Reklama

Reklama

PŚ w skokach. Maciej Kot o kulisach wypadku Żyły: Wparował do szatni i chciał skakać

Maciej Kot zakończył pierwszy konkurs indywidualny w tym sezonie na 25. pozycji. Reprezentant Polski na skoczni w Wiśle-Malince oddał dwie równe próby na odległość 116,5 m oraz 117 m. - Nawet trenerzy czasami nie wiedzą, dlaczego ktoś skoczył tak blisko lub tak daleko, czy też miał tyle odjętych punktów - mówił po konkursie Kot. Odniósł się też do wypadku Piotra Żyły.

Polacy wyjechali z Wisły z dwoma miejscami na podium. Najpierw w konkursie drużynowym zajęli trzecie miejsce, zaś w niedzielę Kamil Stoch wdrapał się na najniższy stopień podium. Nieźle spisał się też Maciej Kot, który nowy sezon otworzył 25. miejscem w rywalizacji indywidualnej. Jego uwagę w drugiej serii skupił jednak upadek przyjaciela. Piotr Żyła opuścił bowiem zeskok z zakrwawioną twarzą.

- Był taki moment, gdy zerkaliśmy tylko w stronę Piotrka, sprawdzając czy wstaje. Wszystko jest dobrze. Po paru minutach Piotrek wparował do szatni zły, chcąc dalej skakać. Chciał iść na drugą serię, był gotowy, by skakać, ale trochę mu do tego zabrakło. Wygląda na to, że nie odniósł poważniejszych obrażeń, ale twarz wyglądała naprawdę fatalnie. To wpływa na nas wszystkich, bo każdy upadek zmniejsza troszkę pewność siebie - powiedział Maciej Kot.

Reklama

Zawodnik, który przed rokiem nie był w dobrej dyspozycji, w pierwszym skoku konkursowym osiągnął odległość 116,5 m, co dało mu wówczas 21. miejsce. W drugiej próbie pół metra więcej, lecz finalnie spadł o cztery oczka niżej.

- Jeśli miałbym ocenić skoki jakościowo i pod kątem realizacji planu, to jestem zadowolony. Ciężko w takim konkursie oceniać skoki, bo to był rollercoaster. Nawet trenerzy czasami nie wiedzą, dlaczego ktoś skoczył tak blisko lub tak daleko, czy też miał tyle odjętych punktów. Te skoki były jednak lepsze od piątkowych. Skoki są równe, więc jestem dobrej myśli. Zdobycie chociaż paru punktów jest tutaj ważne w kontekście kilku następnych tygodni. Warto mieć później ten dalszy numer startowy - ocenił reprezentant Polski.

Kontrowersję w Wiśle wzbudzały nie tylko warunki śnieżne na skoczni, ale także pora rozgrywania niedzielnych zawodów, która została zmieniona z uwagi na Eurowizję Junior, transmitowaną wieczorem w Telewizji Polskiej.

- Nie od nas zależy pora rozgrywania zawodów. Większość z nas wiedziała, jak to się skończy, że będzie wiało. Problem polega na tym, że kalendarz tworzony jest z ponad rocznym wyprzedzeniem. Ciężko jest przewidzieć to, gdzie będą dobre warunki. Kolejnym problemem jest to, że nie brakuje chętnych do organizacji zawodów, więc siłą rzeczy sezon musi się wydłużyć, bo brakuje miejsc. Kiedy pogoda nie wypali i są trudne warunki, cierpią na tym zawodnicy - skomentował nasz zawodnik.

Analiza po pierwszym weekendzie Pucharu Świata nie jest do końca miarodajna ze względu na nierówne warunki. Kot wskazał jednak najsilniejsze jego zdaniem zespoły.

- Norwegowie są bardzo silni. Zaskoczeniem są natomiast Austriacy, którzy odmłodzili skład. Niewiadomą są Niemcy, bo był to dla nich bardzo pechowy weekend. My też nie mieliśmy dzisiaj szczęścia, jeśli chodzi o warunki - dodał podopieczny Michala Doleżala.

Zawody w Wiśle były też pierwszym sprawdzianem trenerów. Kibice dopatrują się atmosfery rywalizacji pomiędzy byłym a obecnym szkoleniowcem "Biało-Czerwonych".

- Dla wielu Polaków pojedynek Niemców z Polakami, czyli Stefana Horngachera z Michalem Doleżalem jest pewnym smaczkiem. Trzeba jednak patrzeć na siebie - zakończył Maciej Kot.

Z Wisły Aleksandra Bazułka i Waldemar Stelmach

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL