Reklama

Reklama

​MŚ w Oberstdorfie. Nieuleczalny niedosyt Dawida Kubackiego?

Pewnie zielona linia na zeskoku przyśni mu się jeszcze nie raz. Będzie go męczył fakt, że nie może jej przekroczyć. Takich niepoprawnych uparciuchów jak Dawid Kubacki postawiłbym jednak wyżej od tych wszystkich, którym sukces sportowy zapisano w genach.

W twarzy Kubackiego odbijał się żal zaprzepaszczonej szansy na złoto. Kamil Stoch, Piotr Żyła i Andrzej Stękała oprzytomnieli już po tym jak z całych sił dmuchali mu pod narty. Objęli Kubackiego świadomi, że zrobił wszystko co było w jego mocy. Może warunki wietrzne, a może drobne błędy sprawiły, że w ostatnim skoku konkursu drużynowego na mistrzostwach świata w Oberstdorfie Polska spadła z pierwszej pozycji na trzecią.

Taka jest dola lidera

Reklama

Kubacki poczuł rozczarowanie, jak wielu pewnie kibiców. Lepiej smakuje medal, gdy ostatni skok daje awans, a nie spadek w klasyfikacji. To kwestia emocji, bo w praktyce nie ma znaczenia. Wystarczył rzut oka na indywidualne wyniki konkursu, by się przekonać, że Dawid niczego nie zawalił i nie popsuł. Miał drugi wynik w zespole z notą 257,3 pkt.

Żyła wywalczył o 28,4 pkt więcej, Stoch o 1,5 pkt mniej, Stękała o 24,9 pkt mniej. Tu nie chodzi o żadne indywidualne rozliczenia - w drużynie liczy się wspólna robota. Poczucie, że każdy dał ile mógł, i tak właśnie było u Polaków. Dawid był zawiedziony, ale partnerzy wychwalali jego wkład w sukces.

Nawet tak wielki mistrza jak Stoch ma podobne doświadczenia. W Pjongczangu w ostatnim skoku konkursu drużynowego walczył o srebro. Skończyło się brązem - pierwszym medalem polskiego zespołu w historii igrzysk. Sukces był duży, ale Kamil miał przez chwilę uczucia ambiwalentne. Tak samo jak podczas MŚ w Falun w 2015 roku, gdzie Polacy byli do skoku Stocha na drugiej pozycji. Skończyli na trzeciej, ale Kamil uzyskał z całej czwórki najwyższą notę. Taka jest dola lidera - w czwartej grupie skaczą sami najlepsi.

Dawid rywalizował w sobotę na Schattenbergschanze z Karlem Geigerem i Stefanem Kraftem - medalistami konkursu indywidualnego. Musiałby być w życiowej formie, żeby wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Cienka zielona linia

Kubacki żałuje złota. Pewnie zielona linia na zeskoku przyśni mu się jeszcze nie raz. Będzie go męczył fakt, że nie może jej przekroczyć. Ma jednak na tyle doświadczenia, by po przebudzeniu nie wyrzucać sobie niczego. Po konkursie na normalnej skoczni w Oberstdorfie, gdzie bronił złota z Seefeld, powiedział: - Ja miałem fart dwa lata temu, nie mam prawa się skarżyć, że teraz mieli inni.

Kubacki jest tym typem sportowca, którego historia chwyta za serce. Kocha to co robi, przez lata nie zniechęcały go do skoków kolejne porażki. Nigdy nie był uważany za cudowne dziecko. Nikt mu nie wróżył wysokich lotów. Był lubiany za swoją pasję, ale w wieku juniora notorycznie oglądał plecy tych znacznie zdolniejszych. Mimo wszystko niczego nie zaniedbał. Nawet wtedy, gdy przed sezonem 2015-2016 odesłano go do kadry B. Nie czuł się pokrzywdzony, bo wciąż mógł robić to co go kręci.

Od tamtej pory regularnie pnie się w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jeszcze w Lahti w 2017 roku, gdy Polacy zdobywali złoto mistrzostw świata w drużynie, uchodził za jej najsłabsze ogniwo. Dziś jest liderem. Dorósł do sukcesów indywidualnych. Wygrał Turniej Czterech Skoczni, zdobył złoto MŚ w Seefeld. Przed rokiem był czwarty w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

- Jakiś talent to ja chyba jednak do skoków musiałem mieć - powiedział, gdy pytano go o długą i krętą drogę na szczyt. Takich niepoprawnych uparciuchów jak Dawid postawiłbym nawet wyżej od tych wszystkich, którym sukces sportowy zapisano w genach.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje