Małysz wprost o porozumieniu z Tajnerem. Potem zmiana. To było zbyt wiele
Adam Małysz powoli żegna się już ze stanowiskiem prezesa Polskiego Związku Narciarskiego. Jeszcze kilka tygodni temu kibice liczyli na to, że legenda pozostanie na kolejną kadencję. Wielokrotny medalista olimpijski postanowił odpuścić. Powód? Choćby zamieszanie związane z zatrudnieniem Stefana Horngachera. Emerytowany skoczek wrócił też do przeszłości i epizodu dyrektora sportowego. Czerpał on wtedy dużo większą przyjemność z wykonywanych obowiązków.

Do działań Adama Małysza w roli prezesa krajowej federacji nie można mieć większych zastrzeżeń. Niedawno cieszył się on choćby z trzech medali podczas igrzysk olimpijskich. Co prawda Polacy niezbyt dobrze radzili sobie w Pucharze Świata, ale za to na najważniejszej imprezie czterolecia Kacper Tomasiak oraz Paweł Wąsek stanęli na wysokości zadania. A do konkursów w Italii przygotowywał ich obdarzony sporym zaufaniem działaczy Maciej Maciusiak.
Między innymi dzięki obecnemu jeszcze prezesowi PZN otrzymał on dodatkowego współpracownika w postaci Stefana Horngachera. Adam Małysz dopiął swego i doprowadził do powrotu Austriaka. Początkowo przenosiny z Niemiec miały zostać odroczone w czasie ze względu na nadchodzące wybory nowego sternika federacji, lecz ostatecznie działacze zmienili zdanie i pozwolili pracować uznanemu specjaliście już teraz. Żal u Wiślanina jednak pozostał.
"Zawsze wydawało mi się, że zarząd powinien być jednością" - wyznał w rozmowie ze "sport.tvp.pl". Był to zresztą naprawdę spory wywiad podczas którego poruszono sporo innych wątków. "Czy jest taka rzecz, którą przed objęciem prezesury wykonywał pan z przyjemnością, a teraz stała się mniej pożądaną rutyną?" - zapytał się w pewnym momencie Wiktor Marczuk. Wielokrotny medalista olimpijski wrócił wtedy pamięcią do chwili, gdy objął stanowisko dyrektora sportowego.
Małysz musiał odpuścić wyjazdy. Tak wyglądała jego prezesura od kulis
"Dogadałem się z Apoloniuszem Tajnerem w ten sposób, by faktycznie uczestniczyć w tym, co się dzieje. Jeździłem z kadrą na zawody, pełniłem rolę koordynatora. Prezesura mi to zabrała. Przez te cztery lata byłem w stanie jeździć w zasadzie tylko do Wisły, Zakopanego, Planicy i czasem na Turniej Czterech Skoczni. Do tego jeszcze snowboardowy Puchar Świata w Krynicy, bo go organizujemy jako PZN. Jest bardzo dużo biurokracji i spraw, przy których musisz być osobiście. Prezesura nie jest funkcją społeczną taką, jak dawniej" - wyznał gorzko.
Odpowiedzialna rola to także mnóstwo stresu. "Nie wystarczy pokazywać się na galach, musisz zarządzać budżetem, ludźmi, zawodnikami, trenerami. To duża odpowiedzialność. Siedzenie za biurkiem, załatwianie kontraktów, relacje z ministerstwem sportu, sponsorami, różne wydarzenia - nie wszystkim jesteś w stanie sprostać. Brakuje dni, by skorzystać z każdego zaproszenia. A gdy się gdzieś nie pojawisz, to zazwyczaj pojawia się "foch". Uważam, że więcej takich obowiązków reprezentatywnych powinni przejąć wiceprezesi, członkowie zarządu" - dodał.
I niebawem 48-latek będzie mógł rozpocząć kolejny rozdział w życiu. Jego stanowisko najprawdopodobniej obejmie Apoloniusz Tajner, który już zapowiedział start w nadchodzących wyborach.












