Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. Kamil Stoch wierzy w warsztat Michala Doleżala

Niespełna dwa miesiące temu zakończył się miniony sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich, po którym nasi skoczkowie, niemal z marszu, rozpoczęli przygotowania do kolejnego cyklu. Miejsce trenera Stefana Horngachera zajął niedoświadczony na tak eksponowanym stanowisku 41-letni Michal Doleżal, ale lider naszej kadry Kamil Stoch nie dostrzega żadnych zagrożeń, by Czech miał sobie nie poradzić. No, może poza jednym drobiazgiem...

- Przez ostatnie dwa miesiące trening właściwie się nie zmienił - w zasadzie już to jedno zdanie, wypowiedziane przez Stocha na łamach "Przeglądu Sportowego", powinno uspokoić co bardziej zaniepokojonych kibiców o formę reprezentacji Polski, która po trzech sezonach straciła architekta sukcesów indywidualnych i drużynowych Orłów Stefana Horngachera.

Reklama

A zatem, przynajmniej od strony metodyki treningowej, stało się to, co zapowiadał sam Doleżal, że nie będzie dążył do rewolucji, tylko ewolucji. Zresztą w takim tonie wypowiadał się także dyrektor w Polskim Związku Narciarskim Adam Małysz, gdy ogłosił, że schedę po Horngacherze przejmie Doleżal. "Orzeł z Wisły" podkreślił, że ta decyzja gwarantuje kontynuację tego, co sprawdzało się przez ostatnie sezony, oczywiście z drobnymi korektami.

W potencjał Czecha, który od trzech sezonów był w sztabie Horngachera, pełniąc rolę trenera tzw. multifunkcyjnego, wierzą skoczkowie naszej kadry, tworzący najlepszą drużynę świata w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów.

W rozmowie z "Przeglądem Sportowym" trzykrotny mistrz olimpijski Kamil Stoch przekonuje, że brak ważnej imprezy w nadchodzącym sezonie nie działa na drużynę demobilizująco, a w świeżym spojrzeniu nowego trenera nie widzi przesłanek do niepokoju. - Później na pewno będą ewolucje, na przykład w technice, na którą każdy szkoleniowiec ma trochę inne spojrzenie. Ale czy to powód, żeby się martwić? Przeciwnie - stwierdził nasz najbardziej utytułowany skoczek.

Jakiś czas temu, po objęciu przez Doleżala sterów naszej kadry, w rodzimych mediach Czech urósł do miana bohatera narodowego, a rolę pierwszego trenera "Biało-Czerwonych" porównano do przejęcia piłkarskiej kadry Niemiec lub hokejowej reprezentacji Szwecji. Czy 41-latek udźwignie ten ciężar? - Jeśli tylko sam na siebie nie nałoży za dużej presji, to tak. Bo wiadomo, że zawsze najtrudniejszym przeciwnikiem człowieka jest on sam. Możliwości ma duże, niesamowitych ludzi wokół, którzy dają wiele od siebie, ale też oczekują sporo od zawodników. Świetnie się rozumiemy i uzupełniamy. Czuję głód pracy na myśl, że będę ją wykonywał w takiej ekipie - stwierdził "Orzeł z Zębu".

Stoch, na co rzadko się decyduje, postanowił też wprost wypowiedzieć się na temat decyzji Horngachera, który wybrał pracę z reprezentacją Niemiec. Pytany o uczucie rozczarowania przytaknął, że takie mu towarzyszyło. - Odrobinę tak, bo to był ktoś więcej niż trener. Stworzyliśmy wspólnie coś niezwykłego, coś, co funkcjonowało właściwie bez zarzutu. Ale to też jest człowiek. Miał swoje przemyślenia, argumenty za powrotem bliżej rodziny i musieliśmy je uszanować. Moje odczucia w związku z tą sytuacją mogę porównać do takiej, gdybym teraz powiedział i wyjaśnił powody, dlaczego kończę karierę. Pewnie kibicom byłoby tego szkoda, ale - mam nadzieję - w końcu zaakceptowaliby taką kolej rzeczy. To nigdy nie jest łatwe, ale koniecznie - skwitował Stocha na łamach "PS".

Art

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje