Reklama

Reklama

Małysz pokazał, że rywalizacja może łączyć, nie dzielić

Przeżywając ostatni konkurs w Planicy, można było dojść do wniosku, że rywalizacja w sporcie mocniej łączy niż dzieli. A może właśnie to jest największym zwycięstwem Adama Małysza?

Zobacz nasz serwis na pożegnanie Adama Małysza!

Przebieg niedzielnego konkursu Pucharu Świata na Letalnicy musiała wyreżyserować ręka boska. A przynajmniej polska. Klęczący przed Adamem Małyszem Simon Ammann, płaczący ze wzruszenia w biurze prasowym dziennikarz ze Słowenii - takie spontaniczne sceny przyniosły wszystkim moment wytchnienia od austriackiej hegemonii. To był polski dzień w światowym sporcie.

Adam ze łzami w oczach

Skoczek z Wisły ze łzami w oczach wspominał, jak w oczekiwaniu na serię treningową rywale podchodzili do niego, prosząc o autograf. Ostatni skok Małysza w zawodach Pucharu Świata był wydarzeniem, które wykroczyło daleko poza granice Polski. Nie uległ emocjom. Lot na 216. metr pozwolił mu wygrać ostatnią bitwę w karierze - z Andreasem Koflerem o miejsce na podium w klasyfikacji generalnej.

Reklama

Wobec czterech "Kryształowych Kul" oraz dziesięciu medali igrzysk i mistrzostw świata to była sprawa banalna, ale uświadomiła nam jeszcze raz, że Polak wciąż jest w stanie wygrywać z wiekiem i zmęczeniem.

Małysz odchodzi w chwili, kiedy jest na szczycie. Zagadnąłem o to zwycięzcę Pucharu Świata, Thomasa Morgensterna, który odpowiedział pytaniem: "A kiedy byłby na to lepszy moment?". Faktycznie, lepszego pożegnania niż na Letalnica nie można sobie wyobrazić. Mistrz skończył karierę, naznaczając do walki zwycięzcę, Kamila Stocha.

Był idolem "Schlieriego"

21-letni Gregor Schlierenzauer przyznaje, że Małysz był idolem jego dzieciństwa, fenomenalny Austriak marzył, by skakać tak jak on. Obaj z Morgensternem nie bardzo za sobą przepadają, ale 26 marca zjadą do Zakopanego z przyklejonymi wąsami w hołdzie dla Polaka.

Trzy lata starszy od Schlierenzauera Tom Hilde domalował sobie czarną kreskę pod nosem już na Letalnicy, choć Małysz wcale nie jest jego sportowym wzorem. Dla Norwega niemodny wąsik, symbolizujący Polaka, był świadectwem tego, jak długo zdołał się utrzymać na topie ten facet z poprzedniej epoki.

Z biegiem lat Małysz stał się kimś niezwykłym dla kolejnego pokolenia skoczków. Kiedy w 2001 roku wygrywał Turniej Czterech Skoczni, rywale tak bardzo chcieli go naśladować, że gremialnie wprowadzili do swojego menu bułkę z bananem, wierząc naiwnie, że dieta wymyślona przez Polaka przemieni ich w Batmanów.

Najjaśniejsza gwiazda skoków w tamtych czasach, Martin Schmitt podejrzewał, że Małysz wyprzedził swoją epokę, wymyślając coś, co reszta stawki odkryje dopiero w przyszłości. Niemiec stara się to zgłębić do dziś, choć od dziewięciu lat indywidualnie nie odnosi sukcesów. Jest przykładem sportowca, który nie potrafił się odrodzić, a także wyczuć momentu, by zejść ze skoczni. To samo przydarzyło się innej wielkiej gwieździe - Janne Ahonen wrócił do sportu, by zanotować serię bolesnych porażek.

Identyczne obawy budził Polak. Legendarny Jens Weissflog, obecnie komentator telewizyjny, doradzał mu, by rozstał się z zawodowym sportem jeszcze przed igrzyskami w Vancouver. Małysz nie posłuchał idola z dzieciństwa i z tej próby także wyszedł zwycięsko, zdobywając dwa srebrne medale olimpijskie, a ostatnio jeszcze brąz mistrzostw świata w Oslo.

Nie dogonił Nykaenena

Czego Polak nie osiągnął? Nie pobił historycznego rekordu Matti Nykaenena, który w Pucharze Świata wygrał 46 razy (tę misję zostawił dla Schlierenzauera). Małysz triumfował jednak nad legendarnym Finem w tym sensie, że nie pozwolił, by sława wyrządziła krzywdę jemu i rodzinie.

Największym prześladowcą skoczka z Wisły okazał się jednak nie przystojny Schmitt czy anorektyczny Sven Hannawald, ani nawet genialne austriackie dzieciaki, ale najsympatyczniejszy w całej stawce Simon Ammann. Ten sam, który klęczał w Planicy, a dwa miesiące wcześniej w Zakopanem mówił, że mimo swoich czterech złotych medali igrzysk porównywać do Małysza się nie odważy.

To właśnie Szwajcar trzy razy skazał Polaka na drugi stopień olimpijskiego podium, uniemożliwiając spełnienie największego sportowego marzenia. Ich walka w Salt Lake City ustanowiła w telewizji rekordy oglądalności niepobite przez dziewięć lat.

Zacięta rywalizacja nie zburzyła między nimi sympatii i uznania. Szwajcar to najbardziej pogodniejszy skoczek w Pucharze Świata, ale nawet on był zdumiony, że Małysz wygląda i zachowuje się tak samo po największym nawet triumfie, jak i po najcięższej porażce. Hilde tłumaczy, że niepozorny uśmiech pozostawi głębsze wspomnienie o Polaku niż wszystkie jego trofea.

Orzeł z Wisły gwarantował fanom sukcesy

Tyle samo, ile dla rywali, Małysz znaczył oczywiście dla kibiców. Przez 10 lat dawał im możliwość uczestniczenia w autentycznych sukcesach. Przynajmniej w skokach nie musieli czuć kompleksów wobec innych nacji, pewnie dlatego stały się one dyscypliną narodową.

Patrząc na postępy Stocha i innych kolegów z kadry, Małysz wierzy, że tak zostanie. Większym realistą jest sam Stoch, podkreślający, że Adam tak głęboko zapadł ludziom w serca, iż on nie ma najmniejszej szansy zająć jego miejsca. Nawet gdyby odniósł podobne sukcesy.

Małysz objawił się w polskim sporcie w czasach, kiedy idolem był Andrzej Gołota, stając się skrajnym przeciwieństwem zawodowego boksera. Gołota bił nie tylko w ringu, a między linami nie cofał się przed zadawaniem ciosów poniżej pasa.

Adam był skromny, cichy, od strony sportowej wręcz nieskazitelny - zdecydowanie bardziej nadawał się na wzór sportowca, szczególnie w oczach kobiet. Analizująca małyszomanię aktorka Beata Tyszkiewicz powiedziała kiedyś, że to taki chłopak, którego każda polska matka chciałaby za syna...

Gwary się nie wstydził

Imponował impregnowaniem na sławę, nie wstydził się gwary, powtarzając uparcie: "trzymie na progu". Pod wieloma względami zmienił się jednak nie do poznania.

Nie goniąc za popularnością, oswoił ją do tego stopnia, że gdy niedawno wybierał się z żoną do Belwederu, prosiła go, by w rozmowie z prezydentem pozwolił jej dojść do słowa. "No proszę, a zawsze mówili, że taki niewygadany jestem" - żartował.

Znużeni deszczem zachwytów i hołdów dla skoczka z Wisły wkrótce państwo Małyszowie odpoczną. Po benefisie w Zakopanem Małysz schowa się w domu na jakiś czas. Chce podjąć decyzję, co dalej? Bo, jak mówi, choć do pracy na skoczni jest już za stary, to do pracy w ogródku wciąż za młody...

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL