Reklama

Reklama

MŚ w Lahti. Polacy dziś walczą o medal na dużej skoczni

- Rozumiem, że na średniej skoczni liczono na medal, ale mówienie, że wypadliśmy źle, czy przeciętnie, jest jakimś nieporozumieniem - mówi Kamil Stoch przed dzisiejszym konkursem o mistrzostwo świata na dużej skoczni w Lahti. W zawodach, które rozpoczną się o 17.30, wystąpią też Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki.

"Biało-czerwoni" przyjechali do Lahti walczyć o medale. Najgłośniej mówi o tym Kot. Na średniej skoczni nie udało się ani jemu, ani Stochowi, choć obaj znaleźli się w pierwszej piątce.

Dziś w konkursie wystartuje nasza czołowa czwórka. Kubacki bez problemu awansował z kwalifikacji. Stoch, Kot i Żyła mieli zapewniony udział w konkursie. Dużo szczęścia miał ten ostatni, który nie musiał przeżywać stresu kwalifikacji dzięki decyzji Słoweńców o wycofaniu z mistrzostw Domena Prevca. Przesunęło to Żyłę do czołowej dziesiątki.

Reklama

- To jest najważniejsza impreza tego sezonu. Jest on naprawdę udany, ale brakuje takiej wisienki na torcie, a medal byłby czymś wspaniałym - nie ukrywa Kot, który czasem ma już dosyć piątych miejsc, przytrafiających mu się w tym sezonie dość często.

- Piąte miejsca w Pucharze Świata nie frustrują mnie tak bardzo. Dopisuje się za nie dużo punktów do klasyfikacji generalnej. Z piątego miejsca jest już krok czy dwa do podium. Ale wiadomo, że w takim momencie, jak tu w Lahti, kiedy walczy się o medale MŚ, miejsca poniżej trzeciego się nie liczą. Wtedy kolejne piąte miejsce jest już trochę frustrujące - powiedział nasz skoczek.

Jego zdaniem, nawet 10 zawodników może walczyć dziś o złoty medal. - Przed mistrzostwami myślałem, że Stefan Kraft będzie faworytem na dużej skoczni, a nie na średniej. Na pewno będzie silny. Kamil Stoch też bardzo lubi tę skocznię i pokazał na treningach rewelacyjne skoki. To jest dwójka "żelaznych" kandydatów do złota - uważa Kot.

Stoch zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą, a najważniejsza jest radość ze skoków. Nie uznaje wyników na średniej skoczni za porażkę. Przegrał tam brązowy medal z Niemcem Marcusem Eisenbichlerem o 1,1 punktu. - Rozumiem, że liczono na medal, ale mówienie, że wypadliśmy źle, czy przeciętnie, jest jakimś nieporozumieniem - podkreślił.

Trener Stefan Horngacher wylicza całą listę zawodników, którzy mogą sięgnąć po złoto na większym obiekcie. - Nie możemy zawsze wygrywać - asekuruje się, podkreślając, że nie był zawiedziony wynikami pierwszego konkursu.

Grono kandydatów do medali rośnie. Oprócz Polaków, Austriaków i Niemców, coraz groźniejsi są Norwegowie, których forma wzrasta z dnia na dzień. Na wtorkowych treningach Andreas Stjernen i Anders Fannemel nie dawali szans rywalom. A jest przecież jeszcze Daniel Andre Tande. Reprezentacja Norwegii wysyła głośny sygnał, także w kontekście konkursu drużynowego.

W konkursie zabraknie obrońcy tytułu sprzed dwóch lat, Niemca Severina Freunda, który leczy kontuzję.

Na skoczni w Lahti rozdano już trzy komplety medali, licząc też konkurs pań i rywalizację drużyn mieszanych. Wszystkie dziewięć krążków podzieliły między siebie: Austria, Niemcy i Japonia.

Polscy skoczkowie przywozili krążki z trzech ostatnich mistrzostw świata. W 2011 roku w Oslo brąz na skoczni normalnej wywalczył Adam Małysz. Dwa lata później w Val di Fiemme Stoch zdobył złoto na dużej skoczni, a w drużynie, wraz z Kotem, Żyłą i Kubackim, sięgnął po brąz. W 2015 roku w Falun znów trzecie miejsce zajęła polska drużyna, tym razem w składzie: Stoch, Żyła, Klemens Murańka i Jan Ziobro.

Z Lahti Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch | maciej kot | MŚ w Lahti | skoki narciarskie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje