Reklama

Reklama

Skoki narciarskie. Adam Małysz stawia bardzo bolesną diagnozę

Polskie skoki narciarskie po połączeniu kadr A i B w jedną, główną reprezentację, wykonały krok naprzód. Jednak na zapleczu potencjał wciąż wygląda marnie, co już wielokrotnie przyznawał Adam Małysz. A teraz powtórzył słowa i jasno, a przy tym dość smutno, postawił sprawę.

W rozmowie z Interią (cały wywiad do przeczytania TUTAJ!) Adam Małysz otwarcie przyznał, że już za kadencji Stefana Horngachera było założenie, aby z obu kadr stworzyć jedną reprezentację.

Austriakowi nie można odmówić licznych zasług, wzniósł nasze skoki na najwyższy poziom i odnosił z zawodnikami spektakularne sukcesy. Przy tym jednak bazował na wąskiej i hermetycznej grupie skoczków.

Reklama

I właśnie ten deficyt, w postaci braku dobrej współpracy między kadrami, zaczął być naprawiany od początku powierzenia kadry Michalowi Doleżalowi, który bardzo ściśle współpracuje z Adamem Małyszem. Walor motywacyjny, wynikający z faktu trenowania zawodników z zaplecza z czołowymi skoczkami świata, dość szybko stał się widoczny.

- To był właśnie cały cel tej "operacji". Dzięki temu, z jednej strony, najlepsi czują oddech na plecach, a z drugiej zawodnicy teoretycznie troszkę słabsi dostali możliwość trenowania z najlepszymi, dzięki czemu ich poziom też zacznie się podnosić. Uważam, że ten cel już został osiągnięty, czego już mamy efekt, więc było warto - mówi nam Małysz, dyrektor w Polskim Związku Narciarskim ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej.

Ciągle jednak bardzo niepokojąca wygląda sytuacja z zawodnikami, którzy z wieku juniora płynnie przechodziliby do stawki seniorów. Jednym z powodów niewątpliwie są finanse i między innymi też stąd bierze się niewielka podaż nastolatków, którzy byliby do tego stopnia zmotywowani, by przetrwać najtrudniejszy okres. Czyli jeszcze bez regularnego zarobkowania powalczyć o względy pierwszego szkoleniowca i dostać się do elity.

Adam Małysz nie koloryzuje rzeczywistości

- Tutaj niestety wiele się nie zmieniło. Oczywiście jest jeszcze trochę czasu, bo w każdym momencie ktoś z juniorów może wyskoczyć z formą. Przede wszystkim jednak mamy niewielu zawodników, którzy mogą rywalizować. Powinno być ich więcej, żeby zaszła naturalna selekcja. Niektórzy odpadają, zostają najlepsi, którzy, albo mają wielki talent, albo pracą dochodzą do swoich sukcesów. W tym sezonie niewiele można powiedzieć o poprawie tej sytuacji, bo niestety juniorzy przez pandemię mieli niewiele startów - przyznał Małysz w rozmowie z serwisem sportowefakty.pl.

Dodał także, bez szukania uników, że nie jesteśmy w stanie stworzyć takiego systemu, jak Austriacy, bo najzwyczajniej w świecie mamy za mało zawodników.

Art

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje