Tego Maciej Kot nie może przeboleć. Wskazuje problemy i mówi: To dziwna sprawa
- To, co udało mi się zrobić, co jest dla mnie też niebagatelne i bardzo ważne, to fakt, że trochę odzyskałem sympatię kibiców. Taki, nazwijmy to, szacunek. Poprzednie lata były trudne i też rozumiałem rozgoryczenie kibiców. Natomiast wsparcie, jakie w tym sezonie otrzymałem od kibiców, to było coś niesamowitego i myślę, że to taka też wielka nagroda dla mnie za ten wysiłek - powiedział w rozmowie z Interia Sport Maciej Kot, który nie zdecydował się na to, by wystąpić w Pucharze Świata w lotach narciarskich w Planicy. Zakopiańczyk analizuje też to, co się działo tej zimy. Dla niego bardzo dziwną sprawą jest to, co wydarzyło się na zimowych igrzyskach olimpijskich. Ma nadzieję, że sztab trenerski w naszej kadrze wyciągnie z tego odpowiednie wnioski.

Tomasz Kalemba, Interia Sport: Rzadko się zdarza, że jeśli skoczek ma okazję pojechać do Planicy, to nie decyduje się na to. Z drugiej strony, jeżeli ktoś się czuje niepewnie, to chyba jest jedyne wyjście?
Maciej Kot: - Jeżeli chodzi o niepewność u mnie, to nie mam tu na myśli obaw związanych ze skokami i bezpieczeństwem. Bardziej chodzi o świadomość błędów, które w tej chwili popełniam. Tak naprawdę do Vikersund chciałem jechać, bo na mamutach nie szło mi w ostatnim czasie tak, jakbym sobie tego życzył. Po Lahti i po Oslo uznałem, że chcę wystąpić w Vikersund, żeby po raz kolejny zmierzyć się z tym wyzwaniem. I szczerze mówiąc, miałem też jasny plan, który chcę tam zrealizować. Chciałem spróbować pewnych zmian, które miałem nadzieję, że zadziałają. Przede wszystkim dadzą mi trochę radości z tego latania. Od początku było też takie założenie, że właśnie w Vikersund zdecydujemy, co z Planicą. Moje skoki są pewne i stabilne. Natomiast nie są ustabilizowane na takim poziomie, na jakim bym chciał. Nie mam wprawdzie już aż tak dużych problemów w locie za progiem, jak kiedyś, więc te skoki nie są niebezpieczne. Natomiast są po prostu krótkie. Niewystarczające do tego, żebym miał z tego frajdę i przede wszystkim niewystarczające do tego, żebym mógł myśleć o zajmowaniu dobrych miejsc.
Jestem świadomy tego, że w dwóch skokach treningowych w Planicy nie będę w stanie wyeliminować błędów, które w tej chwili popełniam i które na mamucie troszkę się potęgują. W Vikersund miałem pomysł na to, jak to poprawić, ale nie wypalił, więc nie było sensu z tymi błędami jechać do Planicy. To była po prostu świadoma decyzja. Być może z wiekiem, z doświadczeniem przychodzą takie momenty, że człowiek wie, kiedy należy odpuścić i myślę, że ta Planica też niewiele by zmieniła w mojej ocenie tego sezonu. Jednym z celów na końcówkę sezonu było wskoczenie do "30" klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. To dałoby mi możliwość startu w ostatnim finałowym konkursie. Na pewno gdybym ten cel zrealizował, to do Planicy bym pojechał. Nie byłem jednak w "30", więc w niedzielę bym nie wystąpił. Dlatego po rozmowie z Maćkiem Maciusiakiem stwierdziliśmy, że może lepiej w tej chwili odpuścić i trochę się zregenerować. Wiadomo, że jeszcze jest Red Bull Skoki w Punkt w Zakopanem, ale też czas zacząć już myśleć o kolejnym sezonie.
Zgrupowanie, którego nie może przeboleć. Tam posypało się wszystko
Jaki dla ciebie był ten sezon? Z jednej strony najlepszy od ośmiu lat, ale z drugiej strony nie osiągnąłeś tego, co chciałeś. Właściwie chyba nie zrealizowałeś zbyt wiele z tego, co zaplanowałeś?
- To jest taki sezon, po którym ma się mieszane uczucia. Jeszcze takiej pełnej analizy tego sezonu nie zrobiłem, bo dwa dni po powrocie z Vikersund przeznaczyłem na odpoczynek. Chciałem pobyć z rodziną. Na pewno przyjdzie czas, kiedy z trenerami czy z psychologiem siądziemy i po prostu to wszystko przeanalizujemy. Także pod kątem celów, które postawiliśmy, bo one są zapisane. I te wynikowe, i te procesowe. To wszystko trzeba będzie przeanalizować. Zobaczyć, które z celów udało się zrealizować i co ewentualnie po drodze poszło nie tak. Trzeba już pomyśleć pod kątem kolejnego sezonu, co można zrobić lepiej, żeby też nie popełniać tych samych błędów. Patrząc tak zupełnie statystycznie, gdyby odpalić Excela i przeglądnąć te cele, to myślę, że większość z nich, nie zostało zrealizowanych. Przede wszystkim cel główny, czyli igrzyska i medal. Później te cele trochę ewoluowały, skoro się nie udało zrealizować celu związanego z igrzyskami.
Na drugą część sezonu miałem zatem kolejny cel. Tym było - jak już wspomniałem - wskoczenie do "30" klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. I ten cel też nie został zrealizowany. Wynikowo pod kątem celów na pewno sezon słaby. Dużo poniżej oczekiwań. Myślę, że mogę być rozczarowany i na pewno jest spory taki niedosyt. Głód sukcesów i niedosyt jest akurat pozytywny w tym przypadku, bo to wciąż pokazuje, że jest ambicja i motywacja do tego, żeby skakać lepiej. Wiem też jednak jak niedużo brakowało w tym sezonie do tego, żeby wyglądał on zupełnie inaczej. Tak naprawdę cały czas było blisko, ale cały czas czegoś brakowało. Na tym, że nie zacząłem sezonu w Lillehammer, a potem nie skakałem w Falun i Ruce, zaważyło tak naprawdę jedno zgrupowanie w Zakopanem.
Kto wie, jak wyglądałby sezon, gdybym jednak wystąpił w Norwegii na inaugurację sezonu. Tak samo było później, kiedy kilka słabszych skoków, czy w pierwszej, czy w drugiej serii zaważyło, że nie wskoczyłem w konkursie do "10" albo nie zdobyłem w ogóle punktów, zajmując 31. lub 32. miejsce. To były drobne rzeczy, które później miały wielkie skutki, czyli brak powołania na igrzyska. Cały czas było blisko, ale ciągle czegoś brakowało. Skakałem stabilnie na poziomie 25-35. miejsca, ale postawienie kolejnego kroku, który miałby wprowadzić mnie wyżej w kierunku "10", to był problem w tym sezonie. Każda próba nawet drobnej zmiany i pójścia naprzód powodowała, że pojedyncze skoki były rzeczywiście lepsze, ale często jednak się cofałem. To były te gorsze skoki, po których znowu trzeba było wracać do punktu wyjścia. Tak naprawdę problemem, który cały czas wracał była niestety pozycja dojazdowa, o której też mówiłem przed sezonem. To jest na pewno taki pierwszy punkt, którym będziemy musieli się zająć już w tym nowym sezonie. Cele nie zostały zrealizowane, natomiast kiedy tak myślę o tym sezonie i nie patrzę tylko i wyłącznie na liczby, to myślę, że przede wszystkim nie mogę być ani załamany, ani smutny i mogę z podniesioną głową iść do kolejnego sezonu.
Coś w tym sezonie ucieszyło cię szczególnie?
- To, co udało mi się zrobić, co jest dla mnie też niebagatelne i bardzo ważne, to fakt, że trochę odzyskałem sympatię kibiców. Taki, nazwijmy to, szacunek. Poprzednie lata były trudne i też rozumiałem rozgoryczenie kibiców. Natomiast wsparcie, jakie w tym sezonie otrzymałem od kibiców, to było coś niesamowitego i myślę, że to taka też wielka nagroda dla mnie za ten wysiłek. Nikt nie mógł mi odmówić walki w tym sezonie. Na pewno nie mogę się tego wstydzić.
Lato rozbudziło bardzo nadzieje na to, że to może być twój sezon. Wygrana w Grand Prix w Wiśle sprawiła, że pewnie nagle pojawiło się w głowie milion myśli, co teraz robić, by utrzymać taką dyspozycję. Dość nieoczekiwanie dla wszystkich włączyłeś się wtedy w walkę o wyjazd na igrzyska.
- Nawet ja na siebie nie stawiałem w tym konkursie. To było dla mnie duże zaskoczenie, ale na pewno też wielki zastrzyk pewności siebie. Wiary w to, że plan, który z Wojtkiem Toporem realizujemy, jest dobry. Oczywiście starałem się stąpać twardo po ziemi i analizować to bardzo realistycznie. To było dopiero lato, to było Letnie Grand Prix, gdzie nie skaczą wszyscy najlepsi. To zwycięstwo dały mi oczywiście dobre skoki. Zagrało do tego kilka innych rzeczy, jak choćby niepełna obsada. Do tego to był dopiero początek sezonu letniego. Z tego też trzeba było wyciągnąć odpowiednie wnioski. Wziąć to, co pozytywne, czyli właśnie tę pewność siebie, wiarę, zaufanie do planu, takie przekonanie, że to jest dobra droga. Myślę, że w lecie dobrze to wykorzystaliśmy.
W kolejnych startach nie było tak dobrze, natomiast mieliśmy też do czego wracać. To też jest ważne, że nie wracaliśmy do czegoś, co było osiem lat temu, tylko wracaliśmy do czegoś, co jest w miarę świeże. Nawet pod kątem analizy wideo, porównania pozycji, porównania ruszenia z belki, pozycji w locie, porównania sprzętu. To było coś świeżego, do czego można było wracać nawet w myślach, w odczuciach, w wizualizacjach. To na pewno sporo nam dało. Takie sukcesy na drodze sportowej są ważne. Nawet te małe, jak ten w Wiśle. Trzeba umieć się cieszyć nawet z tych małych rzeczy, choć w tamtym momencie to dla mnie był wielka rzecz. To pokazało nam, że idziemy dobrą drogą i że to nie jest praca z miesiąca czy dwóch, tylko tak naprawdę z tych dwóch ostatnich lat, kiedy trzymaliśmy się z Wojtkiem jednego kierunku, jednego planu. Dla Wojtka, dla całej kadry B była to taka nagroda i pokazanie tego, że w naszej grupie też mamy możliwości, aby osiągać sukcesy, co zresztą później też pokazał Kacper Tomasiak.
Co się stało między tym latem a zgrupowaniem w Zakopanem przed inauguracją Pucharu Świata?
- Najgorsze jest to, że nie stało się nic. To znaczy, nic się nie zmieniło i takie sytuacje zdarzały się też kilka razy w sezonie letnim. One powtarzały się też w zimie. Miałem bardzo dobry obóz, a kiedy wracałem na skocznię po dwóch dniach przerwy, to pozycja przestała funkcjonować. Tak było właśnie wtedy w Zakopanem. Wcześniej mieliśmy obóz w Wiśle. Tam tak naprawdę od pierwszego do ostatniego skoku skakałem równo, stabilnie i to były naprawdę dobre i dalekie skoki, z którymi nie miałby problemu, żeby zakwalifikować się do zawodów w Lillehammer. Przyjechaliśmy do Zakopanego po kilku dniach przerwy od skoków. W tym czasie oczywiście był trening na siłowni i trening techniczny. Standardowy plan. Na Wielkiej Krokwi od pierwszego skoku pozycja kompletnie nie działała. Przez cały obóz próbowałem ją odnaleźć. Była zatem próba innego ruszenia z belki. Zaczęliśmy już nawet grzebać w sprzęcie, żeby coś zmienić. Wykonaliśmy wielką pracę. Było dużo zmian, które nie do końca przyniosły efekt. Wręcz mam wrażenie, że trochę też zamieszały w tym czuciu i to rzeczywiście był taki moment, który mi pokazał, że dopóki nie uporządkuję tematu pozycji najazdowej, nie ustabilizuję jej, to takie sytuacje mogą się pojawić tak naprawdę w każdym momencie w zimie, a ja nie mam gotowej odpowiedzi, co miałbym z tym zrobić.
Najczęściej mamy pewnego rodzaju schematy. Jeżeli pojawia się taki błąd, to poprawiamy to. Jeśli inny, to coś innego. Dzięki temu można szybko skorygować pozycję. Na problem, z którym walczyłem, nie mieliśmy gotowej odpowiedzi. Wiedzieliśmy, że pozycję trzeba ustabilizować i sprawić, żeby rezerwa w niej była większa. Próbowaliśmy różnych rzeczy, ale to nie pomagało. Pozycja nadal była niestabilna. Taka, że już przed progiem zaczynała lecieć do przodu. Byłem na palcach, ale nie byłem w stanie się z niej odbić. I tak odjechał mi początek Pucharu Świata. Był duży niedosyt, ale też wielki "ból głowy", co z tym zrobić? Nie wiedzieliśmy, jak znaleźć odpowiedź. Zaczęliśmy kombinować na sali. Tam jeździłem w butach skokowych, we wkładkach, nawet w kombinezonie, żeby spróbować wyeliminować błąd. Trochę zmieniliśmy sposób ruszania z belki. W końcu polecieliśmy na zgrupowanie do Lillehammer na pierwszy śnieg. I tam od pierwszego skoku wszystko działało, jak należy. Z jednej strony była ulga, ale z drugiej wciąż nie wiedzieliśmy, dlaczego tak się stało. Coś zmieniliśmy, ale w moim odczuciu to nie była na tyle duża zmiana, by dać taki rezultat. I to się niestety powtarzało w sezonie. Miałem dobry weekend, kiedy wydawało się, że pójdę za ciosem i zrobię kolejny krok naprzód, ale nagle znowu wracał temat pozycji najazdowej. I to jest pierwsza rzecz do poprawy przed kolejnym sezonem, czyli, ruszanie z belki, bo to jest podstawa dobrego skakania. Przynajmniej w moim wypadku.
Najlepszy konkurs tej zimy
Po zgrupowaniu w Lillehammer przyjechałeś do Wisły i walczyłeś o miejsce w "10". Tam znowu odżyła nadzieja na igrzyska?
- Wisła była bardzo udanym weekendem, choć ten pierwszy konkurs może nie do końca poszedł tak, jakbym tego chciał. I znowu przez problemy z pozycją najazdową. Wisła jest skocznią, którą jednak znam bardzo dobrze i lubię. Od razu też wróciliśmy do wideo z lata, więc mieliśmy bardzo dobre porównanie, czym te skoki się różnią i myślę, że z dnia na dzień fajnie to przepracowaliśmy, co poskutkowało tym, że w niedzielę było zdecydowanie lepiej. To był najlepszy mój konkurs tej zimy. Wiedzieliśmy, że właśnie w tę stronę trzeba iść. Przyszły jednak kolejne zawody, kolejna skocznia i znowu podobne problemy. Wiem, co mam zrealizować. W głowie mam plan, jak skok ma wyglądać, natomiast dojeżdżając do progu, nie jestem w stanie tego zrobić, bo znowu ta pozycja mi to uniemożliwia. Byłem stabilny, ale nie na takim poziomie, na jakim bym chciał. Nie na takim poziomie, jaki trener oczekiwałby od zawodnika, który miałby jechać na igrzyska. Gdyby po konkursach w Wiśle to ruszyło w dobrą stronę i zaczęło się stabilizować na tym poziomie, co niedzielny konkurs, to sezon wyglądałby zupełnie inaczej. Tymczasem wracały stare błędy.
Nieprzespane noce. To był najtrudniejszy czas dla Kota w tym sezonie
Najpierw dowiedziałeś się o tym, że nie jedziesz na igrzyska. Wstawiłeś wtedy czarno-białe zdjęcie, które oddawało emocje, jakie w tobie wtedy były. Potem pojechałeś na mistrzostwa świata w lotach, ale tam też niewiele poskakałeś. Większość czasu spędziłeś tam w hotelu. To były dla ciebie najtrudniejsze dni w sezonie?
- Myślę, że tak, choć było kilka takich trudniejszych okresów. Coś szło w dobrą stronę i nagle znowu trzeba było wracać, dużo myśleć, analizować, jakieś nieprzespane noce w poszukiwaniu pomysłu. Oberstdorf był jednak bardzo trudnym okresem. Skoczyłem na mamucie, ale znowu nie poradziłem sobie z nim w ciągu dwóch skoków treningowych. Trener wybrał skład na mistrzostwa świata, ale zabrakło w nim miejsca dla mnie. Przegrałem w sportowej rywalizacji. Była jednak nadzieja na to, że uda się jeszcze poskakać w oficjalnym treningu, którego ostatecznie nie udało się zorganizować z FIS. Nie był on jednak chętny na to, by rezerwowi skoczkowie mogli oddać dodatkowe skoki. Była nadzieja na powrót do konkursu drużynowego, ale jednak to się nie zdarzyło. Dla zawodnika siedzenie w hotelu i oglądanie skoków w telewizji albo pod skocznią i myślenie o tym, co zrobić, by było lepiej, nie jest łatwe. Lepiej w tamtym momencie było po prostu wrócić do domu, odpocząć, a nie siedzieć tam w tej atmosferze. Przez lata wyhodowałem jednak grubą skórę i nauczyłem się żyć z pewnymi rzeczami. Po prostu pewne rzeczy trzeba przyjąć na klatę.
W tamtych dniach miałeś żal do trenerów?
- Jeżeli chodzi o igrzyska, to zupełnie nie, bo to też zostało według mnie w odpowiedni sposób załatwione. Była też fajna rozmowa z Maćkiem Maciusiakiem. W stu procentach zrozumiałem jego decyzję, co też od razu powiedziałem. Jeśli chodzi o mistrzostwa świata w lotach, to też nie miałem pretensji. Moje skoki treningowe nie były dobre. Sam pewne rzeczy zrobiłem źle. Na pierwszy skok wziąłem nowe buty, żeby zrealizować swój pomysł ustabilizowania nart za progiem. Popełniłem pewne błędy, więc rozumiałem, że trener ma zawodników, którzy są przede wszystkim lepszymi lotnikami ode mnie i skakali lepiej na treningu. Na pewno był drobny żal o konkurs drużynowy. Moją nadzieją było jednak zorganizowanie tego treningu dla zawodników rezerwowych, bo takie rzeczy działy się w przeszłości. Miałem nadzieję, że skokami na tym treningu, to miejsce w składzie sobie wywalczę. To był chyba bardziej żal do FIS i organizatorów, że tego nie umożliwili, bo tak naprawdę nie miałem jak dać argumentu trenerowi, żeby ten skład na drużynówkę wymienić. Patrząc na wyniki konkursu indywidualnego, można było dokonać takiej zmiany, bo te wyniki nie były tak dobre. Natomiast ja siedziałem w hotelu, trenowałem na sucho imitacje, ale to nie są skoki, więc czasami lepiej już postawić na zawodników, którzy mimo wszystko mają to czucie i skaczą codziennie na mamucie. Chętnie bym o ten skład powalczył, skacząc nawet w roli przedskoczka, ale wiadomo, że bycie przedskoczkiem wyklucza potem udział w konkursie drużynowym. Sytuacja była zatem patowa.
Amerykańska katastrofa
Wróciłeś w pewnym momencie do Pucharu Kontynentalnego i też nie obeszło się bez pecha. Lecisz kawał drogi, odwołują loty, gubią sprzęt, a do tego zawody się nie odbywają. Tymczasem cel był jasny - wywalczyć dodatkowe miejsce w Pucharze Świata.
- Na ten Puchar Kontynentalny rzeczywiście jechałem z wielkimi nadziejami. Przede wszystkim, żeby wywalczyć kwotę, ale też, żeby choć raz w tym sezonie stanąć na podium, czy wygrać konkurs. Mieliśmy zawody w Kranju, na skoczni którą bardzo lubię, na której chociażby w zeszłym roku wygrałem i tak naprawdę już tam było mnóstwo pecha. W pierwszym konkursie większość z nas z kadry jechała z numerami z przodu i padał wtedy mocny deszcz. Stwierdziliśmy z Piotrkiem, że to dobrze, że jedziemy z przodu, bo potem jak już te tory zmyję, to będzie coraz gorsza prędkość. Skoczyliśmy i nagle deszcz przestał padać i prędkość bardzo wzrosła. Nie mieliśmy szans. A z wyjazdu do Iron Mountain to teraz można się już tylko śmiać. Waga wyjazdu była duża, bo chcieliśmy walczyć o dodatkową kwotę na Puchar Świata i też o kwotę na Puchar Kontynentalny, dlatego Kuba Wolny pojechał, żeby te punkty do rankingu zdobyć. Pomijając problemy z odwołanymi lotami, z bagażem, który nie doleciał i z innymi rzeczami, to niestety nie było nam dane oddać ani jednego skoku. Przykro było siedzieć na skoczni, wiedząc, że raczej nic z tego nie będzie i śledzić wyniki z mistrzostw Polski w Wiśle. Nikt nie przewidywał takiego czarnego scenariusza. W Iron Mountain bywa tak, że jeden dzień jest odwołany, bo wieje za mocno, ale biorąc pod uwagę, że plan był na trzy dni, wydawało się to niemożliwe, że nic się nie odbędzie. To był wyjazd, który trochę zmęczył nas psychicznie. Znowu niezrealizowane cele, znowu wiedzieliśmy, że lepiej byłoby w tym wypadku startować w Wiśle, gdzie bylibyśmy w stanie powalczyć o wyjazd czy na Puchar Świata, czy na kolejne zawody Pucharu Kontynentalnego. Czasu się nie cofnie. Poza tym decyzja była jasna. Wyjazd do USA był jednak większym wyzwaniem, które chciałem podjąć. To była gra o dodatkowe miejsce dla całej drużyny.
Mnóstwo pracy włożyłeś w przygotowania do tego sezonu, co po części oddało, bo jednak to najlepsza zima od ośmiu lat, ale też twoje skoki wyglądają już o wiele przyjemniej. Masz takie poczucie, bo zakładam, że będziesz kontynuował karierę, że w kolejnych sezonach będziesz zbierał owoce tej pracy?
- Robiłem wstępną analizę z psychologiem Danielem Krokoszem i doszliśmy do wniosku, żeby po sezonie nie stawiać grubej kreski i nie zaczynać od nowa, jak to bywało w przeszłości, tylko trzeba kontynuować pracę, skoro ona zaczęła przynosić rezultaty. Taki jest zatem wstępny plan, żeby na tym bazować. Oczywiście przed nami jeszcze wiele rozmów. Będzie oczekiwanie na decyzje dotyczące sztabów szkoleniowych i kadr narodowych. Trzeba zobaczyć, kto z kim będzie trenował, bo to są elementy, które mogą zmienić pewne rzeczy albo nadać im inny kierunek. Nieważne, jakie te składy będą, bo i tak wszystko się sprowadza do dobrej komunikacji z trenerem. Jestem spokojny o to, że bez względu na to, co się stanie, jeśli siądziemy i przeanalizujemy oraz ustalimy plan działania, do którego będziemy mieli przekonanie, to będziemy kontynuować pracę.
Tego brakowało polskim skoczkom tej zimy. "To jest bardzo dziwna sytuacja"
Wszyscy w tym sezonie borykaliście się z problemami ze zbyt niską prędkością w locie. To są problemy techniczne, czy jednak diabeł tkwi w sprzęcie?
- To jest bardzo trudne pytanie. Od dłuższego czasu starałem się przede wszystkim skupiać na sobie, a nie na problemach innych osób. Dlatego w trakcie sezonu niechętnie wypowiadałem się o problemach całej kadry. Trenowałem w kadrze B z Wojtkiem Toporem, więc łatwiej jest mi mówić o naszych przygotowaniach. Nie byłem cały czas w środku kadry A, żebym mógł to trafnie ocenić. Naszym problemem był przede wszystkim, co śmiesznie zabrzmi, brak odległości. Porównując nasze skoki do zawodników, którzy w tym sezonie dominowali, to brakowało nam rotacji i prędkości nad bulą, a to przekłada się później na odległość. To wiąże się po części z kwestiami sprzętowymi. Na tym polu mamy wiele do poprawy. Musimy popracować solidnie, by dorównać w tym elemencie innym, a może nawet ich wyprzedzić. Oczywiście pojawia się też kwestia techniki skoku. Każdy z nas wie, jakie popełnia błędy i z czystym sumieniem może powiedzieć, że to nie są bardzo dobre skoki, które normalnie dawałyby miejsca na podium, ale przez sprzęt są krótsze. Potencjał wciąż jest i jeśli dobrze i trafnie to wszystko przeanalizujemy oraz ułożymy plan, to jesteśmy w stanie zrobić bardzo duży postęp.
Ale to dziwna sytuacja, że do igrzysk skaczecie przeciętnie - poza Kacprem Tomasiakiem - a Austriacy szaleją, a w Predazzo role się zamieniają, po czym wracamy do punktu wyjścia po igrzyskach.
- To jest bardzo dziwna sprawa. Nie było mnie na miejscu, więc nie wiem, o co dokładnie chodzi. Mogę się tylko domyślać. Zresztą już przed igrzyskami mówiłem, że to impreza, która rządzi się swoimi prawami. To są specyficzne zawody. Często zdarzają się niespodzianki. Igrzyska najczęściej wygrywa się głową. Jeśli ktoś postawił wszystko na jedną kartę, to też na takiej imprezie może wiele zyskać. Trzeba sobie teraz zadać pytanie, czy to my skakaliśmy lepiej, czy jednak inni skakali gorzej? Według mnie Austriacy sami wyeliminowali się na igrzyskach. Na pewno nie skakali na tym poziomie, co w Pucharze Świata. Nie wiem jednak dlaczego. Nawet jeśli mieli gorszy sprzęt, to jednak - mimo wszystko - nie skakali dobrze. Według mnie Kacper, Paweł Wąsek i Kamil Stoch skakali na igrzyskach na lepszym poziomie. Nie wiem, co mieli w sprzęcie, bo w to nie wchodzę, a wiadomo, że są rzeczy, które zmienia się na igrzyska. Teraz tę sytuację powinien przeanalizować sztab szkoleniowy i oni pewnie po sezonie nad tym siądą i spróbują odpowiedzieć sobie na pytanie, co się zmieniło na igrzyskach, a co po nich? To są niuanse, które trzeba zauważyć i zrozumieć. Być może to jest to, co trzeba wprowadzić w kolejnym sezonie, skoro na igrzyskach walczymy o medale, a po nich trudno jest nam wskakiwać do "30". Gdzieś zatem jest problem i trzeba go znaleźć. Do tego potrzebna jest dobra analiza i burza mózgów. Na pewno dobrą informacją jest to, że mamy na czym bazować. Pokazaliśmy to na igrzyskach.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:














