Reklama

Reklama

MŚ w Lahti. Martin Schmitt: Horngacher robi dobrą robotę w Polsce

- Stefan Horngacher w Polsce może nie czyni cudów, ale wykonuje dobrą robotę - powiedział w rozmowie z Interią w Lahti Martin Schmitt, były znakomity skoczek, a dziś ekspert telewizyjny i biznesmen. Niemiec odniósł się też m.in. do kontrowersji wokół sobotniego skoku Marcusa Eisenbichlera, który o 1,1 punktu wygrał brąz MŚ z Kamilem Stochem.

Interia: Gratulacje dla niemieckiej drużyny. Macie na koncie cztery medale po trzech konkursach. Pana młodsi koledzy i koleżanki są w Lahti w znakomitej formie.

Reklama

Martin Schmitt: - Dziękuję. Rzeczywiście spisujemy się tu znakomicie, szczególnie Carina Vogt oraz Andreas Wellinger i Marcus Eisenbichler.

Musi pan przyznać, że zawsze wiecie, jak przygotować się do najważniejszej imprezy sezonu. To chyba wasza specyfika?

- Tak. Skoki narciarskie mają zwykle dwie główne imprezy w sezonie, Turniej Czterech Skoczni i mistrzostwa świata lub igrzyska olimpijskie. Niemiecka drużyna jest tu świetnie przygotowana, ale obserwując rywalizację, widzę, że Polacy także są w bardzo dobrej formie, mimo że nie zdobyli medalu na skoczni normalnej.

Fani Kamila Stocha i jego kolegów oczywiście byli rozczarowani brakiem medalu.

- Średnia skocznia charakteryzuje się tym, że odległości i różnice punktowe są bardzo niewielkie. Jedna drużyna może zdobyć dwa lub trzy medale albo żadnego. Jeśli popełnisz nawet mały błąd, możesz stracić szansę na podium.

Wielu komentatorów w Polsce zwróciło uwagę, że w sobotnim konkursie lądowanie Eisenbichlera w drugim skoku...

- ... było genialne? (śmiech)

Wręcz przeciwnie, nie było idealne, a mimo to otrzymał wysokie noty i minimalnie wygrał brąz ze Stochem.

- W Niemczech nie mówiło się o tym. Być może sędziowie nie widzieli dobrze tej sytuacji, siedząc daleko od miejsca lądowania zawodników. Wieża sędziowska jest z prawej strony skoczni, a lądowanie bardziej z lewej. Może Marcus miał trochę szczęścia, jeśli chodzi o noty sędziowskie. Tak czy inaczej dobrze skakał już wcześniej na treningach. A w zawodach jest tak, jak choćby w piłce nożnej - decyzja sędziego po zawodach jest już niezmienna.

Kto będzie faworytem do zwycięstwa na dużej skoczni indywidualnie, a potem drużynowo?

- W tym momencie trzej najlepsi skoczkowie to: Kamil Stoch, Andreas Wellinger i Stefan Kraft. Wszyscy są na tym samym poziomie, różnice są bardzo małe. Nie można przewidzieć, który z nich wygra, ani która z trzech drużyn, Polska, Niemcy czy Austria, wygra konkurs drużynowy.

Myśli pan, że któryś z rywali może dogonić Stocha w walce o Kryształową Kulę?

- Zapowiada się twarda walka do końca sezonu. Nic nie jest przesądzone.

Jest pan zaskoczony dobrą postawą polskich skoczków od początku sezonu?

- Polacy są naprawdę mocni. Nie jestem bardzo zaskoczony, bo obserwowałem ich już podczas letnich przygotowań i konkursów, w których dobrze się spisywali. Choć oczywiście patrząc na to, co prezentowali rok temu, jest to ogromna różnica.

Myśli pan, że Stefan Horngacher czyni cuda w Polsce?

- Może nie cuda, ale bardzo dobrą robotę. Nie tylko on, ale także jego asystenci, czy Adam Małysz. Widać to po wynikach.

16 lat temu na MŚ w Lahti zdobył pan cztery medale, dwa indywidualne i dwa drużynowe, w tym dwa złote. Lubi pan Lahti?

- Tak, bardzo lubię. To były dla mnie udane mistrzostwa, w których zdobyłem wiele medali. To jedne z największych osiągnięć w mojej karierze.

Dwa medale zdobył wtedy również Adam Małysz. Na pewno doskonale pan to pamięta.

- Oczywiście. On wygrał na średniej skoczni, a ja na dużej.

Mieliście okazję znów się spotkać i porozmawiać w Lahti?

- Spotkałem go, ale jeszcze nie porozmawialiśmy dłużej. Jest teraz bardzo zajęty.

Rozmawiał w Lahti Waldemar Stelmach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje