Ledwo sezon ruszył, a tu taka afera wokół Stocha. Członek zarządu PZN ostro reaguje
Kamil Stoch był najlepszy z Polaków na inauguracji nowego sezonu Pucharu Świata w skokach narciarskich. W obu konkursach w Lillehammer zajął niezłe lokaty i oddał bardzo dobre skoki. Zdaniem Rafała Kota zwłaszcza niedzielna próba z pierwszej serii mogła się podobać. W tym kontekście trudno mu zrozumieć noty wystawione Kamilowi przez niektórych sędziów. Kontrowersje są duże i nie dotyczą tylko tego tematu.

To już ostatnia zima Kamila Stocha na skoczni. Nasz mistrz już przed kilkoma miesiącami oficjalnie ogłosił, że po ostatnim akordzie rozpoczętego w miniony weekend sezonu Pucharu Świata zakończy sportową karierę.
Zaczęło się obiecująco. W inauguracyjnych zawodach w Lillehammer Stoch był najlepszy z Polaków. Sobotni konkurs zakończył na 13. miejscu, a w niedzielę był o oczko wyżej. Dzięki temu plasuje się obecnie na 12. pozycji w klasyfikacji generalnej PŚ, z 42 punktami na koncie. Mimo wszystko Kamil czuje niedosyt.
Jestem jednak zły na siebie, bo czuję, że dało się zrobić w Lillehammer więcej. Z drugiej strony biorę te wyniki z pokorą i wdzięcznością, bo to jednak jest solidny początek sezonu. Ten weekend pokazał mi, że nie jestem daleko od ścisłej czołówki. Wystarczy, że będę skakał normalnie i będzie dobrze. Są jednak też w tych skokach pewne niedoskonałości, nad którymi muszę popracować
Z wypowiedzi Rafała Kota z Polskiego Związku Narciarskiego wynika, że uczucie nienasycenia może być całkiem zasadne. Ma pewne uwagi do not wystawionych Kamilowi przez sędziów.
Kontrowersje po notach dla Kamila Stocha. "Zupełnie nie wiem, skąd oni to wzięli"
Po pierwszej serii niedzielnego konkursu Kamil Stoch był 8. Osiągnął odległość 138.5 metra i zgarnął 137.8 punktów. "Pierwszy skok Kamila był doskonały. Wyglądał, jak za swoich najlepszych lat. Lekkość wróciła. Z kolei styl lotu to wirtuozeria" - zachwyca się Rafał Kot w rozmowie z WP SportowymiFaktami.
W tym kontekście noty dla Polaka mogły być zaskoczeniem. Dwóch sędziów nagrodziło go 18,5 pkt. "Zupełnie nie wiem, skąd oni to wzięli. Ten osąd należy określić mianem nieporozumienia. Sędziowie zarabiają niemało, a wciąż dyskutujemy o ich decyzjach. Nie może być tak, że regularnie po konkursach mamy jakieś wątpliwości co do pracy arbitrów" - nie gryzie się w język ekspert.
A to nie koniec uwag. "Żonglowanie belkami też mnie zniesmaczyło. Warunki były podobne dla wszystkich, a mimo tego z jakichś przyczyn platforma ciągle zmieniała położenie. Nie rozumiem tego" - mówi.
Jednak jeszcze większą - w jego opinii - kontrowersją jest rewolucja w przygotowaniu kombinezonów, którą ocenia jako "zbyteczną". "Wszystko wywrócono do góry nogi. Miało być lepiej i sprawiedliwie. Tymczasem trwa proceder pokazówek za sprawą dyskwalifikacji niżej notowanych skoczków. Ciągle mamy równych i równiejszych" - tłumaczy i podsumowuje, że to "degraduje dyscyplinę od środka".
Temat istotnie jest wciąż omawiany i budzi bardzo mieszane odczucia. Można się spodziewać, że będzie podnoszony jeszcze długo, przez cały zimowy sezon.
Ten dopiero się rozkręca. Przed skoczkami zawody w Falun (25-26 listopada) i w Ruce (29-30 listopada). Początkiem grudnia rywalizacja przeniesie się na chwilę do Polski. Konkursy w Wiśle zaplanowano na 6-7 grudnia. Potem czeka nas rywalizacja w Klingenthal (13-14 grudnia) i zamykające ten etap zawody w Engelbergu (20-21 grudnia).













