Reklama

Reklama

PŚ w skokach - Krzysztof Miętus: Nie czuję się przegranym

Przed rokiem Krzysztof Miętus zajął drugie miejsce w konkursie drużynowym Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Wcześniej był na igrzyskach w Vancouver. Teraz jest poza pierwszą reprezentacją, ale nie uważa się za przegranego sezonu olimpijskiego.

W poprzednim sezonie regularnie startował pan w PŚ, w Turnieju Czterech Skoczni, był w szerokiej kadrze na mistrzostwa świata w Val di Fiemme. Kiedy zaczęły się kłopoty?

Krzysztof Miętus: - Już w lecie moje skoki nie były najlepsze, a im bliżej zimy, nie odczuwałem żadnej poprawy. A wiadomo, że chciałoby się poprawić jak najszybciej. Kiedy to jednak się nie udawało, przychodziło rozczarowanie. Nie było radości ze skakania, a to najważniejsze w naszej dyscyplinie.

Rok temu reprezentacja Polski w konkursie drużynowym PŚ w Zakopanem przegrała tylko ze Słowenią. Pan był w tym zespole, ale miał wyniki dużo słabsze od Piotra Żyły, Macieja Kota i Kamila Stocha.

Reklama

- Ale to nie był ten moment w karierze, od którego coś zaczęło się psuć. Oczywiście, moje odległości mogły być większe, nawet bez patrzenia na trudne warunki pogodowe, które nie są usprawiedliwieniem. Wtedy szybko się odbudowałem i nazajutrz w konkursie indywidualnym zakwalifikowałem się do serii finałowej.

Mając niespełna 19 lat uczestniczył pan w igrzyskach w Vancouver. Na wyjazd na olimpiadę do Soczi nie ma pan szans.

- Kiedy wracam wspomnieniami do sezonu olimpijskiego 2009/10, przypominają mi się pierwsze najlepsze zawody w mojej karierze, a więc 12. miejsce w PŚ w Lillehammer. Igrzyska były przyjemnym przeżyciem i wielkim doświadczeniem. W Rosji mnie zabraknie, ale świat z tego powodu się nie zawali. Nie kończę przygody ze skakaniem, mam kolejne cele.

Najważniejszy to powrót do pierwszej reprezentacji?

- Tak, chciałbym powalczyć w najbliższym czasie w kolejnych konkursach PŚ, a także w MŚ w lotach. Na pewno nie czuję się przegranym, bo sezon wciąż trwa. Dziś będę dopingował kolegów z trybun, ale mam nadzieję, że do przełamania dojdzie już jutro. Stanę na belce startowej i znów zacznę rywalizować o swoje. Jestem optymistą, będzie dobrze.

Konkurencja w zespole narodowym jest dużo większa niż przed paroma laty?

- Jeszcze dwa sezony temu było tak, że jakiś słabszy występ nie powodował wypadnięcia z kadry. Obecnie mamy kilkunastu mocnych skoczków, co pokazują kwalifikacje do PŚ w Wiśle i Zakopanem. Każdy z nas może punktować w PŚ. I dlatego jeśli ktoś słabiej skacze, jego miejsce może zająć następna osoba. Trener ma spory wybór. W przeszłości na przykład w drużynówce było dwóch-trzech zawodników, zaś obsada pozycji numer cztery nie była już taka prosta. To się zmieniło.

W sobotę "Biało-czerwoni" mogliby wystawić dwie, a nawet trzy drużyny?

- Jeśli miałbym w ten sposób prognozować, odpowiem tak: drugi skład powinien awansować do rundy finałowej, a pierwszy walczyć o najwyższe lokaty. Zresztą oba powalczyłyby o podium. To pokazuje możliwości naszej reprezentacji.

Niestabilna pozycja dojazdowa to największa pana bolączka?

- Jakoś mnie ciągnie do przodu i od tego zaczynają się kolejne kłopoty, już na progu i w czasie lotu. Ważną rolę w skokach odgrywa też psychika. U mnie zaczyna na szczęście zmieniać się myślenie, znów widzę tę swobodę w skakaniu. W życiu sportowca czasem jest tak, że trzeba gdzieś tam sięgnąć przysłowiowego dna, by potem forma była dużo lepsza. Ze mną aż tak źle nie było, lecz wiem, że stać mnie na dużo lepsze wyniki.

Gdyby nie skoki, czym by się pan zajmował w rodzinnej miejscowości Dzianisz?

- Nigdy nad tym się nie zastanawiałem, pewnie wybrałbym inne studia niż AWF. Tata pracuje jako stolarz, buduje domy, więc może jemu więcej bym pomagał? Kiedyś miałem więcej czasu, to trochę "dziubałem" w stolarni.

Na co stać kolegów z reprezentacji w Soczi?

- Dużo będzie zależało od dyspozycji przeciwników, ale mamy tak dobrych zawodników, że w Rosji powinny dziać się przyjemne rzeczy dla Polski...

Rozmawiał Radosław Gielo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama