Problem z medalem Tomasiaka. Niemiec nie chciał powtórki. Bolesny finał
Choć już za rogiem czeka nas Puchar Świata w skokach narciarskich w Bad Mittendorf, wciąż głośnym echem odbija się olimpijska rywalizacja w Predazzo. Teraz wrócił do niej w rozmowie z niemieckimi mediami tamtejszy świeżo upieczony mistrz z normalnego obiektu - Philipp Raimund. 25-latek opowiedział, jak przeżywał moment, w którym oczekiwał na werdykt mówiący o tym, czy udało mu się pokonać Kacpra Tomasiaka. Przyznał również, że bał się o powtórkę sytuacji, która dotknęła między innymi polskiego skoczka.

To właśnie Philipp Raimund był ostatnim skoczkiem, który zasiadł na belce podczas tegorocznego konkursu igrzysk olimpijskich na normalnej skoczni w Predazzo. Gdy Niemiec oczekiwał na sygnał do startu od swojego trenera Stefana Horngachera, liderem stawki był Kacper Tomasiak, który był już pewny przynajmniej srebrnego medalu. Mógł mieć jednak nadzieję na to, że zaraz zostanie okrzyknięty mistrzem olimpijskim.
Tak się jednak nie stało. Philipp Raimund obronił prowadzenie, które wywalczył sobie już w pierwszej serii, wyprzedzając Polaka o 3,4 punktu. Ale choć w swojej drugiej próbie wylądował wyraźnie przed zieloną linią, sam do końca miał wątpliwości, czy to on zostanie triumfatorem zmagań. Kulisy tamtych chwil 25-latek opowiedział teraz w rozmowie ze "Sport Bildem".
- Mój skok był udany. Wiedziałem, że musi wystarczyć na medal. Ale czy na pewno będzie złoty? Przeskoczyłem zieloną linię, ale czasami warunki wietrzne zmieniają się, gdy jest się jeszcze w powietrzu. Wpatrywałem się więc w ekran i oglądałem powtórkę mojego skoku. 45 długich sekund, które wydawały się wiecznością. Kiedy obok mojego nazwiska zaświeciła się żółta cyfra jeden, po prostu musiałem krzyczeć. To było moje pierwsze zwycięstwo i to na igrzyskach olimpijskich! To było absolutnie niesamowite i stanowiło nagrodę za 20 lat ciężkiej pracy - powiedział reprezentant Niemiec, który nigdy dotąd nie stanął na najniższym stopniu podium w zawodach Pucharu Świata.
Skoki narciarskie. Raimund wspomina złoty medal. Nie chciał powtórki z Tomasiaka
Philipp Raimund przyznał, że możliwość założenia na szyję złotego medalu olimpijskiego stanowiła dla niego niewiarygodne przeżycie. - Mając najlepszy sezon w karierze, szczerze liczyłem na medal. Ale noszenie złota na szyi było czymś nierealnym. Zajęło mi kilka godzin, zanim pojąłem, że ten 500-gramowy przedmiot jest prawdziwy, mimo że cały wieczór trzymałem go w dłoni - przyznał podopieczny trenera Stefana Horngachera.
Wyjawił także, że chuchał i dmuchał na swój drogocenny krążek, bojąc się o jego losy. Słyszał bowiem o głośnych przypadkach uszkodzenia medali, do których dochodziło w trakcie tegorocznych igrzysk. Przekonał się o tym między innymi Kacper Tomasiak.
- Trwała konferencja prasowa, a Kacper Tomasiak ułożył swój medal na czapce, który zdążył się już się zerwać ze wstążki, ale na szczęście udało się go naprawić i w pewnym momencie zaczął gładzić krążek - relacjonował zdarzenia z Predazzo wysłannik Interii Tomasz Kalemba. Niemiec chciał za wszelką cenę uniknąć powtórki sytuacji, w której znalazł się Polak. A napięcie związane z konkursem i troską na swój łup zakończyło się dla niego boleśnie. I to dosłownie.
- Nie chciałem więc w żadnym wypadku zbyt mocno naciskać na taśmę i cieszyłem się, gdy mój złoty medal znalazł się później bezpiecznie na stoliku nocnym. Długo na niego patrzyłem, ponieważ nie mogłem naprawdę zasnąć w łóżku. Moja głowa szalała, a gdy napięcie minęło, ciało po prostu bolało. Następnego dnia rano okazało się, że spałem niecałe siedem godzin. Spoglądając na telefon, stanąłem przed kolejnym wyzwaniem - dostawałem gratulacje za gratulacjami. Zwykle najchętniej odpowiadałbym na wszystkie od razu. Jednak Andi Wellinger, który również został mistrzem olimpijskim w 2018 roku, poradził mi, żebym dał sobie czas. Tak też zrobiłem - opowiedział Philipp Raimund.












