Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. Kraliky - "Mamut" tuż za naszą granicą

W zbliżający się weekend konkursy Pucharu Świata odbędą się na skoczni w Willingen, słynącej z tego, że możliwe jest na niej oddawanie prób za linię 150. metra. Mało kto wie, że umożliwiający to obiekt znajduje się też za naszą południową granicą - i nie chodzi tu o mamuta w Harrachovie.

Skocznia w słowackich Kralikach, bo o niej mowa, wybudowana została w 1984 roku. Pierwszy, odnotowany rekord - z 1995 roku - wynosił 137 metrów i należał do Vladimira Rosko. Zaledwie rok później przełamana została granica 150. metra. Osiągnął ją Marian Bielcik, który w 2000 roku ustanowił też obowiązujący do dziś, nieoficjalny rekord obiektu - większy, niż ten skoczni w Willingen - 153,5 metra (rekord Muehlenkopfschanze to 152 metry). 

Reklama

Na skoczni zaprezentował się też szerzej znany Austriak, Manuel Fettner. W 2001 roku skoczył on na tym obiekcie 151,5 metra i to ten wynik widnieje w tabelach jako oficjalny rekord. W 2010 roku skakał tu też Stefan Kraft.

Dlaczego taki obiekt nie jest włączany do kalendarza imprez pod egidą FIS? Cóż, powody są dwa. Pierwszym jest fakt, że profil skoczni jest wyjątkowo przestarzały i nie przystaje do współczesnych standardów. - To, jak mówimy, "skocznia-studnia". Leci się na niej bardzo wysoko. Obawiam się, że współcześni zawodnicy mogliby mieć na niej problemy - mówił nam w grudniu znany "skoczniołaz", Artur Bała. Drugim jest fakt, iż skocznia popada w ruinę i brak jest odpowiedniej infrastruktury od przeprowadzenia rywalizacji. Co ciekawe, na Słowacji snute są jednak plany jej modernizacji. 

Skocznia w Kralikach znajduje się około 2 godziny jazdy od polskiej granicy, niedaleko Bańskiej Bystrzycy. 

TC

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama