Reklama

Reklama

PŚ w Zakopanem. Stoch po falstarcie: To jeszcze długo będzie bolało

- Brak kwalifikacji do serii finałowej boli i jeszcze długo będzie mnie bolał. Przecież uwielbiam tutaj skakać. Uwielbiam cieszyć się z kibicami, ale w ten weekend nie było mi to dane. Muszę to zaakceptować, poszukać rozwiązania, podnieść głowę i iść dalej - próbował się pocieszać Kamil Stoch na gorąco po falstarcie w PŚ na Wielkiej Krokwie, gdzie zajął dopiero 36. miejsce.

- To nie był mój najgorszy skok w tym sezonie. Były jeszcze gorsze. Co się dzieje? Ewidentnie coś działa na mnie w sposób destrukcyjny. Ja to muszę znaleźć i rozwiązać ten problem - mówił dobitnie Kamil Stoch, ewidentnie załamany. Nie pocieszały go nawet tłumy kibiców, nawołujących: "Kamil, nie martw się! I tak jesteś najlepszy!".

Nasz najlepszy skoczek jest wyznawcą przysłowia: "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".

Reklama

- To powiedzenie jest prawdziwe. Uczę się tego co roku - stwierdził Stoch.

- Czuję się bardzo dziwnie, przyjechałem do Zakopanego z zupełnie innym nastawieniem, z dużym optymizmem. Okazuje się, że nadal pojawiają się takie błędy, których nie jestem w stanie skorygować ze skoku na skok - rozkładał ręce zawodnik z Zębu. 

- Skok w próbnej serii był dobry i w pierwszej serii konkursowej chciałem skoczyć podobnie. Coś jednak znowu nie zadziałało. Nie szukajmy winy w warunkach. To był ewidentnie mój błąd - bił się w piersi.

Wydawało się, że Kamil Stoch rozpędza się przed MŚ w Austrii. Tymczasem dzisiejsze fiasko skazuje go na wychodzenie z kryzysu przed szczytem sezonu.

- Wczoraj, po konkursie drużynowym dostałem wskazówki, których się trzymałem. Ale i to nie pomogło. Okazało się, że nie jestem w stanie oddać skoku przy pełnym zaangażowaniu, pełnej koncentracji i takiej adrenalinie, która się zawsze udziela podczas zawodów w Zakopanem - analizował zawodnik.

- Może to masło maślane, ale mój problem polega na popełnianiu błędów - podkreśla Kamil Stoch.

Skoczek, który rok temu uratował nam igrzyska olimpijskie, dziś był daleki od szukania winnych wokół, czy w warunkach atmosferycznych. Całą winę brał na siebie, bił się w piersi.

- Wszystko bierze się z czegoś. Zaczyna się od złej pozycji najazdowej, później przechodzi w zły kierunek odbicia i w próbę ratowania tego w locie, przez co z całego skoku wychodzą różne dziwne rzeczy - tłumaczył Kamil.

- Rok temu nie zakwalifikowałem się do serii finałowej, teraz mam powtórkę z tego. Myślę, że to jest lekcja, która ma mnie czegoś nauczyć. Niekoniecznie sportowo, ale również mentalnie - twierdzi Stoch.

Choć sam czuł ból, najbardziej było mu żal dziesiątków tysięcy kibiców, którzy wspierali do na Wielkiej Krokwi.

- Jest mi bardzo przykro. Uwielbiam Wielką Krokiew i naszych kibiców, ale ten weekend ewidentnie do mnie nie należał. Brakowało czegoś, przez co nie mogłem pokazać pełni swojej możliwości - uważa.

Na koniec lider polskich skoczków znalazł w sobie nutkę optymizmu. 

- W zeszłym roku też się mi nie udało w Zakopanem, a później szło mi już tylko lepiej. Żyję, stoję, jestem zdrowy i w dalszym ciągu mam wielkie możliwości - pocieszał siebie i swych fanów Kamil Stoch.

Z Zakopanego Michał Białoński, Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje