Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. Mija 60 lat od fatalnego wypadku Zdzisława Hryniewieckiego

Zamiast olimpijskiego podium wózek inwalidzki. Tak w skrócie opisać można tragiczną historię Zdzisława Hryniewieckiego, któremu jeden skok odebrał nie tylko marzenia, ale i normalne życie. 28 stycznia mija 60. rocznica jednego z najbardziej tragicznych wypadków w historii polskich skoków narciarskich.

Podobno polskim skokom, między Stanisławem Marusarzem a Adamem Małyszem, nie przytrafił się większy talent. Miał wszystko, czego potrzebuje dobry zawodnik: brawurę, naturalną lekkość w locie i pragnienie wygrywania z najlepszymi. Tragiczny wypadek tuż przed wyjazdem na igrzyska olimpijskie do Sqauw Valley zakończył jednak karierę Zdzisława Hryniewieckiego, zanim na dobre się rozpoczęła.

Reklama

Wśród seniorów skakał krótko, ale intensywnie. W lutym 1959 roku na Wielkiej Krokwi w Zakopanem został mistrzem Polski, przerywając trzyletnią dominację Władysława Tajnera, swojego kolegi z drużyny narodowej i wujka Apoloniusza - obecnego prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Zwyciężył również w konkursie skoków na Memoriale im. Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny, a także w akademickich mistrzostwach Polski. Znakomicie szło mu również w startach zagranicznych.

Pierwszym reprezentantem Polski, który zdobył medal olimpijski w skokach narciarskich był Wojciech Fortuna, który odniósł niespodziewany triumf w 1972 roku w Sapporo. To jednak nie on, a "Dzidek" - jak powszechnie nazywany był Hyniewiecki - mógł zapisać się w historii polskiego narciarstwa już 12 lat wcześniej. Tuż przed ogłoszeniem kadry na igrzyska olimpijskie w 1960 doszło jednak do dramatu, który naznaczył jego dalsze losy.

Działo się to podczas treningu na skoczni w Wiśle-Malince. Podczas jednej z prób Hryniewiecki skoczył 78 metrów - tylko pół metra krócej od swojego rekordu skoczni. Przy kolejnym skoku, mimo zaleceń trenera Mieczysława Kozdrunia, nie skrócił rozbiegu i ponownie uzyskał tę samą odległość. Tym razem nie zdołał jednak dobrze wylądować. Upadł na głowę i piersi, po czym stracił przytomność. Natychmiast przewieziono go do szpitala w Cieszynie.

Warto zauważyć, że w tamtych czasach zeskok obiektu w Wiśle-Malince kończył się na pobliskiej jezdni, a głowy skoczków nie były chronione kaskami - nosili oni jedynie wełniane czapki, co znacznie zwiększało niebezpieczeństwo związane z uprawianiem tego sportu.

W szpitalu zebrało się konsylium. O stanie zdrowia skoczka dyskutowali specjaliści z Cieszyna, Piekar i Krakowa. Stwierdzono, że ma uszkodzony kręgosłup szyjny i rdzeń pacierzowy. O starcie w Squaw Valley nie było mowy.

Dzień później "Dziennik Polski" relacjonował:

"Kontuzja jest bardzo poważna i skomplikowana. Leczenie potrwa kilka miesięcy, a być może zajdzie konieczność przeprowadzenia operacji. W sobotę Hryniewiecki zostanie przetransportowany helikopterem do Piekar Śląskich".

W olimpijskiej kadrze Hryniewieckiego zastąpił Józef Karpiel. Po złoty medal imprezy czterolecia sięgnął Helmut Recknagel (przed olimpiadą Hryniewiecki zwyciężał z nim podczas międzynarodowych zawodów), wyprzedzając o kilka punktów Fina Niilo Halonena i Austriaka Otto Leodoltera. Władysław Tajner był dopiero 31. Niską lokatę Polaka tłumaczono przygnębieniem po wypadku kolegi, którego był świadkiem.

Pozostał niedosyt i domysły, co by było, gdyby Zdzisław Hryniewiecki mógł wystartować w Stanach Zjednoczonych. Przecież dopiero co, chociaż w jakże innej rzeczywistości, wygrywał z mistrzem olimpijskim...

Niemiec ładnie się zachował. Wysłał rywalowi pamiątkowy medal, pamiętał o nim. Hryniewiecki sprawności nigdy nie odzyskał. Do końca życia poruszał się na wózku inwalidzkim. Zmarł 17 listopada 1981 roku w Bielsku-Białej. Miał 43 lata.

Więcej o historii Hryniewieckiego przeczytasz TUTAJ - KLIKNIJ!

Tomasz Brożek

Dowiedz się więcej na temat: Zdzisław Hryniewiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama