Ostatnie miejsce w zawodach, Maciej Kot wyznał wprost. "Znowu nie dałem rady"
Zawody "Red Bull Skoki w Punkt" na Wielkiej Krokwi w Zakopanem przyniosły wiele pozytywnych emocji i dobrej zabawy zarówno kibicom, jak i zawodnikom. Nie wszyscy jednak byli zadowoleni ze swoich rezultatów - do tego grona należy m.in. Maciej Kot, który reprezentował drużynę Janne Ahonena. - Byłem tym decydującym zawodnikiem, który znowu nie dał rady - przyznał Polak po zawodach. Skoczek opowiedział również o wrażeniach ze spotkania z Robertem Kubicą.

Druga edycja zawodów "Red Bull Skoki w Punkt" zakończyła się zwycięstwem drużyny Martina Schmitta, w składzie której znalazł się m.in. Dawid Kubacki. W rywalizacji zaprezentowało się również pięciu Polaków, w tym Maciej Kot, który trafił do zespołu debiutującego Janne Ahonena.
"Oczywiście od razu byłem pozytywnie nastawiony do propozycji kolejnego startu i zaakceptowałem ją od razu. To super inicjatywa nie tylko dla naszej dyscypliny, ale też dla zawodników i kibiców. Możliwość zobaczenia czegoś innego jest fantastyczna, oby było więcej takich eventów i innowacji w naszym sporcie. To świetny sposób, by zainteresować ludzi, zwłaszcza młodzież, i przywrócić emocje, które w skokach liczą się najbardziej. W tym roku też były ciekawe nowinki, jak chociażby "Joker" - powiedział po zawodach Maciej Kot.
Decydujący skok Macieja Kota. "Jestem sportowo wkurzony"
W nietypowych zawodach zwyciężyła drużyna, która po ośmiu skokach była najbliżej wyniku 1000 metrów. Każda próba miała więc ogromne znaczenie, ponieważ ostateczna różnica między pierwszym a ostatnim zespołem wyniosła zaledwie 3,5 metra.
Generalnie jest mi przykro, jestem sportowo wkurzony. Wiadomo, że to jest zabawa, show, ale jesteśmy sportowcami, którzy chcą wygrywać i stawać na podium. Oczywiście byłbym bardzo zadowolony, gdybym osiągał swój dystans. Niestety, po raz kolejny skończyło się na piątym miejscu. Byłem tym decydującym zawodnikiem, który znowu nie dał rady. Trzeba jednak przyznać, że nasza drużyna skakała naprawdę dobrze - odchylenia były minimalne, dwa skoki w punkt
"Wiadomo, zasady są takie, że liczy się ostatni skok. Zrealizowaliśmy plan w stu procentach do mojego skoku - takie było założenie, żeby osiągnąć około 125 metrów. Wszyscy wykonali plan poprawnie. Po pierwszym skoku, gdzie wydawało mi się, że trafiłem w kreskę, okazało się, że było to półtora metra za daleko. Wiedziałem, że muszę skalibrować celownik i spróbować skoczyć przed kreskę. Miałem takie wyczucie, ale z tym różnie bywa. Często zawodnik czuje, że skoczył dalej, niż wskazuje dystans, i niestety tym razem tak się stało. Trochę za wcześnie zacząłem hamować, bo wydawało mi się, że mam dość wysokości, i nie doleciałem do kreski. Wiadomo - finalnie liczy się fajne show, dobra zabawa i wygląda na to, że kibicom się podobało" - dodał Polak.
Robert Kubacki na skokach w Zakopanem. "Jest moim wielkim idolem"
Dodatkowo podczas drugiej edycji wprowadzono tzw. "jokera", który kapitanom wręczał Robert Kubica. Jeśli zawodnik trafił w wyznaczony punkt po jego użyciu, drużyna zyskuje możliwość dodania lub odjęcia do 3 metrów od swojego wyniku.
"Miałem w głowie, żeby skoczyć w punkt i przybić piątkę z Robertem, ale niestety nie udało się trafić w punkt. Na szczęście udało się przybić piątkę i chwilę porozmawiać z Robertem, który jest wielką legendą polskiego sportu i moim wielkim idolem. To duże zaskoczenie, że Red Bull przygotował takiego "Jokera", i mam nadzieję, że Robert na stałe zagości w tym formacie" - przyznał polski skoczek.

Dla Macieja Kota rywalizacja w Zakopanem stanowiła oficjalne zakończenie sezonu, ponieważ nie znalazł się w składzie na finałowe konkursy w Planicy. Skoczek opowiedział, jakie pierwsze myśli towarzyszyły mu w tym czasie.
Trochę już zostawiłem tę analizę za sobą, choć oczywiście jeszcze będą rozmowy z trenerami, żeby wyciągnąć wnioski z tego sezonu. Myślę, że powoli zaczynam też myśleć o regeneracji i odpoczynku, a przede wszystkim o kolejnym sezonie. To praca nie tylko z trenerami, ale też z psychologiem nad strefą mentalną, stawianiem celów i czerpaniem radości nawet z małych sukcesów. Bo liczy się nie tylko cel na końcu, ale też droga, którą się przebywa i z niej też można mieć frajdę i satysfakcję















