Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. ​Łukasz Kruczek dla Interii: Kobiety bywają twardsze od mężczyzn

- Powiem otwarcie: marzymy o medalu w konkursie mieszanym na igrzyskach w Pekinie. W sporcie trzeba mieć ambicje i marzenia, nawet jeśli potencjał skazuje nas na miejsca 6-8 - mówi Łukasz Kruczek trener kadry w skokach narciarskich kobiet.

"Mamy zbyt mało dobrych trenerów, by ich oddawać walkowerem za granicę" - irytował się Adam Małysz. W 2016 roku, po ośmiu latach w roli trenera kadry polskich skoczków Łukasz Kruczek podpisał kontrakt z Włoskim Związkiem Narciarskim, żeby szkolić tamtejszą kadrę. W kwietniu 2019 roku Kruczkowi skończyła się umowa we Włoszech, a Małysz namówił go do pracy z kadrą kobiet. Trener roku 2014 w Polsce, który doprowadził Kamila Stocha do dwóch złotych medali olimpijskich w Soczi, podjął się misji pchnięcia do przodu skoków pań. Zaczął pracę tuż po tym, jak w Seefeld Kamila Karpiel i Kinga Rajda zadebiutowały w mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym. Małysz nie ukrywał wtedy, że celem jest medalowa szansa w mikście na igrzyskach w Pekinie w 2022 roku. 

Reklama

W poniedziałek zaczęły się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Oberstdorfie. W skokach narciarskich Polskę reprezentować będzie pięć zawodniczek Kinga Rajda, Anna Twardosz, Nicole Konderla, Joanna Szwab, Kamila Karpiel. Wystartują w konkursie indywidualnym na normalnej skoczni w czwartek, drużynowym w piątek i w mieszanym w niedzielę. W następną środę 3 marca odbędzie się indywidualny konkurs pań na obiekcie dużym - HS 137.

Dariusz Wołowski, Interia: Ile razy w ostatnim czasie zadano panu sakramentalne pytanie: "czy skoki narciarskie nie są dla kobiet zbyt niebezpieczne"?

Łukasz Kruczek, trener kadry kobiet w skokach narciarskich: - Zdziwi się pan, ale ani razu. Minął czas, gdy skoki pań były czymś egzotycznym, gdy pytaliśmy o sens ich uprawiania. To prawda, że z powodu pandemii jesteśmy od roku odgrodzenia od kibiców, ale ja tego pytania nie słyszałem w ogóle. Kobiety uprawiają wiele niebezpiecznych dyscyplin, jak boks, czy MMA, czyli walki w klatce. Co nie znaczy, że sport żeński jest traktowany tak samo: wciąż niższe są nagrody i oglądalności. Ale dyscypliny kobiece będą gonić męskie, tak było kiedyś w tenisie, tak jest teraz w innych sportach.

Adam Małysz i Kamil Stoch byli jakiś czas temu sceptyczni wobec skoków kobiecych.

- Musiało to być dawno. Ale to prawda, że nasze skoki kobiece przegapiły trochę czasu. Gdy rozwijały się w Norwegii, Niemczech, Austrii, Japonii, Słowenii, to my zadawaliśmy sobie pytanie: "czy powinny skakać?". To mamy teraz dystans do nadrobienia. Siódme miejsce podczas konkursu miksta w Rasnovie potwierdza, że wymienione przeze mnie nacje zdecydowanie wyprzedzają nas w skokach kobiet. My staramy się zmniejszać ten dystans.

Adam Małysz powiedział wprost, że konkurs mieszany w skokach w Pekinie to dla Polski szansa medalowa, nad którą warto się pochylić. Prezes PZN Apoloniusz Tajner dodał, że on liczy na miejsce w czołowej szóstce.

- Powiem otwarcie: marzymy o medalu w konkursie mieszanym na igrzyskach w Pekinie. W sporcie trzeba mieć ambicje i marzenia, nawet jeśli potencjał skazuje nas na miejsca 6-8. Skoki kobiece nie są tak wyżyłowaną dyscypliną jak męskie. Nie ma aż takiej rywalizacji, można gonić pokonując po dwa stopnie. To nie znaczy, że idziemy na skróty, ale czołówka skoków żeńskich nie jest jeszcze na poziomie kosmicznym. To trzeba wykorzystać.

Zadam niedyskretne pytanie o wagę naszych zawodniczek. W Seefeld Małysz powtarzał, że Polki są za ciężkie wobec rywalek.

- Mamy w kadrze dietetyka, ale stawiamy małe kroki. Nasza kadra składa się z nastolatek, trzeba być bardzo ostrożnym. Drakońskie odchudzanie mogłoby się odbić na zdrowiu zawodniczek. Kłopoty tego typu mają też rywalki, bo jak mówiłem: w skokach kobiet normy nie są jeszcze tak wyśrubowane jak w męskich. U chłopców wszyscy grubokościści odpadają podczas selekcji. U dziewczyn ta selekcja nie jest tak restrykcyjna, ale będzie coraz trudniej. Dobrze, że nasze dziewczyny zaczęły gonić czołówkę jakiś czas temu, bo nie stoją w miejscu.

Puchar Świata kobiet wystartował w 2011 roku, tymczasem Kinga Rajda dopiero w poprzednim sezonie startowała w nim regularnie. Zdobyła 93 pkt, we wcześniejszych latach w sumie tylko 9 pkt.

- Regularnie startowałaby też Kamila Karpiel, ale leczyła kontuzję. To zeszłoroczne doświadczenie było dla Kingi bezcenne. Bez startów w Pucharze Świata nie ma szans na rozwój. Czas pracuje na naszą korzyść. Na mistrzostwach w Seefeld mieliśmy dwie zawodniczki, do Oberstdorfu zabieram pięć. Kingę Rajdę, Annę Twardosz, Nicole Konderlę, Joannę Szwab, Kamilę Karpiel. 

Jednym z prekursorów polskich skoków kobiet był wujek Małysza Jan Szturc. Ćwiczyły u niego Magdalena Szturc, kuzynka Adama, i Dorota Żyła, siostra Piotra. Widząc jednak skalę trudności, dziewczyny wybrały potem inne dyscypliny.

- Do dziś Janek Szturc odgrywa ważną rolę w naszych skokach, także kobiecych. Ma talent wychowawczy, jest świetnym trenerem. Nie zniechęca dziewczyn, przeciwnie. Od niego pochodzi duża część zawodniczek branych pod uwagę do kadry. W starszych grupach juniorskich mamy dziurę jeśli chodzi o talenty wśród dziewczyn, ale w grupach młodszych jest już obiecująco.

W Seefeld w konkursie mieszanym Polska w składzie Rajda, Karpiel, Stoch, Kubacki zajęła szóste miejsce, choć po pierwszej serii była nawet na trzecim.

- To pokazuje, że marzenia trzeba mieć. Skoki to sport nieprzewidywalny, w którym niełatwo jest coś przewidzieć i zaplanować. Na pewno faworytami będą Norwegowie, Austriacy, Niemcy. Wyprzedza nas też Japonia i Słowenia, ale nie mamy zamiaru rozkładać rąk. Sport zna wiele sukcesów osiągniętych ponad stan. To jest w nim tak pociągające, że nie zawsze wygrywa lepszy. Tyle, że nikt nie dostaje nic za darmo. Trzeba pracować, by być gotowym na wykorzystanie słabszego momentu faworytów.

Która z pana zawodniczek robi najszybsze postępy?

- Nie chciałbym żadnej wyróżniać, żonglować nazwiskami. Pracujemy jako grupa, mamy wspólny cel, by gonić czołówkę.

Co pana w pracy z dziewczynami najbardziej zaskoczyło? Prowadził pan Stocha, Kubackiego, Piotra Żyłę i innych. W czym te dwa wyzwania się różnią?

- Podchodzę do pracy z dziewczynami z całą pokorą. Jak ktoś, kto chce się uczyć nowych rzeczy. Dawne sukcesy i porażki to przeszłość. Dziś mam nowe wyzwania. Pierwsze co mnie zaskoczyło to reakcje zawodniczek. Tam gdzie chłopaki świętują sukcesy skacząc i przybijając "piątki", dziewczyny potrafią się popłakać ze wzruszenia i emocji. Jak trener widzi płaczącą zawodniczkę, musi wiedzieć, że ona w ten sposób odreagowuje stres. To samo było po ciężkich treningach. Chłopaki reagowali natychmiast: mówili co im się podoba, lub nie. Dziewczyny muszą mieć czas do namysłu. I dopiero po jakimś czasie dowiaduję się, czy im te specjalistyczne zajęcia pomogły, czy widzą w nich sens.

Czyli dziewczyny na skoczni inaczej wyrażają emocje? A może wiąże się to jednak z obawą o zdrowie?

- Dziewczyny bywają twardsze od mężczyzn. Pokazują to w wielu dyscyplinach sportowych i dziedzinach życia. Trener pracujący z kobietami krok po kroku wyzbywa się stereotypów. One są szkodliwe. Odporność psychiczna to sprawa osobista, niezależna od płci.

Podczas mistrzostw świata w Oberstdorfie Polska po raz pierwszy wystawi zespół w konkursie drużynowym. Na co pan liczy?

- Na miejsce w finale, czyli w czołowej ósemce. Tego możemy dokonać, to jest w naszym zasięgu. Takie doświadczenie jak start w mistrzostwach świat jest bezcenne. Wiele dziewczyn przyciągnęły na skocznię sukcesy Małysza, czy Stocha. W Oberstdorfie będą dzieliły starty ze swoimi idolami. Poznają atmosferę wielkiej imprezy, co się bardzo przyda w Pekinie za rok. To wszystko jest motywujące. Trzeba ładować akumulatory, bo pracy przed nami wiele.

Rozmawiał Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama