Reklama

Reklama

PŚ w skokach. Polacy przed historyczną szansą

Niegdyś w skokach narciarskich Polska mogła pochwalić się artystą wybitnym, ale z racji posuchy otoczenia będącego solistą. Ostatnio dorobiliśmy się świetnego zespołu, który w poprzednim sezonie zdobył listy przebojów i kilka złotych płyt. Czas na kolejne tournee Pucharu Świata, teraz biało-czerwona kapela celuje w płytę platynową, złoto zaś ma przywieźć z imprezy najważniejszej, tej olimpijskiej.

Niegdyś w skokach narciarskich Polska mogła pochwalić się artystą wybitnym, ale z racji posuchy otoczenia będącego solistą. Ostatnio dorobiliśmy się świetnego zespołu, który w poprzednim sezonie zdobył listy przebojów i kilka złotych płyt. Czas na kolejne tournee Pucharu Świata, teraz biało-czerwona kapela celuje w płytę platynową, złoto zaś ma przywieźć z imprezy najważniejszej, tej olimpijskiej.

Na początku listopada wiadomością tygodnia w mediach społecznościowych stało się znaczące zwiększenie liczby znaków zawartych w postach na Twitterze, ze 140 do 280. Oficjalne konta wielu piłkarskich klubów tę zmianę w popularnym komunikatorze postanowiły uczcić poprzez przypomnienie ich największych sukcesów. Gdyby Polski Związek Narciarski postanowił postąpić podobnie, lecz skupić się tylko na pięciu miesiącach między listopadem 2016 a marcem 2017 roku, to miałby ze zmieszczeniem się w nowym limicie niemały problem.

Historyczny rok w trzech tweetach

Absolutnie rekordowy sezon w polskich skokach obfitował bowiem w wyniki, do których w najlepszych czasach nie mógł zbliżyć się Adam Małysz. Nie będzie to dziwić, "Orzeł z Wisły" ciągnął ten wózek praktycznie w pojedynkę, a kadra prowadzona przez Stefana Horngachera konsekwentnie, wspólnymi siłami.

Reklama

Kamil Stoch? Piętnaście miejsc na podium PŚ, z czego osiem wygranych, widowiskowy triumf w Turnieju Czterech Skoczni, drugie miejsce w całym cyklu Pucharu Świata oraz wymagającego turnieju Raw Air i miejsce na najniższym stopniu podium w klasyfikacji lotów narciarskich, czyli zawodach, w których mistrz z Zębu nie należał do specjalistów. Piotr Żyła? Dwa podia PŚ, srebro Turnieju Czterech Skoczni, indywidualny brąz mistrzostw świata. Maciej Kot? Trzy razy na podium pucharowym, w tym dwukrotnie na najwyższym stopniu, tuż za pudłem w Vierschanzentournee i na bardzo wysokim, piątym miejscu w walce o Kryształową Kulę. Cała kadra? Wszystkie sześć konkursów drużynowych zakończonych w pierwszej trójce, do tego zdecydowane zwycięstwo w Pucharze Narodów i konkursie na mistrzostwach świata w Lahti.

Jeżeli zliczymy cały poprzedni akapit, to dobijemy do 799 znaków, opisowi sezonu 2016-2017 w polskich skokach musimy poświęcić więc aż trzy tweety. Uff, wystarczy. Od wpisywania takiego nadmiaru dokonań na klawiaturze mogą zaboleć palce. A przy okazji głowa.

Ciągły niedosyt rockmana

Choć nie trenera Horngachera. Austriakowi szaleństwo można zarzucić, tylko gdy realizuje się w swojej największej - oczywiście poza skokami narciarskimi - życiowej pasji, czyli grze na gitarze. Na co dzień to facet stąpający bardzo twardo po ziemi, który nie odleci, i to niezależnie od tego, jakie sukcesy go nie spotkają. Przy tym fachowiec jakich mało w branży. I najwidoczniej znawca psychologii sportu.

Nie chciał, żeby przygotowującym się do zimy polskim zawodnikom spore oczekiwania fanów i mediów szkodziły, więc podczas ostatniego obozu pierwszej kadry zadbał o to, aby treningi odbywały się w kompletnej ciszy, także medialnej, bez niepotrzebnego zgiełku. Skoczkowie milczeli w mediach społecznościowych, nie chwalili się zdjęciami z miejsca, w którym szlifowali formę. Selekcjoner zabrał podopiecznych do malutkiego austriackiego Hinzenbach, gdzie w spokoju przekazywał ostatnie wskazówki i realizował końcowe założenia planu treningowego.

A ten zakłada jeszcze większą efektywność "Biało-Czerwonych" niż przed rokiem. Ambicja i pracowitość Horngachera nie znają granic, a jego apetyt rośnie w miarę jedzenia. "Za nami pierwszy sezon wypełniony sukcesami, medalami, zwycięstwami. Ale też bywały momenty, po których czuliśmy niedosyt. Przed nami drugi sezon i jesteśmy na dobrej drodze, by było lepiej. W końcu zawsze jest coś do poprawy" - przestrzegał na łamach "Przeglądu Sportowego".

Lepsze nie jest wrogiem dobrego

Skoro dążenie do ideału to naczelna zasada tej grupy, to optymizm w jej przypadku jest jak najbardziej uzasadniony. W końcu nawet sam kierujący PZN Apoloniusz Tajner opowiadał na początku listopada, że pierwszy sezon pracy obecnego trenera był tylko przetarciem kadry i dopiero kolejny ma pokazać jej najlepsze oblicze. Światowa czołówka ma się więc czego obawiać, Polacy nie próżnują i, co pokazało wygrane przez Dawida Kubackiego Letnie Grand Prix, są jak ich trener nadal nienasyceni.

I nie tylko na zasmakowanie się w wygranych, a też niezwykle ważną przewagę psychologiczną nad rywalami uwagę zwraca komentator skoków narciarskich w Eurosporcie Marek Rudziński. - Każde zwycięstwo w sporcie nieporównywalnie wzmacnia pewność siebie. Jak idzie, to wszystko w głowie się układa i wchodzą automatyzmy. Miniony sezon był dobry, ale w tym wypadku lepsze nie jest wrogiem dobrego. Pochwały za starty na przestrzeni 2016 i 2017 były jak najbardziej zasłużone, lecz czemu nie oczekiwać od Polaków jeszcze więcej? Jeżeli tylko naszym chłopcom będzie dopisywało zdrowie, to o ich formę będę spokojny. Nawet o progres względem poprzedniego cyklu - wierzy.

Do Korei po trzy medale. Co najmniej

Mimo tego, że oczekiwania i głód startów oraz rzecz jasna sukcesów jest wielki, to warto jednak pamiętać, że sezon 2017-2018 będzie wyjątkowy. Igrzyska to nie Turniej Czterech Skoczni czy nawet mistrzostwa świata, zdarzają się raz na cztery lata, są więc zdecydowanym priorytetem kolejnych miesięcy. A w Pjongczangu zawodnicy Horngachera będą mieli się o co bić, i to przede wszystkim jako grupa. Bo o ile dzięki Małyszowi i Stochowi cieszyliśmy się z medali w konkursach indywidualnych, o tyle najlepsze, co z igrzysk przywiozła drużyna, to czwarte miejsce sprzed prawie czterech lat z Soczi. Rudziński uważa więc, że lepszej okazji na historyczny olimpijski medal kadry nie było nigdy. Także ten z najcenniejszego kruszcu.

- Oczywiście, że będziemy Polaków rozliczać z imprezy w Korei. A w związku z ostatnimi wynikami można mieć wobec niej spore oczekiwania. Według mnie co najmniej trzy krążki przywiezione z Pjongczangu to nie myślenie życzeniowe, a jak najbardziej logiczne. Po jednym miejscu na podium w obu konkursach indywidualnych i wywalczony siłami czterech najlepszych skoczków kraju medal w drużynie. Sezon jest długi, męczący, mnóstwo tarapatów może nas spotkać po drodze, aczkolwiek uważam, że wobec tej drużyny, która już udowodniła na jak wiele ją stać, można oczekiwać naprawdę wielkich rzeczy - Rudziński odważnych deklaracji i wymagań wobec reprezentacji się nie boi.

Król lata cesarzem zimy?

Wymagań nawet wobec najmniej utytułowanego i najmniej medialnego z całego kwartetu. Kubacki w poprzednich latach dawał solidne występy w drużynówkach, a już zwłaszcza w poprzednim roku stał się pewnym i właściwie niezastąpionym punktem kadry. Na swoje nazwisko wciąż mimo to nie mógł zapracować. Jego najwyższe miejsce z zawodów indywidualnych pochodzi z tego roku z Zakopanego, gdy niesiony dopingiem publiki doleciał do ósmego miejsca. Latem jednak coś w tym zawodniku się zmieniło. Triumfował w sześciu z dziesięciu konkursów i rzecz jasna zgarnął całą Letnią Grand Prix. Oczywiście nigdy nie było teorią, aby igielit miał stuprocentowe przełożenie na śnieg, a królowie lata rzadko zostawali cesarzami zimy, niemniej po Dawidzie od pewnego czasu widać rosnącą pewność siebie i jego bardzo udanego sezonu w dyscyplinie dla skoczków najwłaściwszej nie można wykluczać.

- Kubacki skakać potrafi, ma predyspozycje do świetnych wyników, a wakacje bardzo go podbudowały. Mam nadzieję, że poradzi sobie w najbliższych miesiącach. Także z presją. Może pójdzie za ciosem, wykorzysta formę i nawyki wyrobione w tygodniach minionych. Dawid wśród czołowych zawodników świata zimą? Czemu nie? - zastanawia się komentator Eurosportu.

Wisła da siłę, ale priorytety są inne

Pierwsza próba wszystkich przytaczanych dywagacji i prognoz przychodzi w weekend. Ludzie z FIS postanowili wreszcie odejść od dziwacznej tradycji organizowania startu sezonu w zimnej i bardzo wietrznej Ruce, więc w tym roku rozpoczniemy całą zabawę na polskiej ziemi. Co prawda nie w będącym mekką naszego narciarstwa Zakopanem, tylko w kameralnej i cenionej przez organizatorów i samych skoczków Wiśle. Rudziński ostrzega jednak żądnych spektakularnych sukcesów kibiców - na skoczni im. Adama Małysza wcale nie musimy z marszu wskoczyć na najwyższy poziom.

- Oczywiście miło byłoby zacząć od mocnego uderzenia i potem pójść już kolejne pół roku na fali. W końcu w poprzednich latach działacze i ludzie z polskiej kadry po słabym początku mówili o spokojnym starcie, a ten spokojny start trwał cały sezon i przynosił same rozczarowania. Dlatego też życzyłbym sobie, aby chłopcy już teraz skakali świetnie. Im szybciej to zrobią i zaczną budować przewagę psychologiczną nad przeciwnikami, tym lepiej, niemniej nie zapominajmy o priorytetach. A główną imprezą roku jest Pjongczang, który przypada na luty, czyli za całe, długie trzy miesiące - nasz ekspert nie daje się ponieść ekscytacji i na weekend w Wiśle spogląda przede wszystkim ze zdrową rozwagą.

Oby jednak polscy zawodnicy już teraz, w Wiśle, grali na tę samą nutę co nazywany przez nich wirtuozem gitary Horngacher. Aby już złapali to słynne wysokie C i najczystsze oraz najpiękniejsze melodie ciągnęli nieprzerwanie do marca i pożegnalnego koncertu w Planicy.

Pierwszą w historii inaugurację Pucharu Świata w skokach narciarskich w Polsce będzie można oczywiście obejrzeć w Eurosporcie 1. Transmisje zaczynają się kolejno: z piątkowych kwalifikacji o 17:45, z konkursu sobotniego o 15:30, a niedzielnego o 14:45.

Michał Błażewicz

Reklama

Reklama

Reklama