Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. Turniej Czterech Skoczni. Adam Małysz: Po konkursie w Bischofshofen wypiliśmy jakieś piwko

Dzień po wielkim triumfie Kamila Stocha w Turnieju Czterech Skoczni Adam Małysz był gościem Roberta Mazurka w porannej rozmowie RMF FM. Dyrektor ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej w Polskim Związku Narciarskim zdradził między innymi, jak wyglądało świętowanie polskiej kadry, a także wrócił we wspomnieniach do czasów swojej kariery.

Kamil Stoch został triumfatorem 69. Turnieju Czterech Skoczni w pięknym stylu. Polak zdeklasował rywali, wyprzedzając drugiego w klasyfikacji generalnej imprezy Karla Geigera o 48,1 pkt, a trzeciego Dawida Kubackiego o 52,8 pkt.

Reklama

Nasi reprezentanci mieli więc podwójny powód do radości. Dodatkowo cieszy fakt, że trzy z czterech konkursów padły łupem naszych kadrowiczów. W Garmisch-Partenkirchen triumfował Dawid Kubacki, a w Innsbrucku i Bischofshofen Stoch nie miał sobie równych.

Euforia była więc ogromna, lecz świętowanie dosyć skromne, ze względu na napięty terminarz, co zdradził w porannej rozmowie z RMF FM Adam Małysz.

- Wypiliśmy jakieś piwko, ale dzisiaj musimy przejeżdżać do Neustadt. Mamy czwartek, a w piątek, sobotę i niedzielę są już zawody. Do tego dochodzą testy, które trzeba robić niemal na każdym skrzyżowaniu. Na świętowanie przyjdzie czas po sezonie - przyznał "Orzeł z Wisły".

Stoch zdobył swojego trzeciego Złotego Orła w 20. rocznicę wielkiego i niespodziewanego triumfu Adama Małysza na Turnieju Czterech Skoczni, który znokautował resztę stawki, dając początek "Małyszomanii".

- Przewaga była wtedy niezwykle duża. Ja się wtedy bardzo rozpędziłem. Nie wyszło mi w Oberstdorfie, ale potem szedłem stopniowo do góry. Z chłopakami było podobnie. Tyle że stawka jest teraz bardziej wyrównana. Nie da się tak odskoczyć - przyznał Małysz.

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl

Były mistrz skoków przyznał, że okres "Małyszomanii" był dla niego wyjątkowy, ale też niezwykle uciążliwy. Odbijał się zwłaszcza na jego życiu rodzinnym.

- Praktycznie nie mogłem się poruszać po kraju. Zapamiętałem zwłaszcza jedną sytuację. Pojechaliśmy z żoną do centrum handlowego do Katowic. Żona przez trzy godziny robiła zakupy, ja robiłem zdjęcia i rozdawałem autografy, a na koniec otrzymałem ochrzan za to, że nie pomagam - zdradził Małysz. "Orzeł z Wisły" przyznał także, że dostawał wówczas ogrom listów. Nie wszystkie jednak były miłe. Wśród nich były także pogróżki, dotyczące nie tylko jego samego, ale i jego najbliższych.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL