Reklama

Reklama

Robert Mateja dla Interii: To trochę tak, jakby wszyscy byli moimi dziećmi, dlatego każdego po kolei mi szkoda

- Akurat wtedy byłem trenerem w kadrze B, gdy Andrzej Stękała trafił do nas w połowie sezonu. Była trudna sytuacja, bo chcieliśmy go zachować i przekonać, żeby nie rezygnował i nie kończył kariery, ale też z góry były inne naciski. Myśmy byli za tym, żeby Andrzeja nie tracić, aby dalej trenował. Mnie również bardzo na tym zależało, bo chodziło o zawodnika, który przed laty z wieku juniora młodszego trafił do naszej grupy, którą mieliśmy z trenerem Piotrem Fijasem, i w niej się wybił. Dlatego bardzo się cieszyłem, że dalej skacze - mówi w rozmowie z Interią Robert Mateja, były skoczek, a obecnie szkoleniowiec w zespole Szczepana Kupczaka, trenującym wspólnie z czeskimi dwuboistami.

Artur Gac, Interia: Jak pan odbiera niespodziewany zwrot akcji w karierze Andrzeja Stękały, który zacząć świetnie skakać, a jeszcze niedawno praktycznie obiema nogami był na obrzeżach sportu?

Reklama

Robert Mateja: - Bardzo fajnie, że zawodnicy z niższej ligi się odnaleźli, widać że zaczynają robić postępy i wyniki. A wracając do Andrzeja, był on u mnie w grupie juniorskiej. Wówczas bardzo fajnie się zapowiadał. Zaczynał odnosić pierwsze sukcesy, wygrał cały cykl FIS Cup (w sezonie 2014/15 przyp. AG). Wprawdzie w mistrzostwach świata, gdzie mieliśmy główny cel, trochę mu nie poszło (18. miejsce), ale już w konkursie drużynowym zaprezentował się bardzo korzystnie (4. miejsce "Biało-Czerwonych"). Być może w indywidualnym była trochę za duża presja. Później odnosił bardzo zadowalające wyniki w Pucharze Kontynentalnym i przeszedł do kadry B, do trenera Maćka Maciusiaka. Tam również się rozwijał, zaczynając osiągać bardzo dobre wyniki w Pucharze Świata. Fajnie skakał na mamucie w Vikersund, naprawdę daleko, ustanawiając swój rekord 235 metrów.

Czyli wszystko rozwijało się bardzo obiecująco.

- Później przyszedł trener Stefan Horngacher i coś nie mogli się dogadać. Wówczas zaczęła się równia pochyła. Sam Andrzej wspominał, że miał ciężkie chwile, gdy zmarł mu tata. Wiadomo, każdy człowiek to przeżywa. Następnie trafił do nas do grupy, ale już sam mówił, że sezon ma stracony. Zaczął przybierać na wadze, a wiadomo, że w tej chwili masa ciała jest kluczowym elementem w skokach. Tu chwała dla Maćka Maciusiaka, któremu udało się namówić Andrzeja, żeby nie kończył i pozostał. I ta praca się opłacała, ciężko bo ciężko, ale sam Andrzej też zdał sobie sprawę, że można coś osiągnąć, zagryzł zęby i teraz zaczyna ponownie wracać na właściwe tory oraz osiągać sukcesy.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Z pana punktu widzenia co spowodowało, że problemy Andrzeja eskalowały za kadencji trenera Horngachera?

- Trudno mi się na ten temat wypowiedzieć. Tak jak Andrzej powiedział, nie mógł się dogadać. Też wspominał, że trener próbował zmienić technikę jego skoku. Jemu to nie pasowało, aczkolwiek patrząc teraz, ta technika jest troszkę inna niż była wcześniej. Pozycja dojazdowa jest bardzo fajnie poukładana, pewnie też zwiększyła się mobilność w stawach. Najlepiej, gdyby Andrzej powiedział, co ewentualnie jeszcze mu nie pasowało. Może też bariera językowa? Bo w sumie nie znam kompetencji Andrzeja, na ile potrafi się porozumiewać w języku niemieckim, czy angielskim. Jednak to też jest bardzo ważna kwestia, żeby po prostu rozumieć trenera, o co mu chodzi. Czasami zdarzają się takie sytuacje, że naszemu zawodnikowi ciężko zrozumieć polskiego trenera. Jest taka anegdota, którą opowiadał pewien starszy trener, że cały czas mówił do zawodnika "biodrem wyżej". Po jakimś czasie, gdy nie realizował tego założenia, trener zapytał go, czy wie, co to jest biodro. "Tak, tak. Tu u góry" - i pokazywał na barki i ramiona (śmiech). Takie sytuacje też się zdarzają.

To jaskrawy przykład, ale faktem jest, że czasem w rodzimym języku trudno do końca odczytać intencje. A co dopiero, gdy pojawia się problem w komunikacji.

- Zgadza się. Tutaj też jest gwara, na skoczni używa się różnych określeń, które zwykłemu człowiekowi kompletnie nic nie powiedzą.

W okresie, gdy trener Maciusiak wyciągnął rękę do Andrzeja Stękały, miał pan poczucie, że wykonuje doskonały ruch, bo w tym skoczku istotnie drzemie potencjał i warto go wykrzesać? A może szczerze mówiąc nie podejrzewał pan, że da się go uratować jeszcze do takiego poziomu dla polskich skoków?

- Akurat wtedy byłem trenerem w kadrze B, gdy Andrzej trafił do nas w połowie sezonu. Była trudna sytuacja, bo chcieliśmy go zachować i przekonać, żeby nie rezygnował i nie kończył, ale też z góry były inne naciski. Myśmy byli za tym, żeby Andrzeja nie tracić, aby dalej trenował. Mnie również bardzo na tym zależało, bo chodziło o zawodnika, który przed laty z wieku juniora młodszego trafił do naszej grupy, którą mieliśmy z trenerem Piotrem Fijasem, i w niej się wybił. Dlatego bardzo się cieszyłem, że dalej skacze.

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl!

Mówi pan o naciskach z góry. Czyli niektórzy chcieli na Stękale już całkiem postawić krzyżyk?

- Może powiem tak: Wtedy takie twarde zasady wprowadził trener Horngacher. Po prostu trzymał żelazną ręką, a u nas było to trochę inaczej. Nie wiem, co chciał przez to osiągnąć. Może też wcześniejsze okresy, jakie były, miały na to wpływ, bo różnie bywało. Czasami zawodnicy chcieli rządzić i robili po swojemu. A on sobie na to nie chciał pozwolić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje