Sceny na skoczni w Lillehammer. Wtedy Norweg został zepchnięty w dół rozbiegu, musiał się ratować
Sezon Pucharu Świata ponownie rozpoczyna się w norweskim Lillehamer. To drugi sezon z rzędu, gdy skoczkowie rozpoczynają rywalizację na norweskim obiekcie. W sezonie 2024/2025 doszło do dużego skandalu. W kwalifikacjach do sobotniego konkursu byliśmy świadkami bardzo niebezpiecznej sytuacji z udziałem jednego z Norwegów, który został zepchnięty z belki mimo własnej woli.

Skoki narciarskie bez wątpienia są dyscypliną ekstremalną. Mowa w końcu o dyscyplinie, która polega na tym, że człowiek przez kilka sekund znajduje się kilka metrów nad ziemią, lecąc z prędkością około 100 kilometrów na godzinę. W związku z tym o bezpieczeństwo w wielu momentach jest trudno.
Nie może dziwić, że Sandro Pertille, który zarządza całą dyscypliną, wyznaje zasadę "bezpieczeństwo przede wszystkim". Nie może mieć jednak wpływu na ruchy powietrza, które w wielu momentach są zwyczajnie nieprzewidywalne. Bez wątpienia jednak osoby obsługujące konkursy są w stanie zapanować nad puszczaniem zawodników w dół.
Chwile grozy w Norwegii. Sundal zapamięta to na całe życie
Zdarzają się jednak przypadki, gdy nawet sprzęt wariuje i Pertille jest bezradny. Coś takiego przeżył jeden z Norwegów - Kristoffer Eriksen Sundal. Sobotę 23 listopada 2024 roku 24-latek z pewnością zapamięta na całe swoje życie, bo choć skończyło się dobrze, to było bardzo niebezpiecznie.
W kwalifikacjach do sobotniego konkursu Sundal przeżył chwile grozy. Zanim jeszcze zdążył się dobrze usadowić na belce, poprawić gogle i sprawdzić zapięcia nart, już musiał zjeżdżać w dół po rozbiegu. Wszystko z powodu tego, że z belki zepchnęła go banda reklamowa umiejscowiona za jego plecami.
Sundal rozpoczął więc skok, gdy sygnalizacja pokazywała żółte światło. Na całe szczęście szybko pozbierał się na rozbiegu i bez problemów poradził sobie z wykonaniem wyjątkowo utrudnionego zadania. Ta próba dała mu pewną kwalifikację do konkursu, ale wzbudziła także wielką dyskusję.
Sam Sundal nieco lekceważył sprawę, dodając, że mogło być gorzej. - Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Udało mi się zjechać, oddać skok i jestem z tego zadowolony. Gdybym miał rękę między belką startową a bandą reklamową, moje ciało zostałoby odepchnięte i pewnie zwisałoby, więc prawdopodobnie odczułby to mój staw i bark - mówił w rozmowie z telewizją NRK.
Na całe szczęście do tak drastycznych scen nie doszło, a Sundalowi nic się nie stało. Według organizatorów był to "błąd ludzki", który już nie powinien się powtórzyć. W kolejnych konkursach już takich wydarzeń na całe szczęście nie oglądaliśmy. Pozostaje wierzyć, że nie powtórzą się także w tym sezonie.











