Reklama

Reklama

PŚ w skokach. Borek Sedlak wyjawił, że bywa obrażany przez polskich kibiców

Jaka jest jedna z najbardziej niewdzięcznych posad w skokach narciarskich? Bezsprzecznie o "wygraną" w tym osobliwym rankingu walczy Czech Borek Sedlak, który odpowiada za zapalanie zielonego światła skoczkom. Im trudniejsze warunki na skoczni, a wiatr nie daje spokoju przez cały trwający sezon, tym decyzje asystenta Waltera Hofera są jeszcze bardziej kwestionowanie i podważane. Bywa, że niezadowoleni kibice przekraczają wszelkie granice, jak to się stało po jednoseryjnym konkursie na mamucie Kulm w Bad Mitterndorf.

W niedzielę byliśmy świadkami kuriozalnego zakończenia konkursu na austriackim obiekcie do lotów narciarskich. Gdy na górze skoczni na swoje skoki oczekiwało już tylko trzech najlepszych zawodników po pierwszej serii, jury podjęło decyzję, by anulować rundę finałową. Tym samym wygrał lider na półmetku, czyli Austriak Stefan Kraft.

Ta niecodzienna decyzja, choć już znana w przeszłości, spotkała się ze sporym niezrozumieniem. Odwołanie drugiej serii nastąpiło bezpośrednio po skoku Kamila Stocha, który w niekorzystnych warunkach o locie mógł tylko pomarzyć i wylądował na 159. metrze. Od razu pojawiły się teorie spiskowe, czy aby jury nie miało na względzie "ocalić" Krafta, lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, który w takich warunkach również mógłby przepaść?

Reklama

Sytuacja była bardzo trudna i różnie można ją interpretować, na co w rozmowie z Interią zwrócił uwagę Adam Małysz. - Myślę, że organizatorzy troszkę się obawiali tego, co może wydarzyć się z najlepszą trójką, która pozostała na górze. Tym bardziej, że prowadził Austriak, więc różnie mogło się to skończyć. Myślę, że z jednej strony troszkę był to ukłon w stronę gospodarzy, a z drugiej strony chyba w miarę sensowna decyzja ze względu na to, że warunki wypaczałyby przebieg tego konkursu i końcowy wynik - powiedział dyrektor w PZN.

W takich momentach największa złość skupia się na głównych decydentach. Tym razem mocno oberwał asystent Waltera Hofera, Borek Sedlak. W pewnym sensie była to też "zasługa" Stocha, który zdenerwowany po swoim locie rzucił: "no i co, panie Borku?" - co zarejestrowała kamera telewizyjna.

Po tych wydarzeniach ważną rozmowę z Sedlakiem przeprowadził "Przegląd Sportowy". W niej 38-letni Czech pokazuje złożoność tematu, zwraca uwagę na ustawiczne kłopoty z aurą i przekonuje, że wszyscy skoczkowie traktowani są równo, bez względu na to, czy są wielkimi mistrzami, czy zawodnikami dopiero na dorobku.

Czech przede wszystkim oddalił zarzut, jakoby Stocha puścił na stracenie. - Nieprawda. Długo musiał czekać na belce, ale gdy wiatr się uspokoił, nie było przeciwwskazań, żeby go nie wypuścić. Dopiero gdy ruszyła procedura i faktycznie ruszył, zobaczyłem, jak bardzo w kilka chwil wiatr się wzmógł. Po tej próbie jury uznało, że dalej to nie ma sensu - powiedział Sedlak.

Były skoczek narciarski pochwalił polskich kibiców za tworzenie niesamowitej atmosfery i wszystko to, co dobrego robią dla całej dyscypliny. Przy okazji jednak wyznał, że szczególnie fani z Polski przekraczają granice. - Niestety przywiązanie do skoków i swoich zawodników przybrało takie rozmiary, że nie mają problemu, by wysyłać do mnie przez internet niewybredne wiadomości. (...) To, jak łatwo dziś przychodzi ludziom obrażanie kogoś w sieci, jest zdumiewające i straszne. Po nieudanym skoku Kamila nie minęła minuta, a już widziałem w telefonie, że pojawiają się jakieś wiadomości - powiedział Sedlak na łamach "PS".

Art

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje