Reklama

Reklama

Ten rekord w skokach budzi uśmiech, choć ustanowił go bohater

W Niżnym Tagile ruszył kolejny sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich, który w tym roku zakończy seria konkursów na skoczniach mamucich w Oberstdorfie i w Planicy, poprzedzonych zresztą mistrzostwami świata w lotach w Vikersund. Będziemy tam świadkami wielu skoków na odległość ponad 200 metrów i zapewne kilku krajowych rekordów. Jeden z nich jednak pozostaje niepobity od wielu lat i choć dziś budzi ledwie uśmiech politowania, to jego historia jest naprawdę niezwykła.

Walka o rekord świata w długości lotu trwa już od dawna. Pierwszą granicę, czyli 100 metrów, przekroczył w 1936 roku Austriak Josef Bradl na skoczni inż. Stanko Bloudka w Planicy. Następnie, w tym samym miejscu, choć już na zupełnie innej skoczni kolejną granicę przekroczył Andreas Goldberger lądując poza 200. metrem. 

Obecnie nie budzi to zresztą już takich zachwytów, bo tę granice przekroczyło mnóstwo zawodników. Aż osiemnaście państw może pochwalić się wynikiem przekraczającym magiczną granicę 200 metrów. Niewiele brakuje takim krajom jak Białoruś, Kazachstan czy nawet Holandia, które przecież nie należą do potęg. W 2003 roku skok na odległość 200 metrów oddała, jako pierwsza kobieta Daniela Iraschko-Stolz.

Kilku zawodników ma już na koncie skoki powyżej 250 metrów. O 3,5 metra tę kolejną granicę przeskoczył Stefan Kraft w Vikersund w 2017 roku, w tym samym roku zresztą na 251,5 metra poszybował Kamil Stoch.

Te wszystkie wyniki działają na wyobraźnię fanów. Na drugim biegunie mamy jednak dość wstydliwy, jak na obecne czasy, rekord Nowej Zelandii, który wynosi zaledwie 18,5 metra. Jednak już jego historia sprawia, że nie warto go lekceważyć.

Reklama

Alpejczyk rekordzistą

Obecnie 50 krajów odnotowuje krajowe rekordy w długości skoków narciarskich. Na niechlubnej, ostatniej pozycji plasuje się Nowa Zelandia. W historii tego kraju najdłuższym odnotowanym skokiem jest wyczyn Briana McMillana, który w 1937 roku na Górze Cooke'a osiągnął 18,5 metra. Sam skok chluby nie przynosi, ale już z jego autora rodacy mogą być dumni.

McMillan zresztą nie był specjalistą o skoków narciarskich. Co prawda świetnie czuł się na nartach, ale zjazdowych, był nawet mistrzem swojego kraju w 1936 roku. Kiedy jednak zorganizowano pokazowe zawody na Górze Cooke’a, postanowił stanąć na starcie. I jak się okazało, wypadł najlepiej ze wszystkich Nowozelandczyków.

Zawody zdominowali skoczkowie z USA, którzy zajęli wszystkie trzy miejsca na podium. Triumfował Richard Durrance z wynikiem 28 metrów. Jednak skok McMillana okazał się historyczny, bo był równocześnie rekordem Nowej Zelandii. Choć wtedy chyba nikt nie spodziewał się, że przetrwa aż tak długo.

Samolot zamiast nart

Być może byłoby inaczej, gdyby nie to, że Brian McMillan musiał przerwać karierę sportową. Wstąpił do wojska i już w 1938 roku jako członek RAF-u, został przeniesiony do Indii Brytyjskich. Kilka lat później, na skutek ataku Japończyków, brał udział w utworzeniu mostu powietrznego w celu ewakuacji Birmy Brytyjskiej. 

W 1943 roku został mianowany dowódcą Dywizjonu 582, a następnie Dywizjonu 227, które brały udział w bombardowaniach największych miast III Rzeszy, w tym Berlina, Duisburga i Stuttgartu. Najbardziej zasłużył się jednak podczas bombardowania Kolonii, gdzie mimo ostrego ostrzału długo unikał trafienia, dowodząc swoimi ludźmi, wykazując się wielką odwagą i determinacją, za co został wielokrotnie odznaczony. 

Nic dziwnego, że po powrocie z wojny był w swoim kraju traktowany jako bohater. Miał 33 lata, był znakomitym sportowcem, a przede wszystkim zasłużonym weteranem, walczącym na wielu frontach.

Tajemnicza śmierć

McMillan nie wrócił już do sportu. Wraz z kolegami z wojska postanowił założyć firmę lotniczą, w której zatrudnił się jako pilot. Jego ścieżka wydawała się oczywista, w końcu przez całą wojnę siedział za sterami samolotu, w kraju cieszył się świetną opinią, a linie lotnicze zaczęły się prężnie rozwijać.

Niestety w tej historii nie ma szczęśliwego zakończenia, ponieważ zakończyła się zaledwie dwa lata po jego powrocie z wojny. McMillan był na pokładzie samolotu, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach w Trójkącie Bermudzkim podczas lotu na Azory. Śladów maszyny ani pilotów nigdy nie odnaleziono. Zostało po nim wiele wspomnień i niecodzienny rekord w skokach narciarskich, który przetrwał już 84 lata.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje