdy zacząłem rozmawiać z Horngacherem, to na początku nie dyskutowaliśmy o pieniądzach. Pierwsze było to, jaką ma pełnić funkcję, co ma robić, jak to ma wyglądać i co trzeba uczynić w Polsce, żeby przede wszystkim zbudować system. Tak, aby wszystkie grupy działały wspólnie. I to było jakby ustalone. Później, jeszcze podczas Pucharu Świata doszło do tego, że trenerzy: Maciusiak, Doleżal, Topór i Kwiatkowski zaczęli tworzyć pewne plany, a szczególnie na pewno Maciek z Michałem i ze Stefanem. I zaczęło to bardzo fajnie wyglądać, a myśmy się dogadywali. Kwestia była taka, że faktycznie ja chciałem stworzyć umowę, która była propozycją. To nie było tak, że ta umowa by była od razu wdrażana i procedowana, bo do tego jeszcze było daleko. Stefan miał przyjechać do Polski, miał przyjechać na rozmowy z całym zarządem. Zresztą jego głównym postulatem było, że wszyscy członkowie zarządu muszą się zgodzić. Nie może być tak, że któryś będzie miał wątpliwości, czy się nie zgadza.
I takie pytanie padło na zarządzie?
- Tak. To był zarząd zrobiony w zasadzie telefonicznie, na szybko. I można powiedzieć, że większość była w siódmym niebie. Jeden członek zarządu powiedział tylko, że on się nie zgadza na to, bo o czymś takim powinien zdecydować przede wszystkim pierwszy trener, czyli Maciek Maciusiak. Dwa dni później ja z sekretarzem spotkaliśmy się z Maćkiem Maciusiakiem. I Maciek też był bardzo za tym, że przydałaby się taka osoba, która będzie to tworzyć, będzie ich wspierać i tak dalej. I w zasadzie na tym stanęło. Stefan miał jeszcze przyjechać do nas na rozmowy, a kilka dni później w Warszawie, dokładnie 24 kwietnia, miała odbyć się konferencja prasowa z ogłoszeniem tego transferu.
- Tymczasem trochę wcześniej w zasadzie z prasy dowiedziałem się o tym, że zarząd się nie zgadza. I podejmują decyzję, że taką sprawą powinien zająć się nowy zarząd, bowiem jest to za poważna rzecz, żeby z kimś na finiszu kadencji podpisywać kontrakt na cztery lata. Wtedy nie było nic mówione o pieniądzach, tylko przede wszystkim o tym, że na cztery lata. A jeśli ja nie będę kandydował, to nowy prezes powinien też wyrazić swoją opinię. I de facto na tym zostało to przerwane.
Zrozumiał pan to?
- Z jednej strony rozumiem, z drugiej strony jak ktoś zna się na sporcie, to wie doskonale, że nie podpisuje się umowy w czerwcu czy później, a już na pewno nie szuka takiej osoby jak Stefan w takim okresie. Takiego fachowca, zwłaszcza w roku igrzysk, szuka się już dużo przed igrzyskami, a na pewno takie kontrakty podpisuje już w kwietniu, a nawet w marcu. Przynajmniej zabezpiecza się listem intencyjnym, który gwarantuje tej osobie, że na pewno podpisze umowę, by nie została na lodzie. Dziś nie tak łatwo pozyskać fachowca, który sam pali się do tego, by stworzyć cały system.
Krótko mówiąc, gdyby to odbyło się w trybie, który pan proponował, to Stefan rzeczywiście podpisałby umowę na lepszych warunkach?
- Tak, trochę może lepszych. Jednak jak popatrzymy na to, że wtedy miałby w zasadzie pensję, a dzisiaj ma pensję plus profity za wyniki, to wychodzi w zasadzie bardzo podobnie.
Czyli teraz jest bardziej motywująca.
- To też jest dobre. Nie twierdzę, że nie. Ja po prostu gdzieś na tyle zawsze pracowałem ze Stefanem, że wiem, iż jego nie trzeba motywować. Ja wiem ile zarabiają tacy trenerzy, tacy koordynatorzy. I te pieniądze na pewno są tego warte, jeśli jest to wykonywane tak, jak powinno. Pamiętamy Alexandra Stoeckla, który w zasadzie też zarabiał u nas dobre pieniądze, a nie byliśmy z niego zadowoleni. Jednak to zupełnie dwie różne osoby i przypadki, bo Aleksa to jednak my chcieliśmy za wszelką cenę ściągnąć, żeby ktoś nam go nie podebrał, bo to jest niesamowity fachowiec. A on wtedy chyba jeszcze nie był gotowy na to, po tym co wydarzyło się z nim w Norwegii. Z kolei tutaj Stefan jest gotowy i to on sam przyszedł z propozycją, jak by to miało wyglądać, funkcjonować i tak dalej. Więc ja jestem w stu procentach przekonany do niego. Zresztą, bądźmy szczerzy, po tym sygnale, że zarząd wstrzymał rozmowy, inny trener pokroju Stefana powiedziałby "dziękuję, do widzenia". A jemu dalej zależało. I to nie dlatego, że nie miał innych propozycji, tylko faktycznie wykonał już przez dwa, trzy miesiące tyle pracy nad całym przygotowaniem tego projektu, że ciężko mu było w tym momencie to porzucić.
A jak podchodził pan do kwestii zamieszkania przez Stefana w Polsce, bo wiemy, że jego adres nadal będzie w Niemczech? Panu na tym mocno zależało, ale w tym punkcie Horngacher postawił sprawę tak, że jest on nienegocjowalny? Czy naprawdę nie widzi pan różnicy w tym, gdzie poza umówionymi akcjami i zgrupowaniami będzie przebywał?
- Myślę, że to nie było istotne. Przede wszystkim dlatego, bo wiem, że i tak większość czasu tu spędzi. Patrząc na plany, jakie ma i to wszystko, co przedstawił, wręcz jest niemożliwa koordynacja tego wszystkiego i tworzenie w trybie zdalnym. Do tego wszystkiego trzeba przede wszystkim być na miejscu. A jak nie tu, to na zgrupowaniach. Więc ja myślę, że tutaj akurat to wszystko i tak naturalnie się wydarzy. Dajmy się temu rozwinąć, bo to naprawdę jest potężny projekt, który przede wszystkim wymaga czasu. Nie da się pstryknąć palcami i efekt już będzie. My Polacy jesteśmy bardzo zniecierpliwieni i od razu chcemy rezultatów, a jak nam się coś nie podoba, to od razu "do widzenia". A jednak sport jest brutalny. Żeby coś stworzyć, to trzeba naprawdę czasu i dać się temu rozwinąć.
Mówił pan o czteroletnim kontrakcie Stefana. A finalnie na czym stanęło?
- Na dzień dzisiejszy to jest roczny kontrakt, jako tako roczny. Każda ze stron może rozwiązać ten kontrakt, ale z perspektywą przedłużenia na cztery lata. Stefanowi, jak i mnie cały czas zależało, by na to spojrzeć szerzej, to jest projekt długodystansowy i długoterminowy, dlatego powinien trwać od igrzysk do igrzysk. Wszystko, co jest rozpisane i przygotowywane, zakłada właśnie okres czterech lat.
Jak pan patrzy na to, co może się dziać wokół Horngachera? Mówi pan, że Stefan oczekiwał od zarządu jednomyślności. I choć formalnie ona zapadła, to Wojciech Fickowski w rozmowie ze mną kilkukrotnie podkreślił, że on Austriakowi na ufa, a sam "nie chciał zatrzymywać pociągu". Tego działacza już nie będzie, ale zna pan doskonale innych. Czy myśli pan, że tam ciągle będzie się żarzyło, odbywało się czyhanie na okazję, a Stefan pozostanie w ciągłym potrzasku, bo nieustannie będzie trwało dokładanie do pieca?
- Mam nadzieję, że nie. To też nie jest tak, że ktoś będzie chciał robić pod górkę. Oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania i każdy ma prawo czuć to trochę inaczej. Ja przy poprzednim kontrakcie Stefana w Polsce byłem przy tym i to w zasadzie ja przez pół roku musiałem trzymać w tajemnicy to, że odchodzi. I dla mnie to było najcięższe. Ale najlepiej wiem, jak to wyglądało i na jakich zasadach. On naprawdę, jak coś robi, to się temu poświęca. Dlatego chciałem, żeby znów tu był i tworzył to wszystko.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl









![Ukraina -Polska: piłka meczowa [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000MX6HMBUDDPH9S-C401.webp)

