Legenda wydaje "wyrok" ws. przyszłości Maciusiaka. Decyzja może być jedna
Czy słaby cały sezon, uratowany trzema medalami olimpijskimi, nie powinien mieć kompletnie żadnego znaczenia w ocenie pracy i przyszłości trenera kadry A Macieja Maciusiaka? Czy warto nakłonić schodzącego ze sceny Kamila Stocha, by już od kolejnego sezonu z pozycji mentora współpracował z kadrą A? Na te pytania w rozmowie z Interią odpowiada Jan Szturc, słynny trener skoków, który przez lata wielokrotnie ratował formę tuzów, na czele z Adamem Małyszem.

Artur Gac, Interia: W pierwszej części rozmawialiśmy głównie o Kacprze Tomasiaku, ale pora wziąć na warsztat sztab szkoleniowy kadry A, a przede wszystkim osobę trenera Macieja Maciusiaka. Czy w obliczu takiego sukcesu na imprezie czterolecia, gdy ze stanu obawy przed klęską wpadliśmy w wielką radość z trzech medali, szkoleniowiec absolutnie ma w tej chwili złotą kartę w ręku? A może sprawa jest dużo bardziej złożona i pracę musimy oceniać przez pryzmat też tych miesięcy, gdy działo się źle, a nierzadko wręcz fatalnie? Więcej zasług powinnismy oddać tym trenerom, którzy przez wcześniejsze miesiące i lata pracowali z bielszczaninem?
Jan Szturc: - Niewątpliwie na ten sukces zapracowało wielu szkoleniowców. Kacper przechodził przez różne etapy kadr. Wiadomo, podstawa klub, później trener klubowy, trener szkoły sportowej, trener kadry juniorów, trener kadry B i obecny trener kadry A. Więc każdy ma swój wkład w sukces Kacpra. Natomiast ta decyzja, jaką podjął Maciek Maciusiak przed igrzyskami olimpijskimi, wycofując Kacpra, Pawła Wąska i Kamila Stocha... Choć w przypadku Kamila byłbym skłonny powiedzieć, że szkoda, iż nie został wycofany na jeszcze dłużej, dzięki czemu później poczułby większy głód startowy, a pamiętamy, że Kamil przed igrzyskami pojechał do Willingen. W każdym razie trener Maciusiak podjął zagrywkę pokerową. Było to ryzyko, ale opłaciło się i efekt był naprawdę wspaniały, bo również w konkursie duetów odnalazł się Paweł Wąsek. Już 14. miejscem w konkursie na skoczni dużej wysłał sygnał, że jest z nim coraz lepiej. Wiadomo, początek sezonu nie był tak obiecujący.
Powiedzmy wprost.
- Tak, mówiąc wprost był po prostu słaby. Oprócz Kacpra Tomasiaka pozostali prezentowali się mizernie, wskakując co najwyżej w miejsca w dziesiątce, jak Piotrek Żyła, czy Kamil Stoch w okolicach początku drugiej dziesiątki. Nie były to wyniki, które by pozwalały myśleć, że będzie to naprawdę dobry sezon. Do momentu igrzysk olimpijskich nie było takiej nadziei, że nasi skoczkowie staną na wysokości zadania i zdobędą trzy medale. To się udało. Naprawdę, ten ruch Maćka o wycofaniu zawodników, dzięki czemu poczuli głód startowy, przyniósł efekty. Myślę, że tym Maciek Maciusiak się obronił.
Pozostali zawodnicy jednak nie dali nam powodów do radości, a przede wszystkim sami odczuwali w Predazzo spory niedosyt.
- Myślę, że po tych sukcesach Kacpra oraz wspólnym medalu z Pawłem Wąskiem w duetach, pozostali zawodnicy otrzymali sygnał, ale zarazem też motywację, że można. Naprawdę można, tylko trzeba wierzyć w swoje możliwości, a efekty przyjdą.
Chce pan powiedzieć, kreśląc szerszą perspektywę, ale jednak z najlepszym możliwym momentem w wykonaniu reprezentacji Polski właśnie na imprezie głównej, że tylko szaleniec mógłby w tej chwili forsować kwestię zmiany trenera głównego?
- Tak. Ja myślę, że w tym momencie szukanie trenera głównego zrobiłoby chyba najwięcej zamieszania. Cały sztab szkoleniowy, zarówno z kadry A, kadry B i juniorów, według mnie współpracuje ze sobą bardzo dobrze. I to jest najważniejsze, że nie ma pomiędzy sztabami konkurencji, nie ma zgrzytów, tylko potrafią się dogadać. Uważam, że to w tej chwili jest najważniejsze. Bez wzajemnej współpracy pomiędzy wszystkimi sztabami szkoleniowymi na pewno tych sukcesów by nie było.
Nadzieje pokłada pan też w tym, że sztab powinien być mądrzejszy o te błędy, które niewątpliwie zostały popełnione, bo z czegoś ta słaba forma przez wiele miesięcy wynikała?
- Na pewno, to nieprzecenione doświadczenie. Dla Maćka to jest pierwszy rok pracy na głównym stanowisku w kadrze A. Wcześniej był asystentem, przechodził te etapy z różnymi szkoleniowcami, takimi jak Stefan Hongacher, Thomas Thurnbichler i Michal Doleżal. A także nie wolno zapominać o innych szkoleniowcach, więc cały czas nabierał doświadczenia. Uważam, że to będzie procentować. W tej chwili cały sztab będzie miał o wiele korzystniejsze spojrzenie na etap przygotowania. Na pewno będą zwracać uwagę na bardziej szczegółowe elementy, zwłaszcza jeśli chodzi o technikę dojazdu i technikę odbicia. Myślę, że tutaj mają nad czym pracować i wyciągną z tego wnioski.
A pan, obserwując ten permanentny stan przeciętnego i bardzo słabego skakania, zdiagnozować główną bolączkę? Jakiego rodzaju błąd lub błędy mogły zostać popełnione, które powodowały, że wszyscy zawodnicy poza Kacprem mają mniej, bardziej lub bardzo mocno nieudany sezon?
- Odpowiem tak: pozycja dojazdu to jest podstawa. Największe braki widziałem właśnie w pozycji dojazdu naszych skoczków, a zwłaszcza w rozpoczęciu odbicia, gdy wykonywali różne przyruchy. Do tego dochodzi sam moment odbicia. To są najważniejsze elementy, bez których później nie ma efektu, bo zawodnicy albo wylatują zbyt wysoko, albo - jak to się mówi - robią strzałę do przodu i to też nie przynosi efektu. Tu trzeba naprawdę mieć wszystko ustawione w najdrobniejszych szczegółach. Nasi szkoleniowcy, cały sztab szkoleniowy muszą nad tym popracować z zawodnikami i naprawdę przekonać każdego, że nie ma innej drogi.
Myślę, że w tym momencie szukanie trenera głównego zrobiłoby chyba najwięcej zamieszania. Cały sztab szkoleniowy, zarówno z kadry A, kadry B i juniorów, według mnie współpracuje ze sobą bardzo dobrze. I to jest najważniejsze, że nie ma pomiędzy sztabami konkurencji, nie ma zgrzytów, tylko potrafią się dogadać.
Schodzący ze sceny Kamil Stoch chciałby pozostać przy skokach narciarskich, najpierw raczej na poziomie klubowym. Czy taką legendę, którą ostatnie sezony, gdy przestał być dominatorem, nauczyły wiele nowego, warto by było nawet nie do końca w sposób modelowy, ale od razu spróbować wprowadzić do szkoleniowej kadry A w roli mentora? Chyba że uważa pan, abstrahując od klasy sportowej, że najzdrowsza ścieżka to stopniowe pokonywanie szczebli w nowej profesji?
- Na pewno wykorzystanie tak doświadczonego zawodnika jak Kamil, który naprawdę wspaniale radził sobie na skoczni, byłoby bardzo dobrym posunięciem. Czy to na zasadzie doradztwa, czy roli asystenta. Jednocześnie też zaznaczę, że nie zawsze ten wspaniały skoczek, najlepszy medalista, sprawdza się w roli trenera. Dlatego mam mieszane uczucia, ale na pewno sztab szkoleniowy, jeżeli byłaby możliwość dokooptowania Kamila jako choćby mentora, miałby opcję wartą rozważenia. To naprawdę jest wspaniały człowiek z największymi osiągnięciami, dlatego kogoś takiego zawsze można spróbować. Jednak tu już wszystkie strony muszą się porozumieć i ustalić, czy Kamil jest tym zainteresowany od razu na najwyższej półce. Choć osobiście myślę, że na pewno by się sprawdził. Jednak, tak jak mówię, to decyzja wszystkich stron.
Mówimy hipotetycznie już nawet o przyszłym sezonie?
- Tak, ale to musi być wspólna wola i chęć współpracy sztabu z Kamilem. A punktem wyjścia musi być to, czy sam Kamil zgłasza taką chęć, by od razu być członkiem sztabu A, a w nim na przykład doradzać z pozycji mentora. Jeśli Kamil będzie tego chciał, to uważam, że wszystko jest możliwe.
Rozmawiał: Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













