Nowa skocznia w Polsce. Decyzja już zapadła. "Od zawsze myśleliśmy o większym obiekcie"
Na Podkarpaciu może wkrótce powstać nowa skocznia narciarska. Miłośnicy skoków z regionu mają ambitne plany stworzenia obiektu K-60, który pozwoli na rozwój tej dyscypliny w południowo-wschodniej Polsce. "Początkowo była to spontaniczna idea, która przerodziła się w większy projekt i doprowadziła nas do decyzji o zakupie kolejnej działki oraz planach budowy skoczni K-60" - mówi w rozmowie z Interią Sport Adrian Cecuła ze STS "Strachoczanka". Znana jest już również szacowana data pierwszego skoku.

Chociaż głównymi ośrodkami skoków narciarskich w Polsce pozostają Beskidy i Tatry, nie brakuje lokalnych działań w innych regionach kraju. Szczególnie za czasów "małyszomanii" wielu amatorów próbowało swoich sił w tej dyscyplinie.
Przykładem jest Podkarpacie, a dokładnie wieś Strachociny, gdzie już w latach 90. organizowano amatorskie konkursy. Choć wiele z tych przedsięwzięć z czasem upadło, dzięki zaangażowaniu lokalnych pasjonatów Strachociny dziś mogą pochwalić się największym w Polsce obiektem dla amatorów.
- Do tematu wróciliśmy dopiero około 2012 roku. Wybraliśmy się wtedy na wzgórze, zobaczyliśmy, co z niego zostało, i właśnie wtedy narodził się pomysł, by ponownie ożywić skoki w naszej miejscowości. Początkowo była to spontaniczna idea, która przerodziła się w większy projekt i doprowadziła nas do decyzji o zakupie kolejnej działki oraz planach budowy skoczni K-60. - odpowiada Adrian Cecuła, przedstawiciel STS "Strachoczanka".
Największa amatorska skocznia narciarska w Polsce. Od kilkulatków do seniorów
Budowa obiektu rozpoczęła się od małej skoczni K-15, która z czasem była stopniowo rozbudowywana do K-20, następnie K-25. W ostatnich latach udało się powiększyć skocznię do profilu K-30. Cały proces budowy odbywał się własnymi rękoma.
- Największym wyzwaniem były prace przy dostosowaniu profilu i przebudowie skoczni. Zwłaszcza prace ziemne, bo to były roboty nie tylko z użyciem koparki, ale też takie, gdzie kopaliśmy tę ziemię ręcznie, łącznie myślę przez kilka lat. To był bardzo mozolny i powolny proces. Później poszło już dużo łatwiej. Jeśli chodzi o dostosowanie skoczni, czyli wykończenie, obudowę band czy położenie igelitu. - dodaje.
Najczęściej z obiektu korzystają skoczkowie-amatorzy, którzy mogą rozwijać swoją pasję na profesjonalnie przygotowanym obiekcie. Wiek nie ma tu znaczenia - wachlarz śmiałków oddających skoki na "Strachoczance" jest bardzo szeroki.
- Przyjeżdżają do nas w ramach treningu, ponieważ na Podkarpaciu mamy nawet kilkudziesięciu takich zawodników. W ostatnim półtora roku, odkąd położyliśmy igielit, pojawiło się też wielu początkujących, którzy dopiero chcą zacząć swoją przygodę ze skokami. Niektórzy z nich poszli już krok dalej - reaktywowali w sobie tę pasję, zapisali się do klubów, startują w zawodach amatorskich. To był dla nich impuls, aby spróbować skoków, i bardzo nas to cieszy, bo daje satysfakcję, że udało nam się zaszczepić w ludziach fajną zajawkę na tę dyscyplinę. - komentuje.
Tych osób cały czas przybywa i to dosłownie z całej Polski. Mieliśmy zawodników ze Szczecina, z Dolnego Śląska, z Małopolski. Odwiedzają nas skoczkowie z różnych zakątków kraju, co tylko potwierdza, że pasjonatów skoków w Polsce naprawdę nie brakuje, a nawet długa droga nie jest przeszkodą, aby pojawić się u nas i oddać skok.
- Najmłodsi to nawet kilkulatkowie. Zdarzało się, że przyjeżdżało rodzeństwo młodych chłopaków i również próbowali swoich sił na naszej skoczni. Ostatnio mieliśmy też weterana lotnictwa, który ma już 66 lat i również oddał skok. To zresztą niejedyny taki przypadek, bo mieliśmy kilku śmiałków po sześćdziesiątce, którzy także skakali u nas. Oczywiście najwięcej jest dwudziestoparolatków, czyli amatorów, którzy na co dzień skaczą hobbystycznie, ale takich skrajnych przypadków również nie brakuje. - kończy Cecuła.
Nowa skocznia narciarska w Polsce? Lokalizacja może zaskoczyć
Kolejnym krokiem w rozwoju skoków w Strachocinach, a także na całym Podkarpaciu, ma być budowa znacznie większego obiektu - K-60. To długi proces, który wymaga zaangażowania wielu osób, jednak pierwszy krok, czyli zakup działki pod nowy obiekt, został już wykonany.
- My tak naprawdę od zawsze myśleliśmy o większym obiekcie, choć na początku bardziej chodziło o rozbudowę istniejącej skoczni. Obecny obiekt jest położony w specyficznym miejscu i ze zbocza, na którym stoi, nie jesteśmy w stanie "wycisnąć" więcej niż K-30. Za to tuż obok, po prawej stronie, mamy warunki, które pozwalają na powstanie skoczni K-60. Na decyzję o budowie większego obiektu wpłynął też fakt, że podobny projekt wielokrotnie upadał w Zagórzu, gdzie mamy kompleks K-10, K-20 i K-40. Liczyliśmy, że tam powstanie większy obiekt, który pozwoliłby rozwijać skoki na Podkarpaciu, ale niestety temat wielokrotnie powracał przed wyborami i równie często upadał po nich - działo się tak kilkanaście lat z rzędu. - kontynuuje.
Biorąc pod uwagę wszystkie kwestie związane z legalizacją i pozyskaniem przyległych gruntów, które są niezbędne do realizacji projektu, myślę, że realnie pierwsze testowe skoki będą możliwe dopiero za około pięć lat. To jeszcze nie oznacza otwarcia obiektu, ale pierwsze próby po wykonaniu prac i przygotowaniu skoczni powinny się udać. Jeśli proces potrwa dłużej, nie zamierzamy się załamywać — projekt będziemy realizować stopniowo, bez presji czasu. Tu nic nie musimy, wszystko robimy z pasji.
- Fajnie by było, gdyby władze lokalne zainteresowały się tym tematem, bo widać na to duży popyt. Bardzo - liczymy również na wsparcie nie tylko finansowe, ale także w formie pomocy przy pracach ze strony okolicznych mieszkańców. - dodaje jeden z inicjatorów.
Rozwój skoków narciarskich na Podkarpaciu. Są konkretne plany
Chociaż na pierwsze skoki na nowym obiekcie trzeba będzie poczekać jeszcze kilka lat, inicjatorzy rozwoju skoków narciarskich w Strachocinach już działają na istniejącym obiekcie K-30. Oprócz treningów amatorów organizowane są tam także zawody. Obecne plany modernizacji obejmują odpowiednie przygotowanie terenu, aby rywalizacja przebiegała w sposób bezpieczny i profesjonalny.
- Na pewno będziemy rozwijać ten obiekt w miarę możliwości i dopracowywać go jak najbardziej, choć skocznia już jest bardzo mocno doinwestowana. Pozostają jedynie kwestie kosmetyczne, przede wszystkim dostosowanie pod kątem wyglądu i estetyki. Jeśli chodzi o parametry techniczne, skocznia prezentuje się bardzo dobrze, a śmiało mogę powiedzieć, że wygląda lepiej niż większość profesjonalnych obiektów w Polsce, które mają homologację. Chcielibyśmy również uzyskać homologację od związku, ale będzie się to wiązało z dodatkowymi formalnościami, na przykład zalegalizowaniem całej budowy. Gdy ten proces zostanie przeprowadzony, uzyskanie homologacji powinno być możliwe bez problemu. Na razie skupiamy się jednak na etapowych udogodnieniach i poprawkach. - opowiada Adrian Cecuła.
W Polskim Związku Narciarskim mają wiedzę na temat naszej skoczni — wiemy z pierwszej ręki, że nawet skoczkowie pierwszej kadry oraz działacze doskonale o niej słyszeli. Jeśli chodzi o pomoc ze strony związku, to jedyne realne wsparcie dotyczyło pozyskania igielitu. Związek przekazał nam go nieodpłatnie; igielit pochodził ze Szczyrku, więc w tej kwestii faktycznie otrzymaliśmy pomoc. Dodatkowo otrzymaliśmy tory najazdowe, a w przyszłości mamy otrzymać także zestaw przeznaczony dla planowanej skoczni K-60.
- Natomiast jeśli chodzi o projekt budowy skoczni K-60 czy jakiekolwiek większe wsparcie, to oficjalnego stanowiska ze strony związku nie było. Myślę, że wynika to z prostego faktu: związek generalnie nie zajmuje się budową skoczni. Może jedynie lobbować za takimi inicjatywami, ale do tego potrzebne jest zaangażowanie lokalnych władz. Jeżeli więc ze strony naszych samorządów - mam na myśli powiat sanocki czy gminę Sanok - nie pojawi się zainteresowanie i inicjatywa, samo lobbowanie nic nie da. Ostateczna decyzja o rozwoju takiej infrastruktury leży po stronie władz lokalnych. - dodaje.
Region od lat pokazuje, że nie brakuje tu talentów, które mają realny potencjał do dalszego rozwoju.
- Był na przykład Michał Milczanowski, który świetnie radził sobie w rywalizacji ze skoczkami z Beskidów, Zakopanego czy Szczyrku. Był Dawid Kaszuba, który nadal amatorsko skacze, oraz Przemek Daszyk, który dobrze wypadł m.in podczas Mistrzostw Świata Weteranów. To pokazuje, że Podkarpacie ma zdolnych młodych adeptów. W Zagórzu również jest kilka bardzo dobrze rokujących chłopaków, tylko brakuje większego obiektu. Gdyby taki powstał, ci młodzi zawodnicy mogliby swobodnie rywalizować ze swoimi rówieśnikami z Tatr. Dlatego uważam, że obiekt tego typu jest na Podkarpaciu niezbędny - pozwoliłby stworzyć zrównoważoną i konkurencyjną rywalizację. - kończy.













