Reklama

Reklama

Maciej Kot: Przy takich warunkach przeliczniki za wiatr są bez sensu

W niedzielę poza Kamilem Stochem był jedynym Polakiem, który awansował do trzydziestki. W drugiej serii spisał się bardzo dobrze, pnąc się w klasyfikacji aż o osiem pozycji. Ostatecznie konkurs skończył na 20. miejscu. - Jestem zadowolony ze swoich skoków. Gdyby pogoda była bardziej stabilna, zająłbym wyższe miejsce - mówi Maciej Kot w rozmowie z INTERIA.PL.

INTERIA.PL: Oprócz Kamila Stocha byłeś jedynym Polakiem w drugiej serii. Dlaczego innym naszym reprezentantom nie udało się awansować?

Reklama

Maciej Kot: - Warunki główną przyczyną. Jasiek Ziobro od początku nie czuł się tu dobrze, ale po raz pierwszy startował w Oslo. Widocznie nie udało mu się wyczuć skoczni, zabrakło skoków treningowych, bo poza serią kwalifikacyjną i próbną mogliśmy tutaj oddać tylko jeden skok. Z kolei Piotrek Żyła czuł się coraz lepiej, ale znów startowaliśmy jeden za drugim. Jeśli mamy pecha i nie trafimy na dobre warunki, to odbija się to na skokach całej trójki. Tylko mi udało się awansować do trzydziestki.

Mówiłeś, że brakuje ci powtarzalności. Po konkursie w Oslo jesteś bliżej równej formy?

- Wydaje mi się, że tak. Trzy skoki, które oddałem w niedzielę były podobne do siebie. Pewne elementy zostały zachowane, choć minimalne błędy mi się trafiły. Różnica była taka, że w serii próbnej skakałem w porównywalnych warunkach i to od razu dało się odczuć, bo zająłem czwarte miejsce. W konkursie już nie miałem takiego szczęścia.

Kamil Stoch powiedział, że był to jeden z najtrudniejszych konkursów, w jakich startował.

- Te słowa mówią wszystko. Zresztą najlepiej o pogodzie panującej na skoczni świadczą wyniki pierwszej serii. Peter Prevc zajął w niej 21. miejsce a Estończyk Kaarel Nurmsalu był czwarty. Wysoko uplasowali też się inni zawodnicy z niskimi numerami startowymi.

Przeliczniki punktów za wiatr miały załatwić tę sprawę.

- One są dobre wtedy, gdy wiatr wieje z jednego kierunku. Jak na całej skoczni jest pod narty lub w plecy, to wówczas wygląda to w miarę sprawiedliwie. W Oslo było tak, że zaraz za progiem dmuchało w plecy, później cisza i przy zeskoku dopiero pojawiał się wiaterek pod narty. Wtedy ciężko "wyciągnąć" coś ze skoku, bo ten podmuch w pierwszej fazie lotu ściąga na ziemię i na koniec mimo korzystnych warunków nie ma już z czego odlecieć. Jury dodaje lub odejmuje punkty na podstawie średniej, a tutaj najważniejszy jest ten wiatr w początkowej fazie lotu. W związku z tym cała nasza trójka dostała ujemne punkty, choć warunki mieliśmy bardzo ciężkie.

Skocznia w Holmenkollen to chyba najbardziej malowniczo położony obiekt, na którym przychodzi wam rywalizować.

- Zgadza się. Z góry rozpościera się fantastyczny widok na Oslo. Miasto pięknie komponuje się na tle fiordów. Porównywalnie jest tylko w Sapporo. To o wiele większy ośrodek, więc światła ciągną się aż po horyzont. Wyżej cenię jednak norweski obiekt. Tutaj jest mnóstwo polskich kibiców i aż serce rośnie, kiedy słyszę doping, gdy skacze któryś z nas.

Jesteś bardzo zmęczony po Turnieju Nordyckim? W dwa tygodnie sześć razy startowaliście w konkursach indywidualnych i raz w drużynówce.

- Turniej dał nam w kość. Właściwie to przez ten czas tylko dwa dni mieliśmy bez skakania. Do tego ciągle byliśmy na walizkach poza domem. Najgorzej było w Trondheim, gdzie nie działała winda na górę skoczni i musieliśmy biegać po schodach. Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo takie rzeczy nie zdarzają się na zawodach Pucharu Świata. Trochę pachniało to amatorką. Teraz odpoczniemy tylko przez chwilę, bo zaraz trzeba brać się do roboty. Przed nami Harrachow i Planica.

Jak będą wyglądać przygotowania do mistrzostw świata w lotach?

- Fajnie by było, gdyby udało się poskakać gdzieś w Polsce, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia jakie są warunki w Zakopanem, Szczyrku czy Wiśle. Co do oczekiwań, to nie chcę się wypowiadać. Będziemy starali się wypaść jak najlepiej

Krzysztof Oliwa, Oslo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje