Reklama

Reklama

Nie można porównywać popularności Małysza i Stocha

Popularność dwukrotnego złotego medalisty olimpijskiego z Soczi Kamila Stocha spowodowała zwiększone zainteresowanie konkursami skoków PŚ w Zakopanem - uważa Zofia Kiełpińska, olimpijka i sędzina FIS.

Sprzedano już niemal wszystkie bilety na zakopiańskie konkursy Pucharu Świata. W sobotę i niedzielę na trybunach Wielkiej Krokwi zasiądzie po około 22 tysiące kibiców.

Reklama

Kiełpińska uważa, że nie można porównywać popularności Stocha, z tą, jaką cieszył się Adama Małysz. Dla brązowej medalistki MŚ w biathlonie z 1993 r. (z Krystyną Liberdą, Anną Sterą oraz Heleną Mikołajczyk) zjawisko "małyszomanii" było spowodowane głodem polskiego sukcesu sportowego, zwłaszcza w dyscyplinach zimowych.

- Gdy wreszcie taki zawodnik się pojawił, to otoczyło go uwielbienie kibiców. Kochany był chociażby za to, że udowodnił, iż Polak potrafi być najlepszy. Natomiast Stocha otacza podziw dla ubiegłorocznego dwukrotnego mistrza olimpijskiego i lidera medalowej drużyny (brąz MŚ w 2013 r. w Predazzo z Maciejem Kotem, Piotrem Żyłą i Dawidem Kubackim). Tak, "stochomania" trwa już od pewnego czasu, ale podwójne złoto olimpijskie na pewno zwiększyło jej rangę - stwierdziła dwukrotna olimpijka (Albertville 1992, Lillehammer 1994).

Podobnego zdania jest Małgorzata Tlałka-Długosz, była narciarka alpejska, a obecnie trener tej dyscypliny, która wraz z siostrą bliźniaczką Dorotą należy do najwybitniejszych polskich zawodniczek w tej dyscyplinie.

- Małysz i ta popularność, jaką wykreowały media, to było to "coś pierwszego" w sportach zimowych. Natomiast moim zdaniem efektem "małyszomanii" są właśnie wyniki Stocha, który z kolei pociągnął za sobą drużynę. Dwa medale olimpijskie Kamila to także bezpośredni efekt tego pierwszego boomu na skoki - uważa dwukrotna olimpijka (1984 r. Sarajewo i 1988 r. Calgary).

Według niej podobnie było w narciarstwie alpejskim, gdy zachodnie media wykreowały wielu sportowców.

- Wystarczy wspomnieć popularność Ingemara Stenmarka, Alberta Tomby czy Bode Millera. W Polsce, w czasach Andrzeja "Ałusia" Bachledy-Curusia, dostępność relacji sportowych opisujących sukcesy naszych zawodników była znacznie mniejsza. Ograniczone były możliwości wyjazdów i kibicowania na zawodach. Stąd na polskim gruncie zaczęło się to dopiero w czasach Adama Małysza. Teraz my czekamy w narciarstwie alpejskim na zawodnika formatu Małysza czy Stocha. I wtedy myślę, że nasze władze sportowe podejmą działania dla stworzenia odpowiedniej bazy sportowej dla tej dyscypliny, podobnie jak to się stało po sukcesach Małysza- wyraziła nadzieję Tlałka.

Były dwuboista narciarski oraz sędzia FIS, 82-letni dziś Władysław Gąsienica-Roj cieszy się, że kibiców sportowych z roku na rok przybywa. Uważa, że to duma narodowa każe miłośnikom skoków przyjeżdżać tak tłumnie do Zakopanego.

- Takimi idolami przed wojną byli skoczkowie i narciarze Bronisław Czech i Stanisław Marusarz. Po wojnie dołączył Franciszek Gąsienica-Groń (brązowy medalista ZIO z 1956 roku w Cortina d'Ampezzo, pierwszy polski medalista w historii zimowych igrzysk olimpijskich). Nie było telewizji, ale ludzie przyjeżdżali tu z całej Polski. Na mistrzostwa świata w 1962 roku przybyło ponad 100 tysięcy ludzi! A dzisiejsze trybuny przypominają mi czasy, gdy na mistrzostwach Polski startował Wojtek Fortuna. To było tuż po zdobyciu przez niego złotego medalu olimpijskiego w Sapporo w 1972 r. - podsumował Gąsienica-Roj.

Zakopiańską edycję PŚ w skokach zapoczątkuje piątkowy trening (16.). Kwalifikacje odbędą się o godzinie 18. Pierwsza seria konkursowa w sobotę rozpocznie się 17. a w niedzielę o 13.45.

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch | PŚ w skokach narciarskich

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje