Minister sportu szalał, Adam Małysz wzruszony. Nagle telefon. "Co ty, płaczesz?"
Adam Małysz aż trząsł się z nerwów. Emocje sięgały zenitu. Po finałowym skoku Kacpra Tomasiaka zaczął się taniec radości, ale prezes Polskiego Związku Narciarskiego uspokajał. Na górze było jeszcze trzech skoczków. Tylko jeden wyprzedził Polaka. I wtedy zaczął szaleć Jakub Rutnicki, minister sportu. Gardło miał zdarte. Nagle Małysz wykonał telefon. - Co ty płaczesz? - zapytał. Płakaliśmy wszyscy. Płakała cała Polska.

To najpiękniejszy dzień dla reprezentacji Polski na zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d'Ampezzo (6-22 lutego). W Predazzo pierwszy medal dla naszej kadry zdobył zaledwie 19-letni Kacper Tomasiak, zostając najmłodszym polskim medalistą w historii tej imprezy. Konkurs, w którym skoczek LKS Klimczok Bystra sięgał po srebrny medal, Interia Sport oglądała razem z Adamem Małyszem, prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, na trybunach.
Jeszcze przed konkursem na normalnej skoczni w Predazzo do biura prasowego zawitał Piotr Żyła. On nie zakwalifikował się na igrzyska, ale został ekspertem w Eurosporcie. I trzeba przyznać, że zna się gość na rzeczy.
Piotr Żyła niemal wytypował podium, oglądaliśmy konkurs z Adamem Małyszem i ministrem Jakubem Rutnickim
Siedmiokrotny medalista mistrzostw świata typował podium i wskazał na: Norwega Mariusa Lindvika, Kacpra Tomasiaka i Philippa Raimunda. Skuteczność znakomita. Żyła wytypował bowiem dwóch z trzech medalistów. Nawet japońscy dziennikarze kiwali głowami, widząc skuteczność wiślanina.
Konkurs obejrzeliśmy w towarzystwie prezesa Polskiego Związku Narciarskiego Adama Małysza i jego małżonki. Razem z nami byli też dyrektor PZN Kamil Fundanicz oraz sekretarz generalny PZN Tomasz Grzywacz. Małysz ponaglał do dopingowania naszych. Sam wyjął z plecaka złotą wuwuzelę i trąbił, co sił, kiedy na belce pojawiali się kolejni nasi zawodnicy.
Niestety po skokach Pawła Wąska i Kamila Stocha minę miał nietęgą. Nadzieja pozostawała przy Kacprze Tomasiaku. Ten po pierwszej serii tracił 0,1 pkt. do podium i 2,8 pkt. do złota.
Wróciły wspomnienia. Ostatni konkurs na normalnej skoczni na igrzyskach, w którym był tylko jeden Polak w serii finałowej, miał miejsce 24 lata temu. To było Salt Lake City w 2002 roku. Wówczas Małysz wywalczył brązowy medal. Mówimy mu zatem o tym, a on tylko pokiwał głową, jakby poczuł, że podobna historia może się napisać na naszych oczach.
Małysz zrezygnował z akredytacji na rzecz jednej osoby ze sztabu. Dlatego stał pod skocznią razem z kibicami. Podobnie, jak reszta osób z PZN.
Z czasem pojawili się tam też: minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki, a także czterokrotny mistrz olimpijski Robert Korzeniowski. Był też Wojciech Gumny, wiceprezes PZN.
Wszystkim trzęsły się nogi, nagle wybuch radości. Małysz krzyczał o dwudziestkach
Emocje rosły wraz z każdą minutą. Minister nerwowo przeskakiwał z nogi na nogę. Podobnie, jak Małysz. Prezes PZN aż trząsł się z nerwów. Kolejni zawodnicy lądują daleko.
- Musi skoczyć co najmniej 105 metrów - twierdzi Rutnicki.
Czuć, jak rośnie temperatura. Na belce siada Tomasiak. Cisza. Skupienie. Wszystkim nam trzęsą się nogi. Wiem, bo wymieniamy między sobą uwagi i nikt nie może wytrzymać. Trudno utrzymać nerwy na wodzy. Jeździec bez głowy i bez układu nerwowego rusza. Jakby to były zawody Orlen Cup, a nie walka o medal igrzysk. Leci daleko. 107 metrów. Najdłuższy skok dnia.
- Dwudziestka. Za takie lądowanie musi być dwudziestka - wykrzykiwał Małysz.
Tyle samo skoczył tylko Szwajcar Gregor Deschwanden. Radość. Przybijamy piątki. Małysz uspokaja.
- Poczekajcie, to jeszcze nie medal. Nie zapeszajmy - mówi spokojnym głosem, ale jak to być spokojnym, kiedy 19-latek, o którym kilka miesięcy temu świat jeszcze nie słyszał, frunie tak daleko.
Po Tomasiaku jeszcze trzech skoczków. Pierwszym jest Kristoffer Eriksen Sundal. W klasyfikacji ląduje za Tomasiakiem. Mamy medal. Minister wyjmuje flagę. Zaczyna się taniec radości. Ale to nie koniec emocji. Myślimy o złocie, bo ta historia coraz bardziej zaczyna przypominać tę sprzed 54 lat, kiedy to w Sapporo wygrywał Wojciech Fortuna. On też miał wtedy 19 lat i na igrzyska pojechał w ostatniej chwili. Tomasiak też do Predazzo wywalczył bilet w ostatniej chwili, bo w połowie sezonu.
Nagle dzwoni Małysz: Co ty, płaczesz? Sztafeta trwa
Teraz na belce siada Francuz Valentin Foubert. Skacze słabiej. Szalejemy. Upominają nas niemieccy kibice, że to nie fair. Oni zaraz będą mieli wielkie emocje, ale nasze też są olbrzymie. Na górze został już tylko Philipp Raimund. Skacze daleko. Niemcy się cieszą, ale my też. Mamy złoto? Nie. Raimund triumfuje. Tomasiak ze srebrem, a Japończyk Ren Nikaido i Gregor Deschwanden dzielą się brązem.
- Myślę, że wszyscy absolutnie wierzyliśmy. Jestem pod ogromnym wrażeniem wytrzymania tej niesamowitej presji. To piękna historia. Kamil Stoch gratuluje nowemu wicemistrzowi olimpijskiemu. Pękamy z dumy i myślę, że dzisiaj cała Polska będzie to świętować. Wielka sprawa! - krzyczał minister.
Małysz płacze. Podchodzą kibice. Robią sobie z nim zdjęcie. Za chwilę telefon. Dzwoni do trenera Macieja Maciusiaka.
- Co ty płaczesz? - pyta szkoleniowca, jakby sam łzy nie uronił.
Piękny moment. Kiedy Małysz kończył karierę, to konkurs w Planicy wygrywał Kamil Stoch. Gdy ten ostatni kończy karierę, po medal olimpijski sięga Tomasiak. Sztafeta trwa, a tak wielu wątpiło.
Z Predazzo - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:

















