Trzy lata temu w Planicy Polski Związek Narciarski rozstał się nie tylko z Michalem Doleżalem, ale też z Grzegorzem Sobczykiem, który był jego asystentem. Nie obroniło ich nawet zdobycie medalu olimpijskiego w Pekinie przez Dawida Kubackiego.
To był chyba jeden z niewielu przypadków w polskim sporcie, kiedy po takim sukcesie, postanowiono zwolnić trenera, choć zawodnicy otwarcie stanęli wówczas za sztabem szkoleniowym.
Dziwny kombinezon Karla Geigera krąży w sieci. Wymowny uśmiech Thomasa Thurnbichlera
Stracił pracę w Polsce. Wziął się za trenowanie Władimira Zografskiego. Ten pokonał w MŚ wszystkich Polaków
Sobczyk nie pozostał jednak bezrobotny. Miał kilka propozycji, ale zdecydował się na tę najbardziej bezpieczną. Postanowił wziąć pod swoje skrzydła Bułgara Władimira Zografskiego, który w 2011 roku został mistrzem świata juniorów. 41-letni wówczas szkoleniowiec, który nie miał wcześniej doświadczenia w roli trenera głównego, przejął Bułgara po sezonie, w którym zdobył on 35 punktów w Pucharze Świata. Od tego czasu Zografski uczynił bardzo duże postępy.
W każdym kolejnym sezonie zimą zdobywał coraz więcej punktów w PŚ. Tej zimy zgromadził ich 110. To może być nawet rekordowy sezon dla niego. Do tej pory najwięcej punktów w PŚ zdobył 12 lat temu - 183. Zografski latem ubiegłego roku sensacyjnie wygrał Letnie Grand Prix, a teraz w Trondheim zapisał się w historii bułgarskich skoków. Został pierwszym zawodnikiem z tego kraju, który zajął miejsce w "10" w mistrzostwach świata. To wielka chwila.
Zografski po pierwszej serii zajmował 14. miejsce, a w drugiej uzyskał czwarty wynik i awansował na dziewiąte miejsce. Za nim znaleźli się wszyscy Polacy. Jeszcze kilka lat temu to byłaby rzecz nie do pomyślenia.
Grzegorz Sobczyk: znów walczyłem o medal, jak kiedyś w Polsce
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Jak to się dzieje, że Bułgar zajmuje w skokach miejsce w "10" w mistrzostwach świata. To wynik, jakiego bułgarskie skoki nie notowały. To także twój sukces, bo chyba żaden polski trener w skokach nie dokonał czegoś takiego z reprezentacją innego kraju?
Grzegorz Sobczyk: - Pracuję z Władim właśnie po to, żeby osiągać takie wyniki. Wiedziałem, że ma duży potencjał, ale potrzebował konsekwentnej pracy nad techniką i innego spojrzenia. To nie było łatwe zadanie, ale pokazaliśmy, że nawet zawodnik z kraju, w którym skoki nie są aż tak popularne, może rywalizować na najwyższym poziomie. Ważnym elementem przygotowań jest także możliwość trenowania z mocnymi zawodnikami, m.in. z Niemcami. Władi w tym momencie nie jest sam, tylko jest w dużej grupie, bo reprezentacja Niemiec przyjęła nas z otwartymi rękami. Tu wszyscy razem współpracują. Nikt dla nikogo nie jest rywalem. Po udanym skoku w drugiej serii Philipp Raimund podszedł do Władiego, by mu pogratulować. To pokazuje, jaka jest atmosfera. To chłopakowi pomogło. Nie stanął w kącie, tylko otworzył się na świat.
Żaden bułgarski skoczek nigdy nie był wyżej w mistrzostwach świata, czy igrzyskach olimpijskich. Przyjechaliśmy i zrobiliśmy naprawdę bardzo dobry wynik. Miejsce w "10" dla kraju, który ma jednego skoczka, to naprawdę wyjątkowe osiągnięcie
Denerwowałeś się w czasie konkursu?
- To była dla mnie powtórka z czasów, gdy pracowałem w Polsce. Znów stałem w gnieździe trenerskim i znów walczyłem o medal (do niego zabrakło Zografskiemu 12 punktów - przyp. TK). Nie ukrywam, że z nerwów bolał mnie brzuch. Wiedziałem, że Władi jest w dobrej formie i może osiągnąć świetny wynik. To była taka reakcja na stres. Poza tym jestem też częścią niemieckiego teamu i dla nas najważniejsze było, by sięgnąć po medal. Poczułem się jak za dawnych lat, kiedy to polska ekipa zawsze szła "full gaz". Teraz też jestem w drużynie, w której atmosfera jest niesamowita. Gratulacje dla Stefana Horngachera, bo odbił się od dna i znowu pokazał, że potrafi przygotować drużynę do najważniejszej imprezy. Po pracy, jaką wykonaliśmy przez ostatnie dwa tygodni, widać, że wszyscy poszli do góry.
To była przede wszystkim praca nad sprzętem?
- Najważniejsza była technika i odpowiednie przygotowanie.
Jak zatem wyglądały te przygotowania do mistrzostw świata?
- Odpuściliśmy starty w USA i Japonii. Nie chciałem ryzykować, że Władi tam się posypie. Postawiliśmy na spokojne dwa obozy w Oberstdorfie z Niemcami, gdzie mieliśmy bardzo dobre warunki do pracy. Skupiliśmy się na dopracowaniu techniki. To była konsekwentna praca, która przyniosła efekty w najważniejszym momencie sezonu.
To duży wyczyn ograć choćby wszystkich Polaków.
- Nie rywalizuję z Polakami. Dla mnie liczy się walka o najwyższe lokaty, a nie rywalizowanie z zawodnikami z konkretnego kraju. Oczywiście kibicuję chłopakom, bo przecież spędziliśmy razem wiele lat, ale na skoczni liczy się to, by osiągnąć jak najlepszy wynik.
Było wiele telefonów z Bułgarii?
- Tak, ten wynik wywołał duże poruszenie. Były gratulacje od rodziny Władiego, ale też od federacji. Żaden bułgarski skoczek nigdy nie był wyżej w mistrzostwach świata, czy igrzyskach olimpijskich. Przyjechaliśmy i zrobiliśmy naprawdę bardzo dobry wynik. Miejsce w "10" dla kraju, który ma jednego skoczka, to naprawdę wyjątkowe osiągnięcie.
Kiedy nawiązałeś współpracę z Niemcami?
- W ubiegłym sezonie specjalnie pojechałem do Planicy na ostatnie konkursy. Tam dogrywałem szczegóły. To był nawet bardziej pomysł Stefana Horngachera. On zaprosił mnie do współpracy, zanim jeszcze dogadały się między sobą federacje. Te też nie miały wielkiego problemu z tym, bo razem współpracują też w narciarstwie alpejskim. Miałem jeszcze propozycję współpracy od Andreasa Widhoelzla, ale jednak najbliżej było mi do Stefana. Wiedziałem, że będą z tego obopólne korzyści. Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) chyba trochę nacisnęła na te większe kraje, by pomogły tym mniejszym. Oczywiście na początku współpracy, to było wzajemne badanie się. Teraz jesteśmy już dotarci.
W Bułgarii pracujesz razem z Andrzejem Zapotocznym. Wobec współpracy z Niemcami to nadal pracuje on przy kombinezonach, czy ma inne zadania?
- Tak. Cały czas zajmuje się kombinezonami.
Przy okazji uczy się pewnie wielu nowych rzeczy?
- Albo on uczy innych (śmiech). Współpraca układa się naprawdę dobrze i to przynosi efekt.
Były rozmowy o współpracy z Polską
Mówisz, że najbliżej ci do Stefana Horngachera, ale dla mnie logicznym było nawiązanie współpracy z polską kadrą. Przecież ty i Władi mieszkacie w Zakopanem. Polska strona nie chciała, czy ty nie chciałeś?
- Były rozmowy na ten temat, ale nie zostały one pociągnięte dalej. Nie chcę wracać na siłę. Postawiłem na współpracę, która daje realne możliwości rozwoju, zarówno dla mnie, jak i zawodnika. Efekty pokazują, że była to dobra decyzja, a my wciąż mamy duże ambicje i cele do osiągnięcia. Spełniam się w nowej roli. Nie było to łatwe, bo całe życie byłem asystentem, ale dzięki temu miałem okazję uczyć się od wielu trenerów: Piotrka Fijasa, Adama Celeja, Łukasza Kruczka, Hannu Lepistoe, Stefana Horngachera czy Michala Doleżala.
Był czas, kiedy mówiło się, że to tak naprawdę zarządzasz polską kadrą, a nie Michal Doleżal?
- Rzeczywiście coś takiego słyszałem, ale żaden trener tego nie potwierdził. Był raczej tak, że jak szło źle, to wtedy "rządził" Sobczyk, a jak dobrze, to inni trenerzy. Przyjmuję to na klatę. Nie mam problemu z tym.
Masz takie poczucie, że to, co wydarzyło się w Planicy 2022 roku, rozbiło polskie skoki?
- Nie, nie patrzę na to w ten sposób. Nie chcę się wypowiadać na temat polskich skoczków, bo nie jestem częścią tego zespołu. Teraz bliżej mi do bułgarskiej i niemieckiej drużyny i to na nich się skupiam.
Jednak pociągnę temat polskich skoków. Widzisz szansę na to, by one się podniosły?
- Potrzebna jest rozmowa z trenerami klubowymi. Od nich wszystko się zaczyna. To w klubach i Szkołach Mistrzostwa Sportowego zaczyna się rozwój zawodnika. Polska ma wielu utalentowanych skoczków, ale to rok zmiany pokoleniowej i naturalne, że trudniejsze momenty. Nie wolno w tym wszystkim jednak zapominać o starszych skoczkach. Przecież oni są wciąż w stanie wiele dać tej kadrze. Ważne jest, by znaleźć odpowiednią równowagę i dobrze poukładać system szkolenia, tak jak to robią najlepsze kraje. Chciałbym, by polscy skoczkowie nadal walczyli o medale. To jest mój kraj, a ja jestem patriotą. Serce zawsze będzie w Polsce.
Z dystansu wydaje ci się, że Thurnbichler pracuje dobrze, choć nie jest to powszechna opinia?
- W Polsce wszystko się neguje, bo ludzie chcą więcej - i to jest zrozumiałe. Każda reprezentacja przechodzi przez trudniejsze okresy. To kwestia cierpliwości, wyborów dobrych lub złych i konsekwencji jej pracy. Za Polskę trzymam kciuki, bo to mój kraj i zawsze będę mu kibicował.
W Trondheim - rozmawiał Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:














