Reklama

Reklama

MŚ w lotach. Wojciech Fortuna ocenia szanse Orłów i wspomina legendarny czempionat

Już w czwartek słynna skocznia mamucia w Planicy będzie areną mistrzostw świata w lotach narciarskich. Letalnica, wcześniej przez lata oficjalnie nazywana Velikanką, ma specjalne miejsce w sercu naszego legendarnego mistrza olimpijskiego Wojciecha Fortuny.

Ta kultowa skocznia została otwarta w 1969 roku, a już trzy lata później odbyły się na niej premierowe mistrzostwa świata w lotach.

Jednym z uczestników tych nieco już zapomnianych zmagań był nasz wybitny mistrz olimpijski z Sapporo, Wojciech Fortuna.

Wszystko działo się krótko po igrzyskach w Japonii, gdzie nasz zawodnik osiągnął niespodziewany i życiowy sukces, którym przeszedł do historii. To były czasy, gdy o obecnych odległościach, które wynoszą już ćwierć kilometra, można było tylko pomarzyć.

Reklama

Jednak mowa o zupełnie innych profilach obiektów, które nawet nie pozwalały śnić o takich odległościach, jakimi raczą nas obecni skoczkowie, dysponując dodatkowo sprzętem z zupełnie innej półki.

W rozmowie z portalem skijumping.pl Fortuna wspomina, że rekord Velikanki przed MŚ wynosił 165 metrów i wraca pamięcią do tych mistrzostw. Niezapomnianych, bo rozgrywanych w ekstremalnie trudnych warunkach. - Ja do swojego skoku, a miałem podobnie jak w Sapporo numer startowy 29, naliczyłem osiem karetek na sygnale - powiedział. Ostatecznie zajął 20. miejsce po skoku na 132 m, co było i pozostało jego rekordem życiowym.

Pierwotnie tegoroczne MŚ, już po raz siódmy organizowane w Słowenii, miały się odbyć w marcu, ale wszystko storpedowała pandemia koronawirusa. Fortuna jest zdania, że gdyby nie wymuszona decyzja, to mielibyśmy wielkie powody do radości i świętowania. - Jestem przekonany, że gdyby te mistrzostwa odbyły się w marcu zgodnie z planem, Kamil zdobyłby to brakujące złoto. Był w sakramenckim gazie - uważa nasz mistrz IO i świata.

W tej samej rozmowie padło też pytanie o stan zdrowia Fortuny oraz jego małżonki. Oboje musieli zmierzyć się z zakażeniem COVID-19 i, zwłaszcza małżonka mistrza, znalazła się w grupie ryzyka.

- Na szczęście sytuacja wróciła już do normy. Żona ma problemy z sercem, utrzymywała się u niej wysoka gorączka, musiała więc spędzić dwa tygodnie w szpitalu. Ja z kolei siedziałem w domu, leczono mnie telefonicznie, byłem mocno osłabiony, ale wróciłem już do pełni sił - powiedział pan Wojciech.

Art

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama