Reklama

Reklama

Polscy skoczkowie narciarscy w symulatorze swobodnego spadania

Kadra polskich skoczków narciarskich trenowała w słowackim Liptowskim Mikulaszu tzw. swobodny lot. Wszyscy zawodnicy uznali zajęcia za doskonałą zabawę, choć stanowiły one jeden z elementów przygotowań do nowego sezonu.

Do największego parku wodnego na Słowacji przyjechali z trenerami Łukaszem Kruczkiem oraz Zbigniewem Klimowskim skoczkowie Maciej Kot, Dawid Kubacki, Krzysztof Miętus, Kamil Stoch i Piotr Żyła.

W wybudowanym w ciągu ostatnich miesięcy aerodynamicznym tunelu każdy z zawodników wykonał po kilkanaście lotów, trwających około dwóch minut.

Pierwsza próba w komorze o średnicy ponad czterech i wysokości ponad 14 metrów nie była łatwa. Krążące w niej powietrze osiąga bowiem zawrotne szybkości - maksymalnie jest to około 300 km/h, dzięki czemu warunki tu panujące są identyczne jak przy swobodnym spadaniu np. przy skoku spadochronowym z pułapu ok. czterech tysięcy metrów.

Reklama

Pokazy instruktorów przebiegały z wykorzystaniem około 80 procent mocy turbiny, natomiast dla wykonujących po raz pierwszy trening swobodnego lotu skoczków zmniejszono siłę tłoczenia. Powietrze osiągało podczas kolejnych prób prędkość od 100 do 150 km/h.

Wszyscy ocenili trening jako świetną i emocjonującą zabawę.

"Strachu nie było. To nowość i trzeba się było po prostu z nią oswoić. Część z tego, czego tu doświadczyliśmy, zapewne można przenieść na skocznię. Mogliśmy np. przekonać się, jak wielką różnicę robi rozluźnienie bądź napięcie mięśni" - powiedział Stoch.

Zapytany, czy można takie latanie porównać do tego na skoczni, stwierdził, że jednak nie.

"Tu na przykład nic nas nie zwieje, wszystko jest kontrolowane przez człowieka, przynajmniej teoretycznie. Na pewno jednak chciałbym tu jeszcze potrenować" - dodał.

"Było super! Trzeba tylko jeszcze pomyśleć, jak to wykorzystać w naszym treningu. Najtrudniejsze było nauczyć się podstawowych ruchów zmieniających np. kierunek lotu. My na skoczni tylko korygujemy, tu trzeba po prostu wyczuć powietrze. Na pewno nie ma porównania ze skocznią, nawet mamucią" - ocenił Kot.

Miętus podkreślił, że taki trening to świetny relaks.

"Chociaż przyznam, iż za pierwszym razem byłem spięty. Samo ułożenie ciała w powietrzu poszło bez problemu, natomiast trzeba było się nieźle napracować, aby spokojnie kontrolować sam lot" - zauważył.

Według Kubackiego każde wejście do komory dostarczało sporych wrażeń: "Najtrudniej było przetrwać pierwsze próby, przyzwyczaić się do innych ruchów ciała, ale z każdym razem było łatwiej i przyjemniej. Mam nadzieję, że jeszcze tu przyjedziemy, bo taki trening na pewno się przyda".

Żyła zauważył, że wszystko wydawało się niezwykle proste, gdy latali instruktorzy. A później...

"Nam już tak łatwo nie poszło, ale w końcu to wszystko kwestia treningu. Przyjechaliśmy tutaj poczuć powietrze i to się nam na sto procent udało. To fajna odskocznia od codziennego treningu. Relaks i świetna zabawa" - podsumował zawodnik Wisły Ustronianki.

Także trener Kruczek podkreślił, że wyjazd do Tatralandii był przede wszystkim ciekawostką, chociaż nie wykluczył przeprowadzania tu w przyszłości kolejnych treningów.

"Na dziś to tylko ciekawostka i urozmaicenie. To nie jest tak, że jeżeli coś wyeliminujemy bądź wytrenujemy w tunelu, to uda się przenieść na skocznię. Tu jednak zawodnicy otrzymali tzw. informację zwrotną na temat wykonanej pracy, co na pewno zostanie wykorzystane. Dowiedzieli się, co daje odpowiednie ułożenie ręki czy głowy i jaki to ma wpływ na opór powietrza oraz sam lot. Jeżeli to się sprawdzi, to przedyskutujemy sprawę i być może wprowadzimy do ćwiczeń" - przyznał.

Zdaniem szkoleniowca dużym plusem trwających ponad dwie godziny zajęć w Liptowskim Mikulaszu była wspólna zabawa.

"Będą kolejne wspólne wspomnienia, które wracają w rozmowach. Z tego się zawodnicy śmieją i żartują, a ta chęć wspólnego działania to doskonały rodzaj integracji" - podkreślił Kruczek.

Kolejny trening zaplanowano w sobotę na Wielkiej Krokwi w Zakopanem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL