Reklama

Reklama

Narciarskie MŚ - skoki kobiet kolejnym etapem równouprawnienia

W 1954 roku, kiedy gospodarzem mistrzostw świata było Falun, po raz pierwszy do startu w imprezie tej rangi dopuszczono biegaczki narciarskie. Teraz szwedzkie miasteczko ponownie gości te zawody, a organizatorzy starają się promować skoki w wykonaniu kobiet.

Państwa Europy Północnej od dawna przodują w rankingach równouprawnienia płci. To Finlandia w 1906 roku była pierwszym krajem, który umożliwił kobietom głosowanie. Właśnie tam oraz w sąsiedniej Szwecji czy Norwegii udział kobiet w życiu publicznym jest bardzo duży.

Reklama

Przy okazji mistrzostw odbyła się premiera książki "Licencja na skakanie" (License to Jump). Marit Stub Nybelius, która jest ekspertką stacji Eurosport, przedstawiła ponad 150-letnią historię skoków narciarskich kobiet.

"Mężczyźni w skokach rywalizują na igrzyskach od 1924 roku. Kobiety natomiast dopiero od 2014, choć pierwsze skoki oddały już w 1863 roku" - podkreśliła pochodząca z Falun autorka.

Książka powstawała trzy lata i obfituje w historie pionierek z Norwegii, Niemiec, Kanady czy USA. Wszystkie łączy walka o akceptację.

"Teraz sytuacja jest znacznie lepsza. Kobiecym skokom szczególnie mocno pomogło wprowadzenie konkursu drużyn mieszanych" - oceniła Nybelius.

W niedzielę w takich zawodach triumfowała ekipa Niemiec, przed Norwegią i Japonią. Rywalizowało 11 drużyn, ale bez biało-czerwonych. W Polsce męskie skoki są niezwykle popularne, ale reprezentujących odpowiedni poziom zawodniczek kibice wciąż nie mogą się doczekać.

"Wierzę, że za trzy lata, podczas igrzysk olimpijskich w Pyeongchang, nasze skoczkinie zobaczymy. Systematycznie nad tym pracujemy" - powiedział PAP prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner.

W Falun rywalizowały zawodniczki m.in. z Czech i Słowenii - krajów mających nieporównywalnie mniejszy potencjał ludnościowy od Polski.

Jak przyznają trenerzy i zawodnicy, to efekt długoletnich zaniedbań. W MŚ kobiety rywalizują w skokach od sześciu lat i zawodów w Libercu. Natomiast pierwsze mistrzostwa kraju - i to letnie - rozegrano dopiero w październiku ubiegłego roku. Zdaniem Justyny Kowalczyk niewiele lepsze jest zaangażowanie związku w kobiece biegi narciarskie.

"Przeglądam wyniki z mistrzostw świata juniorów i nie widzę tam ani jednej reprezentantki Polski. Są dziewczyny z Australii, Mongolii, Serbii, Wielkiej Brytanii i z innych egzotycznych narciarsko krajów, ale nie z Polski. Panowie działacze, przyjmijcie moje gratulacje. Tak zabijacie dyscyplinę" - napisała kilka tygodni temu na swoim profilu na Facebooku.

Po niedzielnym sprincie drużynowym, w którym z Sylwią Jaśkowiec zdobyła brązowy medal, dwukrotna mistrzyni olimpijska ponownie zaapelowała do władz PZN o stosowne działania.

"Biegi narciarskie to w Polsce taka dyscyplina, która nie ma nawet trasy nartorolkowej z prawdziwego zdarzenia. Mimo to, po moich indywidualnych sukcesach, przyszły drużynowe. Jestem przekonana, że sztafeta w czwartek również pokaże się z dobrej strony. Tego PZN już chyba nie zignoruje i doczekamy się stosownego obiektu. Następny krok należy do pana prezesa" - podkreśliła.

Skandynawskie podejście do kobiet w Polsce się sprawdza. Od 2010 roku trenerem "Biało-czerwonych" piłkarek ręcznych z powodzeniem jest Duńczyk Kim Rasmussen. Pierwsza mistrzyni Polski w skokach Magdalena Pałasz przyznała w jednym z wywiadów, że marzy jej się, by przestano ją traktować jak dziwaczkę, a zaczęto jak prawdziwą sportsmenkę.

Dowiedz się więcej na temat: skoki narciarskie | Falun | Magdalena Pałasz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje